Gryzę gruz: Na południe od nieba

Tytuł pożyczony od Slayera, choć muzyka inna: wściekła, ale brudna i smolista. Brzmienie Południa.
Crowbar
Crowbar © Jimmy Hubbard
Autor Jarek Szubrycht

Amerykański metal – jak później rap – początkowo był domeną dwóch wybrzeży. Przepychanka Wschodu z Zachodem przybierała na sile, a tymczasem na lekceważonym Południu pojawiła się siła, która zagroziła dotychczasowym pretendentom do tronu. Najpierw był to death metal z Florydy, taktycznie sprzymierzony z nowym thrashem teksańskiej Pantery, a chwilę później sludge, mulisty jak delta Missisipi, łączący ciężar doomu z hardcore’owym gniewem. Dzisiaj, w czasach pomieszania gatunków i pojęć, jeszcze trudniej mówić o jednym, charakterystycznym brzmieniu metalowego Południa – ale to przecież nie znaczy, że go nie słychać. W ostatnich miesiącach, ku szczerej radości wyżej podpisanego, słychać doskonale.

Phil Anselmo już tak ma, że kiedy prawie jest królem świata, jak wszystko dobrze działa, to on zrobi albo powie coś głupiego, za co później przeprasza, z czego się rakiem wycofuje, ale niesmak pozostaje i znów trzeba mozolnie budować, organizować. Po jego ostatnim wybryku – pijackim, rasistowskim wygłupie na imprezie poświęconej Dimebagowi – kurz co prawda opadł, ale mam wrażenie, że nowe nagrania wokalisty nie są witane z dawnym entuzjazmem. A szkoda, bo kilkunastoletnie milczenie przerwał jego najlepszy zespół od czasu rozpadu Pantery, czyli Superjoint, dawniej znany jako Superjoint Ritual. No dobrze, niekoniecznie obiektywnie najlepszy – mój ulubiony. Superjoint to bowiem połączenie sludge’owego ciężaru i niechlujstwa z niemal grindowym przytupem. Krótko mówiąc: dużo hałasu, dużo bałaganu i raz na jakiś czas kawał soczystego, postsabbathowego mięsa.

Na gitarze znowu gra Jimmy Bower, czyli facet, który zaliczył wszystkie najważniejsze metalowe zespoły amerykańskiego Południa – dla porządku: Eyehategod, Crowbar, Down i Superjoint właśnie – a więc człowiek, który wie, jak zrobić krzywdę riffem. Połączenie jego wiosła z wściekłym ujadaniem Phila mogłoby być zabójcze, gdyby nie to, że wokale są zbyt głęboko zanurzone w muzyce. Ale gdzie drwa rąbią… Superjoint miał być odtrutką na metalowe superprodukcje, miał być dziką jazdą, która w kilka minut eliminuje wszystkich wielbicieli melodii, patosu, klarownego brzmienia i koronkowych aranżacji – to jest. Najlepsze numery? Oparty na skrajnościach „Sociopathic Herd Dillusion” oraz „Clickbait” (swoją drogą – jaka aktualna tematyka tekstów!) i „Mutts Bite Too”, które czysty hardcore przetykają smolistym doomem. A najgorsze w trzeciej (pierwszej?) płycie Superjoint jest to, co zawsze – że jest nierówna. Rzeczy dobre sąsiadują tu z wypadkami przy pracy, które nie powinny wychodzić poza salę prób.

Whores.
Whores. © Chad Hess

Whores. nie pomogą sobie tą nazwą, o karierze w mainstreamowych mediach nie mają co marzyć, ale z taką muzyką i tak nie mieliby czego tam szukać. Za to trudno nie zapamiętać. I nazwy, i samego zespołu – bo wystarczy kilka sekund kontaktu z „Gold”, by zrozumieć, że tu nie ma owijania w bawełnę. Jest bicie po buziach. Power trio z Atlanty nie jest mniej agresywne od starszych kolegów z Nowego Orleanu, ale w odróżnieniu od chaosu Superjoint, w szaleństwie Whores. jest metoda. Na pierwszy rzut ucha brzmią (a brzmią znakomicie – tłusto, lecz dynamicznie!) jakby się chowali w jednym garażu z Pissed Jeans czy Metz, ale mniej tu czystej, punkowej rozpierduchy, więcej lekko psychodelicznego groove’u, którego nie powstydziliby się Melvins, przetykanego wybuchami wyrachowanej, mathcore’owej agresji, mogącej przywodzić na myśl Converge czy nawet The Dillinger Escape Plan. Wybaczcie tę wyliczankę nazw, ale porównuję Whores. do najlepszych nie bez powodu – „Gold” rzeczywiście warta jest tyle złota, ile waży zespół razem ze sprzętem. Piosenki, energia i brzmienie. Wszystko się tu zgadza, więc debiutancki album tria awansuje w moim prywatnym rankingu do zbioru najlepszych płyt minionego roku. A na koncertach ponoć jest jeszcze lepiej!

Skoro już wspomniałem Melvins, nie mogę przemilczeć ich najnowszego albumu. Oczywiście, nie są z Południa. Wręcz przeciwnie – Melvins to nerdy ze stanu Waszyngton, a więc mają blisko i do Seattle, i do Portland, ale ostatnio w ich muzyce coraz mniej słychać eksperymentów, posthardcore’owego kombinowania, za to coraz więcej kultu wzmacniacza. Nie jestem pewien, czy tak jest lepiej, ale z płyty na płytę brzmią coraz bardziej, jakby zagubili się w Trójkącie Bermudzkim, którego wierzchołkami są Pentagram, Corrosion Of Conformity i Alice In Chains. Byli już bardziej niegrzeczni, byli już bardziej dziwaczni, a teraz, choć czasem zbiera im się na muzyczne żarty, skupiają się głównie na pisaniu dobrych, metalowych piosenek. A także na odtwarzaniu ich z odpowiednim feelingiem oraz brzmieniem gitary dążącym do doskonałości.

Nie gitara jest jednak głównym bohaterem tej płyty, a już na pewno nie sześciostrunowa, choć Buzz Osborne dobrze wie, którą stroną kaczka wodę pije. Jak wskazuje tytuł – tu chodzi o bas. A także o basistów, bo na najnowszej płycie Melvins gra ich aż sześciu! Nie naraz na szczęście, wymiennie. Niektórzy nie po raz pierwszy pod tym szyldem, ale jest to tak doborowe grono, że każdego warto wspomnieć z imienia i nazwiska. A więc Dale Crover (na co dzień perkusista Melvins), Jared Warren z Big Business (numer w którym gra – „Choco Plumbing” – jest jednym z najlepszych na płycie), Steven McDonald z Off! (obecnie w Melvins na stałe, chyba), Jeff Pinkus z Butthole Surfers, Trevor Dunn z Mr. Bungle i Tomahawk (nagrane z nim „Planet Destructo” to karkołomne połączenie hardrockowej ballady z jazzem) oraz… Krist Novoselic z Nirvany. Ten, jak już wylazł spod kamienia, to nie tylko po to, żeby szyć na basie, ale jeszcze sieknął wstrząsający riff na akordeonie, czyniąc „Maybe I Am Amused” trzecim, raczej kontrowersyjnym, punktem kulminacyjnym tego nierównego, ale jednak dającego dużo radości albumu.

Miało być o metalu z Południa, więc trzeba zakończyć czymś bardziej klasycznym. Najbardziej klasycznym. Zdawać by się mogło, że esencją bagiennego stylu musi po wsze czasy pozostać muzyka Down, skoro w tej supergrupie spotkały się największe osobowości tamtejszej sceny, ale „The Serpent Only Lies” jest potwierdzeniem obecnej supremacji Crowbar. Oraz osobistym zwycięstwem Kirka Windsteina, który po odejściu z Down radzi sobie znacznie lepiej niż koledzy bez niego. Nie ma przy tym na nowym albumie nowoorleańskiego kwartetu zaskakującej minuty. Ba – nuty! Wszystko według wzoru. Utwory suną niespiesznie, napędzane mocno zbasowanym pulsem sekcji, niszcząc napotkane przeszkody ciosami gitar Windsteina i Brunsona (to nowy nabytek). Z rzadka trafia się thrashowe przyspieszenie, które służy głównie podkreśleniu potęgi następującego po nim zwolnienia. Nad tym wszystkim góruje posępny krzyk Kirka, który informuje nas, że nie jest dobrze, czasem przechodzący w lament, z którego wynika, że jest jeszcze gorzej.
Słucham „The Serpent Only Lies” na zmianę z najnowszym albumem Neurosis i myślę sobie, że skoro już mamy tak piękne soundtracki do apokalipsy, głupio byłoby, jakby jednak nie przyszła.

Superjoint „Caught Up in the Gears of Application”, Housecore Records
Whores. „Gold”, Steamhammer/SPV
Melvins „Basses Loaded”, Ipecac Recordings
Crowbar „The Serpent Only Lies”, Steamhammer/SPV

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi wiadomościami, zdjęciami i filmami, z dyscypliny która interesuje Cię najbardziej? Zapisz się na newsletter już teraz, a na pewno nie przegapisz najlepszych newsów.

read more about
Next Story