Dla publiczności jest jednym z najbardziej charakterystycznych aktorów Hollywoodu. W prawdziwym życiu jest napędzany poszukiwaniem istoty ludzkości. W obydwu przypadkach jego poświęcenie jest bezgraniczne.
Postać przypominająca statuę. Pod T-shirtem grają potężne, posągowe bicepsy. Mięśnie twarzy podobne do ostrych kamieni. Oczy jak szklane kulki, nieobecny wzrok. Jedyną oznaką życia jest papieros marki American Spirit, którym Sean Penn zaciąga się co chwilę, nie zważając na zakaz palenia w dostojnych wnętrzach hotelu Carlton w Cannes.
Każdy kinoman wie, jaka siła drzemie w tym ludzkim posągu. Siła ta może przybierać najróżniejsze postaci – od zgorzkniałego mściciela w „Rzece tajemnic” (za którego rolę 51-letni Sean dostał pierwszego Oscara) do działacza ruchu gejowskiego Harveya Milka (Oscar numer dwa). Może także manifestować się w dziwactwie – jak na przykład w ostatnim filmie Penna „This Must Be the Place” (od lutego w polskich kinach), w którym gra apatycznego, zmęczonego życiem byłego gwiazdora rocka (skrzyżowanie Roberta Smitha i Ozzy’ego Osbourne’a) snującego się po Irlandii i USA.
Ale skąd bierze się ta energia? „Nie interesuje mnie autoanaliza”, pada lakoniczna odpowiedź. Fonetycznie brzmi to tak, jakby ktoś płukał sobie gardło kamieniami. Głos i wzrok mówcy toną znów w nicości, ale potem Penn wpuszcza nas na chwilę do swojego świata: „Mogę powie-dzieć, że zawsze napędzała mnie jakaś wściekłość. Zupełnie niesłusznie. Nie polecałbym jej nikomu ja-ko motywacji, ale w moim przypadku to działało”. Są powody, żeby przypuszczać, że Sean wiąże stan swojego umysłu z wpływem matki – byłej aktorki, która dla rodziny zrezygnowała z kariery i której najwierniejszą towarzyszką była butelka Smirnoffa. Matka była wymagająca i stale dawała się we znaki synowi, który – jak sama przyznała – poświęcił lata młodości na bunt przeciwko niej. Świetnym przykładem tej relacji może być reakcja matki na pierwszy występ syna na scenie: „Wypadłeś fatalnie. Lepiej od razu daj sobie z tym spokój”.
Przeczytaj całą historię w najnowszym numerze Red Bulletina.

Komentarze
Dodaj komentarz