„Jak kiedyś będę bogata, pojadę tam dla kaprysu”

Anna Figura wróciła z Ameryki Południowej bez rekordu, ale nie żałuje.
Anna Figura podczas próby bicia rekordu w biegu na Aconcaguę
Anna Figura © Marek Kowalski
Autor Krystian Walczak

W połowie stycznia polska biegaczka i skialpinistka, Anna Figura próbowała pobić rekord w biegu na Aconcaguę (6961 m n.p.m.). Po 9 godzinach dotarła na wysokość 5600 m n.p.m. i jej organizm „powiedział dość”.

„Na początku było delikatne rozgoryczenie, że się nie udało, ale teraz cieszę się, bo to było duże, fajne wyzwanie. Cieszę się, że je podjęłam! Dostałam mocno w kość, ale już odpoczęłam i doszłam do siebie” – powiedziała w rozmowie z nami.

Obecny rekord należy do Brazylijki Fernandy Maciel, która wbiegła na szczyt najwyższej góry obu Ameryk i wróciła w niecałe 23 godziny. Anka zakładała pobicie rekordu tylko w jedną stronę – pod górę. „Jeszcze w Plaza de Mulas (4300 m n.p.m.) myślałam, że się uda. Miałam dobre samopoczucie i czas lepszy niż zakładałam na pokonanie tego długiego odcinka - 5h. Później ruszyłam mocno z nadzieją, że dziś ta góra padnie. Niestety coś nie zagrało i na wysokości ok 4700 m n.p.m. zaczęłam źle się czuć” – relacjonowała zaraz po próbie.

Choć próba zakończyła się niepowodzeniem, Ania ani specjalnie tego nie przeżywa, ani – co najważniejsze - nie żałuje, że próbowała. „Najpierw jest taki niesmak, rozgoryczenie, czy żal, że się nie udało, bo włożyłam w to naprawdę dużo pracy. Ale z drugiej strony wiedziałam na co się porywam. Na razie zrobiła to tylko jedna kobieta na świecie i to dopiero za trzecim razem. Nie wiem ilu mężczyzn, ale można ich policzyć na palcach jednej ręki, więc nie miałam poczucia porażki. Zrobiłam ile mogłam, dałam z siebie wszystko i jestem zadowolona z tego co się udało – 9 godzin na 5600 m n.p.m., z samego dołu. Jestem zadowolona!” – mówi.

Anna Figura podczas próby bicia rekordu w biegu na Aconcaguę
Anna Figura © Marek Kowalski

Bicie podobnego rekordu w nieznanym terenie nie jest łatwe. Wysokość wymaga aklimatyzacji, a czas może zabrać pogoda, która jest nieprzewidywalna i nieubłagana. Mając pełen etat – Ania pracuje w Nadleśnictwie Krościenko – trudno jest uzyskać dość czasu na wyjazd, żeby pozwolić sobie na kilka prób. Wszystko musi być przygotowane perfekcyjnie. Koszty też nie są bez znaczenia. „Zrobiłam aklimatyzację, którą musiałam przyspieszyć, bo prognozy były niesprzyjające. Skróciłam ją o trzy dni. Potem zeszłam na dół na dwa dni i miałam jedną szansę żeby próbować, bo przez następne pięć dni wiatr na szczycie miał wiać od 80 do 100 km/h, a temperatura miała wynosić od -35 do -39 stopni Celsjusza. Wiedziałam, że albo spróbuję w ostatnim dniu przed załamaniem pogody, albo skończy mi się okres permitu kosztującego 800 dolarów od osoby. Miałam więc tylko jedną szansę”.

Ania nie była w Ameryce Południowej sama. Towarzyszyli jej fotograf, chłopak i siostra, którzy zapewniali wsparcie. Czy wróci tam i spróbuje ponownie? „Gdyby ta góra była w Europie i żeby nie były to takie koszty, na pewno bym próbowała - aż do skutku. Ale najgorzej było znaleźć na to wszystko fundusze. Pomyślałam, że jakbym miała jeszcze raz przez to wszystko przechodzić - rok zbierania funduszy, dzwonienia, chodzenia po ludziach – nie zdecydowałabym się. Mogłabym zrobić wiele rzeczy, ale nie podejmę się ogarniania tego wyjazdu i całej logistyki drugi raz. Nie. Jak kiedyś będę bogata to pojadę tam dla kaprysu, ale na razie nic na to nie wskazuje (śmiech)”.

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi wiadomościami, zdjęciami i filmami, z dyscypliny która interesuje Cię najbardziej? Zapisz się na newsletter już teraz, a na pewno nie przegapisz najlepszych newsów.

Next Story