Wywiad: Tricky

O tym, jak Tricky zwodzi nas już od 20 lat i o bogatej w plany przyszłości.
Tricky o swoim życiu i muzyce
Tricky © False Idols
Autor Bella Todd

Od dwóch dekad Tricky gromadzi pamiątki związane ze swoją obecnością na muzycznej scenie. Obok listu od fana, który nazywa się David Bowie i autografów boksera Johnny’ego Tapii w jego kolekcji znaleźć można całe sterty kaset i taśm studyjnych. „Mam tu jakieś 70 utworów, które nigdy się nie ukazały” – przyznaje legenda trip-hopu. – „Numery nagrane z Bjork, Neneh Cherry, Lee „Scratch“ Perrym… Muszę znaleźć czas, by to wszystko uporządkować“. Najpierw jednak musi skończyć płytę z rosyjskimi raperami, nagrać debiut w duecie ze swoim przyjacielem i wydać pierwszą solową płytę Franceski Belmonte w swojej wytwórni False Idols. Bo jeśli o muzykę chodzi, Tricky nie lubi oglądać się za siebie.

Co robisz w Berlinie?

Nagrywam płytę z DJ-em Milo, moim starym kumplem. To jeden z członków oryginalnego składu kolektywu Wild Bunch. Znam go od ósmego roku życia, a Milo częściej ode mnie odwiedza moją rodzinę. Zawsze wiedzieliśmy, że kiedyś nagramy razem płytę, chociaż nie spotkaliśmy się na scenie od kiedy skończyłem 15 lat.

Tricky opowiada o życiu i muzyce
Tricky © Aldo Belmonte

Twój głos pewnie brzmiał wtedy zupełnie inaczej?

Mój głos został spier***ony. Kiedy miałem 15 lat, chodziłem z dziewczyną, która później została matką mojej najstarszej córki. Pewnego dnia postanowiła ze mną zerwać. Udawałem więc, że chcę się otruć, że połknąłem tabletki. Położyłem się na trawie, że niby odpływam. Zobaczyła to jej szalona siostra i wepchała mi do ust swoje paluchy, chcąc wywołać wymioty, ale paznokciem przecięła mi struny głosowe. Oto jak zmienił się mój głos. Wyplułem krew i było po wszystkim. Wiele lat później byłem u lekarza w Nowym Jorku, który powiedział, że mógłby to naprawić, mógłbym śpiewać, ale nie brzmiałbym już jak Tricky. Mój ówczesny menedżer mi to odradził. Ale ja zawsze chciałem śpiewać. Może kiedyś się zdecyduję. To mógłby być dla mnie początek zupełnie nowej kariery.

Czy z twojej ostatniej płyty „Adrian Thaws“ możemy się dowiedzieć o tobie czegoś, czego wcześniej nie wiedzieliśmy?

Tego, jak mocna może być moja muzyka. Ludzie wiedzą, że robię mroczne rzeczy, ale nie uważają ich za mocne. A gdybym chciał, mógłbym w każdej chwili obrać twardy, miejski kierunek. Zresztą niedawno nagrałem w Rosji album „Human Skills of Slow Saga” z rosyjskimi raperami. Ludziom umyka fakt, że od zawsze tworzę nową, unikalną muzykę. Biorą sobie ze mnie tylko to, co ich interesuje i pchają w objęcia komercji. Ja tymczasem nagrywałem płyty, które wyprzedzały swój czas.

Pracowałeś i spotykałeś się z niezwykłymi kobietami, takimi jak Martina Topley-Bird i Bjork. Wierzysz w muzy?

Tak, ale nie zawsze jesteś świadomy tego, co w danej chwili cię inspiruje. „Hey Love” to numer o Bjork, ale zrozumiałem to dopiero parę lat po naszym rozstaniu. Z kolei kiedy nagrywałem „Blowback”, całymi dniami włóczyłem się po Bronksie z zakapiorami z Jamajki. Dzisiaj już wszyscy z tej ekipy albo siedzą w więzieniu, albo nie żyją. Nie czułem się z nimi niebezpiecznie, byli kumplami, z którymi połączyła mnie pasja do motocykli i samochodów, a także wspólne wypady do klubów. Znajomy kiedyś zwrócił mi uwagę na to, że ludzie nigdy nie zakumają, że „Blowback” to album gangsterski.

Od wydania twojego debiutu „Maxinquaye” minęło już 20 lat. Tytuł był hołdem dla twojej zmarłej matki. Czy wciąż jest jakoś obecna w twojej muzyce?

Myślę, że mama pisze przeze mnie. Kontrakt płytowy zaproponowano mi za sprawą numeru „Aftermath”, którego tekst brzmi: „Masz oczy podobne do moich, zobaczysz rzeczy dla innych zakryte. Odziedziczysz moje królestwo, będziesz głosić przyszłość naszego ludu”. Nie miałem wtedy dzieci, więc o kim to było? Dopiero ciotka podpowiedziała mi rzecz oczywistą – chodziło o mamę. Mama była pisarką, ale nie miała możliwości rozwijania swojego talentu. Mówiła: „Nie mogę robić tego, do czego zostałam powołana, więc odejdę i mój pierworodny syn to zrobi”. Na początku drogi bardzo wielu ludzi okazało mi wsparcie właśnie dlatego, że mama popełniła samobójstwo. Połowę swojej kariery zawdzięczam mamie.

Tricky o swoim życiu i muzyce.
Tricky © Aldo Belmonte

Jak się czujesz powoli dobiegając pięćdziesiątki?

W styczniu skończę 48 lat. I jest naprawdę fajnie. Byłem najmłodszy w Massive Attack i całym tym naszym środowisku, więc kiedy stuknie mi 50, oni już będą witać się z 60. Cała różnica polega na tym, że trzeba trochę o siebie zadbać. Od niedawna gotuję na trasie. Zamawiam sobie przenośną kuchenkę do garderoby i działam. Tak jest zdrowiej, a przy okazji zabijam nudę. Zawsze myślałem, że w pewnym wieku zupełnie zrezygnuję z grania koncertów. Ale w ubiegłym roku spotkałem się na trasie z Madness. Poszedłem na ich koncert i zobaczyłem dwa tysiące kompletnie oszalałych ze szczęścia dzieciaków, których nie było na świecie, gdy Madness nagrywali swój debiut. Dobra, pie***lić to! Ja też nie zrezygnuję. Będę jeździł w trasy aż do ostatniego tchnienia.

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi wiadomościami, zdjęciami i filmami, z dyscypliny która interesuje Cię najbardziej? Zapisz się na newsletter już teraz, a na pewno nie przegapisz najlepszych newsów.

read more about
Next Story