Adam Małysz odłożył narty, ale nie stracił sportowego ducha – jego nowa miłość to Rajd Dakar. Mistrz ostro trenuje w okolicach Wisły.
Basowy pomruk silnika rozdziera poranną mgłę, która zakryła niebo nad Wisłą, niewielkim miastem położonym w sercu Beskidów. Jest czarny, stoi na ogromnych felgach i gardłowo chrapie – to Jeep Wrangler należący do Adama Małysza. Słynny skoczek zakończył karierę, ale nie wybiera się jeszcze na sportową emeryturkę. Niedługo zaliczy swój pierwszy oficjalny występ w Rajdzie Dakar. Właśnie przygotowuje się do przygody życia w górach, które zna od dzieciństwa. I zabiera nas w szaloną eskapadę po beskidzkich bezdrożach.
Jestem wysoki, zbyt wysoki. Muszę zamknąć oczy i zapomnieć, że ten samochód należy do skoczka narciarskiego – przedstawiciela dyscypliny dla ludzi wielkich duchem, ale niedużych ciałem. „Z tyłu jeżdżą tylko dzieciaki” – ostrzega Adam. Nie mam jednak wyjścia. Przeciskam się między dwoma kubełkowymi fotelami, wciągam powietrze i wślizguję na tylną kanapę. Na przednie siedzenie wskakuje nasz fotoczempion Marcin Kin. Adam siada za kierownicą, wrzuca jedynkę i ruszamy.
Dwustukonny silnik o pojemności 3,8 litra wita ogłuszającym rykiem i z radością wchodzi na wysokie obroty. Samochód został przerobiony od najmniejszej śrubki, by przetrwać w dzikim otoczeniu. „Kupiliśmy go cztery lata temu i przerobiliśmy wraz ze szwagrem” – opowiada Adam. Nowe są zawieszenie, koła, zderzaki. Auto trzyma się luźnej nawierzchni, jakby opony miało zakończone pazurami.
Adam dodaje gazu, a ja zapinam pas – zapowiada się ostra jazda. Zjeżdżamy z asfaltu i po betonowych płytach mkniemy pod górę. Skoczek prowadzi pewnie, widać, że zna drogę. „Jeżdżę tędy często, to moja trasa rekreacyjna” – opowiada. Domy znikają za szpalerem drzew. Wita nas dzika przyroda Beskidów. Mijamy płot ostatniego gospodarstwa agroturystycznego (Adam jeszcze zachwala jego uroki) i zaraz potem zaczyna się szlak prowadzący na Trzy Kopce.
Podskakujemy na wybojach. Adam żartuje: „Do tego sportu trzeba mieć mocny żołądek albo być mocno przypiętym pasami”. Z zazdrością patrzę na kubełkowe fotele z przodu i oplatające je pasy. Na mojej kanapie boleśnie odczuwam każdy kamień i korzeń.
„Wciągnąłem się w jazdę terenową, gdy kupiłem ten samochód”, opowiada mistrz. „To niesamowita przygoda. Nie wiadomo, co czai się za zakrętem. Jeździłem szybkimi samochodami, ścigałem się gokartami, ale offroad daje mi najwięcej adrenaliny”.
Wyjeżdżamy na przełęcz. Mgła przegrywa walkę z prędkością i zostaje w dole. Wokół piętrzą się porośnięte lasem szczyty, a po błękitnym niebie suną poszarpane chmury. „Wygląda to jak sawanna”, żartuję, wskazując na gęste trawy, które sięgają nam do pasa. Małysz uśmiecha się. „Dobrze, że nie ma fesz-fesz, grząskiego piachu” – odpowiada. „Nigdy nie zapomnę naszego treningu w Drawsku. W powietrzu było tak wiele pyłu, że prawie nic nie widzieliśmy. Jedziemy, a tu nagle przed maską przelatuje nam Hummer!”.
Sypiące się wprost na szybę ziarenka potrafią przesłonić widok. Najtrudniejsze jest wyprzedzanie w tumanie pyłu. „Podczas startu w Hungarian Baja na Węgrzech dogoniliśmy jednego z zawodników. Nie widział nas. Zacząłem naciskać przycisk, który wysyła sygnał do auta z przodu, że ktoś jedzie za nim. Nic to nie dało. Na mecie okazało się, że rywal miał zepsute urządzenie i nie odbierał naszej wiadomości”.
Przeczytaj całą historię w najnowszym numerze Red Bulletina.

Komentarze
Dodaj komentarz