Wywiad: Brodinski

Za „Brava” należą mu się brawa. Louis Rogé aka Brodinski opowiada nam o swoim debiucie płytowym.
Brodinski
Brodinski © Le Creative Sweatshop
Autor Jarek Szubrycht

Ludzie mówią – i nie bez powodu – że albumy to relikt przeszłości, że nikomu nie są potrzebne. No więc po co ci ta „Brava”?

Masz rację, album jako format jest już właściwie martwy. Kiedy zacząłem myśleć o nagraniu własnej płyty, przyłapałem się na tym, że sam już płyt w całości nie słucham. Skupiam się na pojedynczych utworach, epkach, miksach… A jednak chciałem to zrobić, bo miałem bardzo precyzyjną wizję tego materiału. Format był kwestią drugorzędną, ważniejszy był dla mnie jego charakter. „Brava” nie jest płytą w tradycyjnym tego rozumieniu tego słowa – to raczej mixtape, kompilacja bardzo różnych numerów, tyle że wszystkie są mojego autorstwa. Chciałem nagrać album, bo miałem poczucie, że w 2015 roku muszę mocno zaznaczyć swoją obecność na scenie i kolejny miks tym razem nie wystarczy.

Praca nad płytą musi być dla DJ-a ciekawym doświadczeniem. Tu nie jesteś w stanie wejść w interakcję z publicznością, nie dostosujesz się do ich oczekiwań, a wszystkie decyzje podejmujesz raz na zawsze.

To prawda, nie było łatwo. (śmiech) Nagrywanie autorskiej płyty było zupełnie nowym i fascynującym doświadczeniem, ale „Brava” jest dla mnie tylko punktem wyjścia do tego, co jako producent chcę robić przez następne 15 lat.

Skoro „Brava” jest początkiem, to jaki jest cel?

Jest ich wiele. Już teraz pracuję równolegle nad nowymi materiałami kilku raperów, którzy wystąpili na „Brava”. Stawką jest więc nie tylko moja przyszłość, ale i ich. Czasem jest to kontynuacja tego, co zrobiliśmy razem na płycie, ale bywa też, że eksperymentujemy. Staram się wciągnąć ich głębiej w mój świat, który jest znacznie bardziej elektroniczny od tego, do czego są przyzwyczajeni. Wprowadzam ich do klubów, ale na własnych warunkach.

Czy to znaczy, że zamierzasz odejść od didżejki i skupić się na produkcji?

Czuję się przede wszystkim DJ-em i sądzę, że jeszcze długo tak będzie. Od sześciu czy siedmiu lat gram trzy imprezy w tygodniu, podróżuję po świecie, tak zarabiam na życie. Przyznaję jednak, że produkcja fascynuje mnie coraz bardziej. Nauczyłem się doceniać spokój i intymność pracy studyjnej, to zupełnie inny wymiar tej samej pasji, którą jest muzyka.

Brodinski
Brodinski © David Cabrera / Red Bull Content Pool

Przyznam ci się, że „Brava” mnie zaskoczyła. Zapowiadałeś, że będzie hip-hop, ale mimo wszystko spodziewałem się więcej instrumentali, więcej techno…

Zgodziliśmy się już, że album jako format jest w 2015 roku sprawą raczej wątpliwą. Musiałem więc mieć jakiś wyrazisty pomysł, który odróżniałby moją płytę od propozycji innych producentów. Postanowiłem podsumować na niej wszystko, czego nauczyłem się o southern rapie, czy o amerykańskim hip-hopie w ogóle – bo od lat jestem jego wielkim fanem. Połączyłem to jednak ze swoimi korzeniami, z produkcją elektroniczną, opartą na syntezatorach. Chciałem zbliżyć te dwa światy. Chociaż nie, nie do końca tak było – nagrywając płytę kierowałem się instynktem. Niewiele myślałem o tym, co robię, po prostu robiłem to, co uważałem za słuszne i nie pomyliłem się. Sądzę, że otrzymałem zupełnie nową jakość. To może nie jest nowy gatunek muzyczny, ale słychać w tym mój styl.

Zaprosiłeś na płytę cały tłum raperów. Jak nad tym zapanowałeś? Im więcej gości, tym większe prawdopodobieństwo, że coś pójdzie nie tak.

Zabezpieczyłem się. Z myślą o „Brava” nagraliśmy aż 55 utworów, więc miałem z czego wybierać. Poza tym nie było takiej sytuacji, że dopieściłem numer i ktoś na tym zarapował, zupełnie zmieniając jego charakter. U mnie ten proces był odwrócony. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobiłem pracując nad „Brava”, była wyprawa do Stanów i nagranie wszystkich raperów do podkładów demo. A później robiłem z ich partiami co chciałem, traktowałem je po prostu jako kolejny składnik muzyki. Zdarzało się, że wykorzystałem wokale w sposób zupełnie inny od ich oryginalnego charakteru. Zawsze jednak pamiętałem o tym, że liczy się nie tylko brzmienie, ale i przekaz. Ludzie muszą rozumieć słowa, które padają w tych utworach, muszą chcieć przez chwilę pomyśleć o tym, co usłyszeli.

Według jakiego klucza dobierasz sobie współpracowników? I skąd wiesz, że to zadziała?

Zanim coś razem zrobimy? Oczywiście, że nie wiem, tego nie da się przewidzieć. Każdy człowiek to zawsze wielki znak zapytania. Czasem spotykamy się, mając jak najlepsze zamiary, ale coś nie działa, nie umiemy się porozumieć i nic z tego nie będzie. Innym razem czujesz jakiś dystans, jest bariera, której nie da się obejść, ale mimo wszystko praca przebiega bardzo sprawnie. Ale często bywa tak, że poznajesz człowieka i już od pierwszej minuty czujesz, jakbyś znał go całe życie, jakbyście byli najlepszymi kumplami.

Brodinski
Brodinski © Thomas Babeau

A według jakiego klucza współpracownicy dobierają sobie ciebie? Jak doszło do twojego spotkanie z Kanye Westem?

Nie kryje się za tym żadna fascynująca historia. Odezwali się do mnie ludzie, którzy z nim pracują i powiedzieli, że podoba im się to, co robię, a tak się akurat składa, że kompletują numery na płytę „Yeezus”. Weszliśmy więc razem do studia i daliśmy czadu.

I od tamtej pory nie możesz opędzić się od propozycji…

(śmiech) Nie, to nie tak. Nie mogę powiedzieć, że są propozycje, które z góry akceptuję i takie, które od razu odrzucam. Zwykle próbuję poznać człowieka, dowiedzieć się czegoś o projekcie. Jeśli potrafimy się dogadać, jeśli się rozumiemy, to znaczy, że będzie fajnie. Ale jak już wspominałem, czasem tej komunikacji po prostu nie ma i wtedy nic się nie da zrobić. Żeby zrobić komuś dobry numer muszę umieć z nim porozmawiać o błahostkach, musimy się razem pośmiać, musi zaiskrzyć.

I naprawdę spotykasz się z nimi wszystkimi? Nie możesz im wysyłać muzyki mailem, a potem słuchać tego, co dograli?

Jeśli kogoś znam to nie ma problemu, możemy tak pracować i wszystko się zgadza. Ale gdy pojawia się ktoś nowy, musimy się spotkać. Porozumienie między ludźmi z krwi i kości to w moim świecie podstawa. Bezpośredni kontakt z drugim człowiekiem naprawdę robi mi różnicę.

Na koniec muszę zapytać o twój swojsko brzmiący pseudonim. Skąd się wziął Brodinski?

Moja babcia pochodzi z Krakowa i to po prostu nazwisko tamtej części rodziny… Osiedlili się na północy Francji. Połowa z nich pracowała w kopalni, druga połowa służyła w wojsku. Znam kilka słów po polsku, ale nie wiem nawet, czy dobrze je wymawiam. Pozwól więc, że nie zaryzykuję…

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi wiadomościami, zdjęciami i filmami, z dyscypliny która interesuje Cię najbardziej? Zapisz się na newsletter już teraz, a na pewno nie przegapisz najlepszych newsów.

Next Story