Przyzwolenie na eksperymentowanie

O studyjnej harówce i prawdziwej przyjaźni - wywiad z Dougem McCombsem, gitarzystą Tortoise.
Tortoise
Tortoise © Andrew Paynter
Autor Jacek Marczuk

Doug, na początku naszej rozmowy chciałbym nawiązać do tytułu waszego ostatniego krążka. Czy „The Catastrophist” to z waszej strony ironia, a może to obecne czasy wyzwalają was katastroficzną postawę?

Przyczyn, dlaczego ten krążek jest zatytułowany tak, a nie inaczej, jest tak naprawdę dużo więcej. Na samym początku muszę podkreślić, że „The Catastrophist” dla członków zespołu reprezentuje różne rzeczy, jednak chodzi głównie o wewnętrzne nieuporządkowanie, które w pewnych sytuacjach towarzyszy każdemu muzykowi Tortoise. Przede wszystkim należy jednak pamiętać, że nad „The Catastrophist” góruje nade wszystko pierwiastek ludzki – niezależnie od tego, czy spojrzysz na to w ogólnym sensie, czy też przez pryzmat jednostki. Katastroficzną postawę jak najbardziej można odnieść także do aktualnej sytuacji politycznej w Stanach Zjednoczonych. Powiem ci jednak szczerze: nie jestem tym faktem przerażony, za to włącza się u mnie tryb stricte ludzkiej bezradności. Mam wrażenie, że jestem obserwatorem jakiegoś strasznego zjawiska, ale w nim nie uczestniczę. Lub po prostu nie chcę uczestniczyć.

Zawsze uważałem Tortoise za pracoholików, więc muszę przyznać, że prawie siedmioletnia przerwa wydawnicza pomiędzy „Beacons of Ancestorship” a waszym nowym krążkiem nieco mnie zdziwiła.

Można powiedzieć, że praca nad „The Catastrophist” zajęła nam właśnie siedem lat, gdyż część materiału powstała zaraz po ukazaniu się „Beacons of Ancestorship”, a więc jeszcze w poprzedniej dekadzie. Natomiast kilka piosenek powstało zaraz przed ukazaniem się „The Catastrophist”. Musisz wiedzieć, że podczas pracy nad krążkiem bardzo często towarzyszą nam podobne zrywy i niezwykle rzadko nagranie całości zamyka się w trakcie jednej sesji. Muszę jednak wspomnieć, że lwia część nowego materiału została zaprezentowana w 2010 roku podczas specjalnego koncertu, który odbył się na zlecenie władz miejskich Chicago. Po tym występie postanowiliśmy przerobić ten w dużej mierze improwizowany materiał w taki sposób, aby nadawał się do wypuszczenia na kompakcie.

„The Catastrophist” łączy wasz wczesny styl z progresywnymi inspiracjami, charakterystycznymi dla „Beacons of Ancestorship”. W każdym razie jest to wciąż bardzo elegancka, wyrafinowana i wręcz akademicka muzyka, ale słyszę na waszej nowej płycie dużo więcej dźwięków syntetycznych niż do tej pory. Taki był zamiar czy wyszło to zupełnie nieświadomie?

Przyznam, że trudno jest to jednoznacznie określić. Podobnie trudno jest mi wskazać konkretne inspiracje, które spowodowały, że „The Catastrophist” brzmi tak, a nie inaczej. Metoda naszej pracy polega na tym, że wpierw musimy porządnie przepracować dany numer pod kątem harmonii, melodii, ale również warstwy rytmicznej i dopiero wtedy, kiedy końcowy efekt jest satysfakcjonujący, to usatysfakcjonowani jesteśmy również my. Każda z kompozycji zawartych na „The Catastrophist” przechodziła przez dwa, a nawet trzy momenty krytyczne i często, kiedy wydawało nam się, że dany numer jest już skończony, coś jednak nie grało i zaczynaliśmy wszystko od początku. Taka jest nasza natura perfekcjonistów i, jak już wspomniałeś, pracoholików. (śmiech)

Tortoise
Tortoise © Andrew Paynter

Na „The Catastrophist” pojawiają się znamienici goście, a mianowicie lider nieistniejącej już legendarnej noiserockowej formacji U.S. Maple Todd Rittmann, który wsparł wokalnie „Rock On” – wasz cover numeru Davida Essexa oraz Georgia Hubley, wokalistka Yo La Tengo, która wykonała z wami numer zatytułowany „Yonder Blue”. Przyznam się, że jestem również fanem „The Brave and the Bold”, albumu z coverami, który przed dekadą nagraliście z Bonniem „Princem” Billym. Planowaliście nagrać kiedyś stricte piosenkową płytę?

Jasne, w przyszłości chcielibyśmy nagrać płytę tylko i wyłącznie z piosenkami. Wiemy jednak, że pisanie piosenek to ciężka praca i jeżeli mielibyśmy to kiedykolwiek zrobić, to tylko z takimi ludźmi, jak Georgia czy Will Oldham [prawdziwe nazwisko Bonniego „Prince’a” Billy’ego - przyp. aut.], którzy oprócz świetnego songwriterskiego backgroundu piszą również znakomite teksty oraz są gotowi na, nazwijmy to, studyjną harówkę. Myślę, że taka płyta mogłoby powstać, gdyby czas naszej pracy nie był tak rwany. Regularność jest niewątpliwie kluczem do sukcesu, ale to również ogrom wyrzeczeń i po prostu ciężka orka.

Jesteście muzycznymi erudytami. Zawsze fascynowała mnie wasza zajawka na krautrock, prog rock, ale również na minimalizm oraz dub. Przyznam, że to dzięki twórczości Tortoise poznałem Can, Neu!, ale również Steve’a Reicha oraz Lee „Scratch” Perry’ego. Wciąż jaracie się taką muzyką?

Oczywiście, że wciąż się jaramy! Pamiętaj, że każdy członek formacji Tortoise jest przede wszystkim fanem muzyki, bez jakiegokolwiek podziału gatunkowego. Krautrock, prog, minimalizm czy dub to tak naprawdę tylko terminy. Nasze gusta są wciąż bardzo szerokie i jeżeli jeden członek zespołu nie jest zaznajomiony z jakimś muzycznym gatunkiem to istnieje spora szansa, że inny jest w nim świetnie oblatany. Można zatem powiedzieć, że nasza muzyka jest wypadkową naszych gustów i tak to mniej więcej wygląda od ponad 25 lat.

Swojego czasu pełniliście artystyczny nadzór nad legendarnym festiwalem All Tomorrow’s Parties. W ramach prowadzonej przez was edycji w 2001 roku wystąpili między innymi Television, Boards of Canada, Autechre, Lambchop, Prefuse 73 oraz Yo La Tengo. Przyznam, że do dziś ten line-up wygląda imponująco.

Myślę, że do pewnego stopnia wciąż śledzimy aktualne trendy obowiązujące w muzyce. Faktem jest, że kupuję coraz mniej krążków, ale bywam za to na większej liczbie koncertów niż chociażby 10 lat temu. Najciekawsze koncerty, jakie ostatnio widziałem to eksperymentujący z awangardą, krautrockiem oraz minimalizmem House Lords oraz indiepopowi Health&Beauty. Jeśli nie znasz tych artystów to koniecznie sprawdź, bo w przyszłości może być wokół nich wiele szumu!

Na pewno jesteście świadomi, że w ciągu ponad 25 lat działalności artystycznej doczekaliście się wielu naśladowców. Jak dziś stworzyć swój unikalny muzyczny język? Dałbyś jakieś rady początkującym zespołom?

Dobre pytanie! Trudno znaleźć jednoznaczną odpowiedź na tak złożoną kwestię i nie chcę, żeby przy tej okazji niektórzy określili mnie megalomanem, ale moim zdaniem naczelną kwestią jest skoncentrowanie się na indywidualnych nawykach gry, niezależnie od tego czy grasz na fortepianie, gitarze czy basie. To one później mogą rozwinąć się w coś unikalnego i wyjątkowego. Warto być kreatywnym i ciągle drążyć temat. Bardzo ważna jest również przyjaźń pomiędzy członkami zespołu, ich zaufanie oraz przyzwolenie na eksperymentowanie i poszukiwanie innych rozwiązań.

Rozmawiałem niedawno ze znajomym muzykiem, który był pod dużym wrażeniem waszego koncertu, w szczególności użycia dwóch zestawów perkusyjnych i synchronizacji tego elementu z całością. Ile czasu poświęcacie na próby?

Gramy ze sobą już spory szmat czasu i bardzo dawno uznaliśmy, że spotykanie się na regularnych próbach jest tak naprawdę niepotrzebne, chyba że są ku temu specjalne okazje, jak chociażby praca nad „The Catastrophist”. Ostatni raz mieliśmy próbę na początku tego roku, kiedy uczyliśmy się numerów zawartych na naszym ostatnim krążku. Przyznasz zatem, że było to całkiem dawno. (śmiech)

Tortoise
Tortoise © Andrew Paynter

Chciałbym zapytać cię o dwie szczególne postacie: Davida Bowiego oraz Steve’a Reicha. Ten pierwszy odwiedził was kiedyś na koncercie, a Steve Reich na początku miesiąca obchodził osiemdziesiąte urodziny. Mógłbyś powiedzieć coś więcej na temat tych artystów i ich wpływie na waszą twórczość?

To był dla nas wielki zaszczyt, kiedy David Bowie zaprosił nas na swój koncert, około dekady temu. W dodatku po występie znalazł czas, żeby spotkać się z nami. Zapamiętałem go jako wyjątkowo uprzejmego i czarującego człowieka, którego w dodatku szczerze interesowała nasza twórczość. Zresztą Bowie doskonale odnajdywał się w muzyce niezależnej, czego dowodem są chociażby artyści, którzy zainspirowali go do stworzenia „Blackstar”. A Steve Reich? No cóż, o nim moglibyśmy dyskutować godzinami, ale pewnie nie masz tyle miejsca, żebyś mógł to wszystko zapisać. (śmiech) Powiem tylko tyle, że jednym z moich życiowych marzeń była chęć zobaczenia występu Steve’a Reicha, ale prawdopodobnie nie będzie mi to już nigdy dane.

W tym roku obchodzimy 20. rocznicę wydania waszego drugiego krążka zatytułowanego „Milions Now Living Will Never Die”, natomiast za dwa lata czeka nas również 20. rocznica wydania innego waszego wielkiego albumu - „TNT”. Planujecie to jakoś specjalnie uczcić? Na przykład koncertami z całą płytą?

Wiele osób pytało mnie w tym roku właśnie o tę kwestię i za każdym razem ze smutkiem odpowiadam: nie, nie planujemy! Kiedyś zrobiliśmy podobną, rocznicową rzecz i po fakcie stwierdziliśmy unisono, że było to z naszej strony nieco sztuczne, a i publika nieźle się wynudziła. Przykro mi. (śmiech)

Wróciliście w tym roku do Polski po siedmiu latach nieobecności. W lipcu pojawiliście się w Lublinie, na festiwalu Inne Brzmienia, natomiast 2 listopada zagracie w gdańskim Teatrze Szekspirowskim, zaś dzień później w warszawskim Niebie. Czego może się spodziewać polska publiczność?

Na naszą jesienną objazdówkę nie mamy ściśle określonej, jednej setlisty, zatem spodziewajcie się niespodziewanego. Będzie hałas, ale i wiele momentów doskonale korespondujących z ciszą.

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi wiadomościami, zdjęciami i filmami, z dyscypliny która interesuje Cię najbardziej? Zapisz się na newsletter już teraz, a na pewno nie przegapisz najlepszych newsów.

read more about
Next Story