Miejscowi upominają się o swoje

A Tribe Called Red i Tanya Tagaq ujmują się za naturą i swoim ludem. My słuchamy, zachwyceni.
Tanya Tagaq
Tanya Tagaq © Vanessa Heins
Autor Jarek Szubrycht

„Jesteśmy niewidzialnym plemieniem” – przedstawiają się A Tribe Called Red w utworze otwierającym nową płytę. – „Żyjemy w industrialnym rezerwacie. (…) Nazywali nas wrogami, nazywali nas poganami, nazywali nas agresorami (…) Ci, którzy nadawali nam nazwy nie widzą nas, ale my ich widzimy. (…) Naszym DNA jest ziemia i niebo. Naszym DNA jest przeszłość i przyszłość. Jesteśmy Halluci Nation”.
To ostatnie to oczywiście nieprzetłumaczalna gra słów – A Tribe Called Red mienią się w niej przedstawicielami nieistniejącego, dumnego plemienia Halluci, a więc po prostu są halucynacją. Zupełnie jak tubylczy Amerykanie na swojej własnej ziemi. Są, ale przecież jakby ich nie było. Niby już ich nie ma, bo na zgliszczach ich cywilizacji wzrosła nowa, potężna, ale przeziera spod niej przeszłość.

Powiedzieć, że A Tribe Called Red pochodzą z Kanady, to powiedzieć tylko pół prawdy – od koloru paszportu ważniejsza jest w tym przypadku przynależność plemienna. DJ NDN jest Odżibwejem, 2oolman jest Mohawkiem, a Bear Witness jest Kajugą. Swoje dziedzictwo traktują bardzo poważnie – na przykład wymagając od fanów, w żyłach których nie płynie indiańska krew, by nie przychodzili na ich koncerty w pióropuszach, wymalowani w barwy wojenne. Z jednej strony doskonale rozumiem to poszanowanie do świętej tradycji, ale z drugiej trudno się dziwić fanom, którzy tak dali się porwać wizji i muzyce A Tribe Called Red, że wzięło ich na utożsamianie się. Sam po wielokrotnym przesłuchaniu „We Are the Halluci Nation” po cichu liczę na to, że kiedyś i ja zostanę Indianinem.

A Tribe Called Red
A Tribe Called Red © Matt Barnes

Trzecia płyta A Tribe Called Red to bliska wrzenia mikstura tanecznej elektroniki – od dubstepu przez swoistą interpretację dancehallu po drum’n’bass – hip-hopu i nawet po prostu popu. Jak to z albumami producenckimi bywa, niemało tu skrajności, dużo nagłych zwrotów akcji, więc nudzić się nie sposób. Zdarzają się elementy słabsze – jak choćby „The Muse”, radiowy średniak – ale dominuje magia. Elektroniczny trans, spleciony z frenetycznymi wokalizami odtwarzającymi tradycyjne pieśni Indian Ameryki Północnej, stanowi tło dla wspólnej opowieści wykluczonych z całego świata – „We Are the Halluci Nation” jest jak sztafeta, w której Mos Def biegnący ramię w ramię z Irakijczykiem Narcym przekazują pałeczkę natchnionemu Saulowi Williamsowi (czy Gil Scott-Heron mógł marzyć o lepszym spadkobiercy?) i odżibwejskiemu chórowi Chippewa Travellers. Tych z kolei zmienia szalona Tanya Tagaq (numer „Sila” to rzeczywiście jest siła), a za nią na pierwszy plan wchodzi Szwedka, potomkini ludu Sami, Maxida Märak, która wprowadza na płytę joik. Różnica pomiędzy Tagaq, która brzmi jakby chciała nas pożreć, a eteryczną Märak, która unosi się całe metry nad skutą lodem ziemią, jest kolosalna, ale to wszystko jest przecież jakoś spójne. Nie tylko dzięki koherentnej muzycznej propozycji A Tribe Called Red, ale przede wszystkim przez wspólnotę emocji, która zawiązała się na tej płycie. Na tyle egzotycznej, że przy każdym przesłuchaniu odczuwam dreszczyk emocji, związany z obcowaniem z czymś nowym, nieodkrytym, ale zarazem na tyle współczesnej i zachodniej, że może zostać bez trudu zrozumiana od Londynu po Warszawę.

Przyznaję, na trop nowego albumu A Tribe Called Red naprowadziła mnie Tanya Tagaq, której koncert i wykład miałem szczęście obejrzeć kilka tygodniu temu w Montrealu, w ramach Red Bull Music Academy. Pierwsze wrażenie – krucha, ciepła dziewczyna, o nieco egzotycznej urodzie i czarującym uśmiechu. Pełny obraz – silna kobieta, pełna życiowej mądrości i palącego gniewu wobec wszystkich, którzy zagrażają Inuitom, jej ludowi, wciąż walczącemu w Kanadzie o pełnię praw. Szczęściara, którą w świat profesjonalnej muzyki wciągnęła Björk. Wokalna bestia, odważna odwagą artystyczną i cywilną – w 2014 roku, kiedy odbierała prestiżową nagrodę Polaris Music Prize (swoją drogą, sprzątniętą sprzed nosa Drake’owi) i wykonywała jedną ze swoich pieśni, na telebimie kazała puścić listę 1200 imion zamordowanych i zaginionych inuickich kobiet. Jeśli szukacie muzyki, która wciąż jeszcze ma ambicje zmieniania świata i której, wbrew wszystkiemu, jakoś to się udaje – Tanya Tagaq jest dla was.

Niedawno wydała nową płytę, zatytułowaną „Retribution”, która jest artystyczną emanacją charakteru i poglądów wokalistki. Żeby nie było wątpliwości, w utworze tytułowym dowiadujemy się, o co ta gra: „Gniew naszej matki rośnie/ Kara będzie rychła / Marnotrawimy jej ziemię i wysysamy jej słodką, czarną krew, by ją spalić / Pieniądze stały się naszym bogiem”. Ale Tagaq nie jest na tej płycie działaczką ekologiczną i społeczną, nie jest po prostu adwokatem swojego plemienia, nie wykrzykuje manifestów politycznych i nie podpowiada gotowych rozwiązań – co zdarza się choćby na opisywanej wyżej płycie A Tribe Called Red. Z racji swojego pochodzenia wokalistka dobrze zna naturę, rozumie jej język, więc na „Retribution” wsłuchuje się w jej skargi, po czym powtarza, po tysiąckroć wzmocnione fascynującym, gardłowym śpiewem. Nie jest człowiekiem śpiewającym piosenki. Jest pasem transmisyjnym. Medium.

Co to w ogóle za muzyka? Nie wiadomo. Techniki wokalne, te alikwoty, to oczywiście inuicka tradycja, ale przez Tanyę zmieniona, wywrócona do góry nogami, zszargana. To jest tak mocne, tak wyraziste, że bosonoga śpiewaczka nie potrzebuje za plecami potężnie brzmiącej sekcji i ściany gitar, ani twardych, wyraźnych elektronicznych bitów. Za główny budulec muzyki służy tu transowa perkusja – bardzo daleka od agresji, czy nawet rytmów, które identyfikujemy jako plemienne – organizująca raz zupełnie oszalałe, spuszczone ze smyczy, to znów skromne, zrytmizowane, ciche partie skrzypiec. Pojawiają się też dodatkowe głosy w tle (w „Centre” też na pierwszym planie – to duet z raperem Shadem), tam zaszumi elektronika, tu znów odezwie się puzon. Najważniejsze jednak rozgrywa się na „Retribution” w tym zupełnie unikalnym trójkącie: głos, skrzypce, bęben.
Co to więc za muzyka? Nie mam pojęcia i cieszę się z tego jak dziecko. Na pewno z zachwytem wysłuchają jej fani eksperymentów Björk i wielbiciele wokalnych eksperymentów Mike’a Pattona. Ci, co znajdują ukojenie w dźwiękach generowanych przez Einstürzende Neubauten i ci, co wiedzą, jak Diamanda Galas pięknie śpiewa.

Tanya Tagaq czasami brzmi nieprzyjemnie, wręcz agresywnie, innym razem te jej zwierzęce pohukiwania i pomrukiwania tworzą wręcz kojącą, bezpieczną atmosferę. Ale oskarżycielski i depresyjny charakter płyty definitywnie ustala zachowany na finał cover „Rape Me” Nirvany. Wyśpiewany przez Tagaq słodkim półszeptem tekst można interpretować jako skargę zmęczonej, ciężko poranionej Matki Ziemi, ale też jako wystąpienie w imieniu tłumów krzywdzonych Inuitek. To najspokojniejszy i zarazem najmroczniejszy fragment płyty. Ni to skarga, ni modlitwa – piękne, uduchowione zwieńczenie bardzo zmysłowego albumu.

A Tribe Called Red „We Are the Halluci Nation”, Pirates Blend
Tanya Tagaq „Retribution”, Six Shooter Records

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi wiadomościami, zdjęciami i filmami, z dyscypliny która interesuje Cię najbardziej? Zapisz się na newsletter już teraz, a na pewno nie przegapisz najlepszych newsów.

read more about
Next Story