Jeremy Gara: Mam za dużo szczęścia

Perkusista Arcade Fire - o planach zespołu, twórczości solowej i nałogu płytowego nerda.
Jeremy Gara
Jeremy Gara © Brantley Gutierrez
Autor Michał Wieczorek

Kiedy zacząłeś tworzyć muzykę na „Limn”?

Pierwsze dźwięki nagrałem jakieś cztery lata temu, to najstarsze rzeczy jakie mam. W ciągu ostatnich trzech, czterech lat nagrywałem krótkie fragmenty na kasetę albo do folderu. Zaczęło to nabierać kształtu jesienią 2015, kiedy skończyliśmy trasę z Arcade Fire. Zaszyłem się w piwnicy i zacząłem pracować. Wyszedł z tego miesiąc aktywnej pracy.

Na „Limn” jesteś zupełnie sam, ale na co dzień współpracujesz z wieloma muzykami, również poza Arcade Fire.

Myślę, że jednym z powodów, dla których „Limn” jest całkowicie solową płytą, jest właśnie to moje ciągłe granie z innymi. Gram w zespole, gram na prawie każdym pobocznym projekcie muzyków Arcade Fire, ciągle gram z singer-songwriterami, z którymi grałem, będąc nastolatkiem. Po prostu uwielbiam współpracować. Uwielbiam pomagać i grać. Właśnie dlatego zdecydowałem, że jak już zrobię coś własnego, to zrobię to całkiem sam, bez pomocy. I tak jest, na „Limn” nie ma nikogo innego. Jedyną osobą, która poza mną robiła coś przy „Limn” to Halge Sten, który ją zmasterował, ale tylko dlatego, że jest geniuszem. (śmiech)

I jak pracowało się samemu?

Cudownie. Nie wiem, czy masz podobne doświadczenie, ale jeśli masz jakąś pracę, nawet świetną – moja jest zajebista – zaczynasz się do niej przyzwyczajać, zajmuje ci dużo czasu i zapominasz, jak się czułeś na początku. Grałem kiedyś w punkowych i artystycznych składach, i nadal gram na perkusji, ale zapomniałem jak to jest grać samemu i tylko dla siebie, jak się tym cieszyć, jak być bardziej kreatywnym. Kiedy się do tego z powrotem przyzwyczaiłem, pokochałem to uczucie na nowo. Zakładam słuchawki, wyłączam telefon i rzeczy same się dzieją, to niesamowite. Zapomniałem, jak to jest, a teraz staram się to zapamiętać.

Korzystałeś tez z nagrań terenowych. Nagrywałeś je specjalnie z myślą o swojej płycie?

Wiesz, nie do końca pamiętam, skąd się wzięło sporo dźwięków. Nie traktuję nagrań terenowych bardzo poważnie, nie mam specjalnego sprzętu, tylko swój telefon. Jak tylko usłyszę jakiś ciekawy dźwięk, nagrywam go na iPhone'a.
To podejście zawdzięczam dwójce muzyków. Jednym z nich jest Sufjan Stevens, który w wywiadzie powiedział, że nagrywając „Michigan” nie miał pojęcia o technice, więc zj**ał nagrania, nagrywał w jakimś niskim bitrejcie, niemalże w empetrójkowej jakości. Ale co z tego, skoro to zajebista płyta, piosenki są wspaniałe. Druga osoba to Spencer Krug z Wolf Parade i Moonface, który wielokrotnie mówił, że ma w dupie jakość nagrań, że w jego muzyce liczą się emocje. I o to chodzi. Pracując nad swoją muzyką, obrabiam dźwięki, masuję je, dopóki nie poczuję emocji.

Kiedy zainteresowałeś się ambientem?

Hm, nie pamiętam, chyba od zawsze siedziałem w takiej muzyce. Jestem strasznym muzycznym nerdem i nałogowo kupuję płyty. Wychowałem się w Ottawie, stolicy Kanady, rządowym mieście, ale na szczęście było trochę świetnych sklepów muzycznych. Ich pracownicy byli niczym bibliotekarze, chętni do pokazywania nowych, ekscytujących rzeczy. Od razu jak zacząłem kupować płyty, zacząłem słuchać każdego rodzaju muzyki.

Czyli twoja następna płyta może być zupełnie inna?

Tak myślę, ale nie musi. Na razie taki rodzaj muzyki wywołuje we mnie ogromne emocje. Może dlatego, że na co dzień gram na perkusji w rockowym zespole, więc przyciąga mnie przeciwieństwo. To znaczy, grając w Arcade Fire też czuję emocje, ale to zupełnie inne uczucia, gdy jesteś na scenie z dziesiątką innych ludzi i tworzycie coś pełnego energii. To też super, ale coś zupełnie innego.
Tak, moja następna płyta może być zupełnie inna. Niektórzy z moich ulubionych muzyków ciągle się wymyślają na nowo, zmieniają. Znasz Grouper? Jej ostatni album to po prostu muzyka na pianino. To ciągle ona, choć energia jest zupełnie inna, ale łatwo tego nie zauważyć. Dla mnie Grouper jest wielką inspiracją. Robi to, co chce i zawsze jest w tym prawdziwa, zawsze słychać jej osobowość.

Chciałbyś z nią kiedyś zagrać?

Jasne, jest wspaniała, ale nie ma pojęcia, że istnieję.

Tak myślisz?

Tak, tak myślę. (śmiech) Nie ma pojęcia, że widziałem z dziesięć jej koncertów.

Jak się czujesz w trasie? Z Arcade Fire gracie na największych festiwalach, dużych halach, a solo grasz w małych miejscach.

Wiesz, jestem też fanem, kupuję płyty, chodzę na koncerty. Kocham niszową muzykę, więc wiem, jak to wygląda. Wiem, ilu ludzi jej słucha i chodzi na koncerty. Niewielu, nie jestem ignorantem. Nie mam żadnych oczekiwań. Jeśli mogę zagrać gdziekolwiek, jestem super szczęśliwy. Jestem też szczęśliwy, gdy ludzie są otwarci na muzykę i nowe doświadczenia. Muzyka jaką gram, te moje ambienty i drony, staje się popularniejsza. Oczywiście, nigdy nie będzie to popularność Arcade Fire i też nie oczekuję, że fani Arcade Fire będą przychodzić na moje koncerty, że spodoba im się to, co robię.

Twój warszawski koncert był zapowiedziany właśnie jako występ Jeremy'ego z Arcade Fire. Nie przeszkadza ci, że jesteś w cieniu swojego zespołu?

Tak wygląda rzeczywistość. Nie wiem, czy to dobrze, czy to źle, tak po prostu jest. Gram w Arcade Fire i już. Lubię myśleć, ze muzyka, którą tworzę dla siebie nie odstrasza słuchaczy, nie jest dla nich trudna. Z jednej strony, jeśli ktoś przyjdzie na mój koncert tylko dlatego, że jestem perkusistą Arcade Fire, może usłyszy coś, czego nigdy nie słyszał w życiu. Jeśli natomiast przyjdzie na koncert solowy perkusisty rockowego zespołu i będzie zaskoczony, że to wcale nie jest podobne do Arcade Fire, to mamy problem, bo tak nigdy się nie stanie. Arcade Fire na scenie to piętnaście osób, oczywistym jest, że moje koncerty będą zupełnie inne.

Myślisz, żeby w przyszłości wpuścić kogoś do swojego świata?

Nie mam żadnego planu na następną płytę. Pracuję nad muzyką, znów sam. Myślę, że jeśli płyta ukaże się pod moim nazwiskiem, znów będę na niej tylko ja. Jeśli będę z kimś współpracował, założymy nowy projekt. Już mówiłem, uwielbiam grać z innymi, ale praca samemu jest dla mnie wyjątkowa. Przynajmniej na razie, bo jest całkowitą nowością. Zagrałem z pięć albo sześć koncertów do tej pory.

Czy w takim razie nie chciałbyś pojechać w dłuższą trasę?

Oczywiście. Niestety, to trudne, bo Arcade Fire z oczywistych względów jest bardzo ważną częścią moich planów i to na dodatek dość tajemniczą. (śmiech) Nie wiem, gdzie będziemy grać, nie wiem, kiedy zaczynamy, ani kiedy kończymy. Z mojej perspektywy wygląda to tak, że Arcade Fire zaczyna w kwietniu i kończy gdzieś w okolicach kwietnia 2019. Może pogram solowo w przerwach, może uda mi się to jakoś wykombinować. Właśnie, jedną z zalet bycia Jeremym z Arcade Fire jest to, że ludzie chętniej podejmują ryzyko zorganizowania mi koncertu. Przynajmniej dopóki nie nagram czegoś super gównianego. Wtedy już nigdy nie pojadę w trasę.

Z kim najlepiej ci się współpracuje?

Wiesz, staram się pracować z ludźmi, z którymi lubię pracować. Jednym z takich ludzi i jednym z moich najlepszych przyjaciół w jest Michael Feuerstack. Wydał jakieś dziesięć albumów, gramy razem odkąd miałem 20 lat, a on jest ciągle moim ulubionym autorem piosenek. Pracujemy teraz nad kolejną płytą. Tak, to byłby ten jeden ulubiony. Kończę też płytę z Timem Kingsburym z Arcade Fire, pod szyldem Sam Patch, pogramy trochę koncertów. Zrobiłem fajną płytę z Sarą Neufeld w zeszłym roku. Po prostu lubię grać muzykę, zagram z każdym... To nieprawda. (śmiech)
Teraz w grudniu grałem w Katowicach z Colinem Stetsonem. Zwykle tego nie robię, ale tym razem zastępowałem Shazada Ismaeliego, niesamowitego muzyka, gra na basie, gitarze i syntezatorach w zespole Colina. To jak spełnienie marzenia – zagrać III Symfonię Góreckiego w jego mieście. Wiem, że były głosy krytyczne, co do interpretacji Colina, że jest zbyt współczesna w porównaniu do orkiestrowego oryginału, ale wystarczy się wsłuchać i od razu da się zrozumieć, że ta interpretacja jest pełna szacunku do Góreckiego. To, że są tam bębny, nie znaczy, że nie jest piękna. Grałem ją kilka razy, to bardzo wyjątkowa muzyka. Granie jej w Polsce, z tymi ludźmi to niesamowita rzecz. Mam za dużo szczęścia w życiu.

Kupujesz dużo płyt, która z twojej kolekcji jest twoją ulubioną?

Dobre. Moją ulubioną płytą wszech czasów jest ciągle „Disintegration” The Cure. To zabawne, bo kupiłem ją na winylu w zeszłym roku, a wcześniej miałem ją tylko na kasecie. To album, który znam na pamięć. The Cure widziałem pierwszy raz, gdy miałem 12 lat. Chodzę na ich koncerty za każdym razem, gdy są w okolicy. To zabawne, bo to moja ukochana płyta, ale raczej nie ulubiony winyl.
Nie wiem, czy masz tak samo, ale niekoniecznie mój ulubiony winyl, to moja ulubiona płyta. To dziwne, wiem. O, wiesz, jaki jest naprawdę super? Kupiłem go strasznie dawno temu w jednym z tych małych sklepów w Ottawie. To „Million Living Now Will Never Die” Tortoise. Zajebisty album, bardzo dla mnie ważny, zupełnie inny od tego, czego wtedy słuchałem. Jest tu i jazz, i elektronika. Po prostu zajebisty.
Czasem budzi się we mnie muzyczny nerd i mówię: „o, ta płyta jest moja ulubiona, bo jest bardzo rzadka”. A ty masz swój ulubiony winyl? Ciężko wybrać, co?

Teraz powiedziałbym, że to „Zuma” Neila Younga.

Świetna rzecz. Skoro mówimy o Neilu Youngu, to „Harvest” jest idealnym albumem. Nie słucham go co prawda w domu, ale brzmi idealnie, kolejność piosenek jest perfekcyjna. Z tego samego powodu uważam „London Calling” za perfekcyjny album. W Arcade Fire zawsze się odnosimy do niego, przede wszystkim dlatego, że nagrywamy idiotycznie długie płyty, a „London Calling” jest i długa, i idealna. Cztery strony, każda idealnie rozłożona.

Arcade Fire
Arcade Fire © Paul R. Giunta / Red Bull Content Pool

Kiedy powiedziałeś o idealnej kolejności piosenek, od razu przyszła mi do głowy „Born to Run” Springsteena.

O tak, to też świetny przykład. Teraz jednak żyjemy w zupełnie innych czasach. Album może być płytą winylową, może być kompaktem – który zresztą umiera – może być po prostu folderem w Spotify albo iTunes. Za każdym razem to coś innego. Jestem dumny, że w Arcade Fire dużą wagę przykładamy do kolejności piosenek i że ja mam dużo do powiedzenia w tej materii. Kolejność na winylu jest najważniejsza, ale też inaczej się ją układa. Masz do dyspozycji piętnaście, maksymalnie dwadzieścia kilka minut na stronę. Dlatego też kocham winyle, mają idealną długość – czterdzieści minut podzielone na pół. Z drugiej strona, moja solowa płyta to podwójny album na winylu. (śmiech)

Ułożyliście już kolejność piosenek na nową płytę Arcade Fire?

(śmiech) Nie, jeszcze nie, choć wszystkie są nagrane. Album powinien wyjść w tym roku. Na razie jesteśmy na etapie miksowania i decydowania, które piosenki wejdą w ogóle na płytę, bo nagraliśmy ich trochę więcej niż potrzebujemy. Ale już prawie skończyliśmy. Nie wiem, kiedy wyjdzie, mam nadzieję, że niedługo. Wiem, jesteśmy popularnym zespołem, ale tak naprawdę trzymamy się ciągle tej samej zasady: nagrywamy, póki nie czujemy, że muzyka jest gotowa.

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi wiadomościami, zdjęciami i filmami, z dyscypliny która interesuje Cię najbardziej? Zapisz się na newsletter już teraz, a na pewno nie przegapisz najlepszych newsów.

read more about
Next Story