Wszystkie kolory muzyki

Ponuro za oknem? Sięgnij po nowe płyty The Flaming Lips, Foxygen lub Cherry Glazerr i lataj wysoko.
Cali na biało
Flaming Lips © George Salisbury
Autor Jarek Szubrycht

Trudno zignorować nową płytę The Flaming Lips, bo a) to Flaming Lips, b) intryguje polskojęzyczny tytuł całości i niektórych utworów. Szkoda tylko, że „Oczy Mlody” nie przejdzie do historii jako najwybitniejsza płyta zespołu. Tym bardziej, że poprzedza ją – zależy jak liczyć – albo jeden z najlepszych albumów amerykańskiej grupy, czyli wizjonerski „Terror”, albo któraś z mniej („With a Little Help from My Fwends”, czyli bezczelna wariacja na temat Beatlesowskiego „Sierżanta Pieprza”) lub bardziej („Miley Cyrus & Her Dead Petz” z – no właśnie – Miley w roli głównej) udanych prowokacji. Na tym tle „Oczy Mlody” wypada po prostu zachowawczo i wtórnie. Jest jak kontynuacja „Terror”, ale bez nieprzewidywalności i podskórnej nerwowości tamtego materiału. Zresztą, może chodzi właśnie o to, że pierwszy lot w kosmos można odbyć tylko raz? Jeśli więc nawet ambientowo-psychodeliczne fale „Oczy Mlody” nie ustępują podobnym pomysłom sprzed czterech lat, to już nie robią takiego wrażenia.

© YouTube

Na szczęście działają poszczególne piosenki. Oczywiście potopione w najróżniejszych efektach i ozdobnikach, w reverbach, delayach i dronach, ale i tak urodziwe. Jak wczesnofloydowska z ducha „How??”, raczej przywołująca na myśl new romantic, niż hippisowskiego rocka „Nigdy Nie” (w pełnym spektrum – od skrajnie nieśmiałego początku, po dynamiczną, czy wręcz histeryczną końcówkę), czy słodka słodyczą najsłodszych przebojów The Flaming Lips „The Castle”. Bo prawda jest taka, że wystarczy te kilka utworów, parę zastrzyków czystej, tęczowej euforii, bym wybaczył im wszystkie mielizny. Najlepsze w „Oczy Mlody” jest bowiem to, że jest stuprocentowym materiałem The Flaming Lips, a więc nawet jeśli przekombinowanym i niestrawnym, to i tak fascynującym i odświeżającym. Tylko oni tak potrafią.

W lesie
Foxygen © Cara Robbins

Foxygen szerszej publiczności przedarli się w 2013 roku, za pomocą fantastycznego albumu „We Are the 21st Century Ambassadors of Peace & Magic”, wskakując w szparę w drzwiach, które uchylili Tame Impala. Ale już następna płyta „…And Star Power” nie była ani tak gwiezdna, ani tak mocna, jak sugerował tytuł – znakomite pomysły poprzetykane były nieudanymi eksperymentami lub historiami bez puenty, porzuconymi w pół drogi. Najnowszą płytą najwyraźniej starają się nam to zrekompensować – zespół jest skoncentrowany, zdyscyplinowany i zdecydowany, jak chyba nigdy wcześniej w swojej karierze. Co bynajmniej nie oznacza braku zaskakujących zwrotów akcji. Słuchając „Hang” czuję się wręcz jak jeden z tancerzy towarzyszących zespołowi w poniższym teledysku – z jednej strony trudno się temu nie poddać, trudno nie pląsać, ale z drugiej, najwyraźniej widać, że tylko Sam France (mniej więcej) wie, o co tu chodzi, a reszta po prostu próbuje za nim nadążyć…

© YouTube

Foxygen to duet, ale zamieszania robią za cały big band. Zresztą, na tej płycie wspiera ich solidna orkiestra oraz Steven Drozd, muzyczny mózg The Flaming Lips (wszystko zostaje w psychodelicznej rodzinie), a z takim personelem można sobie na wiele pozwolić – wymyślają więc, skacząc z kwiatka na kwiatek, z tradycji w tradycję, z estetyki w estetykę. Zaczynają od rockandrollowego musicalu „Follow the Leader”, ale już drugi na płycie „Avalon“ nutę wodewilu zderza z Abbą. I jeszcze solo na saksofonie? Co tu się wyprawia?! Później znowu Abba, ale tym razem płynnie przechodzi w kuszącą pawim ogonem aranżu glamrockową balladę, którą swojego czasu mógłby śpiewać Marc Bolan. Tutaj wchodzimy w buty Todda Rudgrena, tam wydaje nam się, że jesteśmy Steely Dan, to znów zabrzmimy, jak cover band The Beach Boys, bo czemu nie, kto bogatemu zabroni? A produkcja, rzeczywiście, na bogato – Wall of Sound wiecznie żywa. Nie wiem tylko, co prawda, czy „Hang” należy traktować poważnie, czy jako kreślony pańskim gestem pastisz – ale z drugiej strony, kto powiedział, że w muzyce zawsze wszystko musi być serio? Byleby kopało.

Halko
Cherry Glazzer © Felisha Tolentino

Przyznaję bez bicia, że „Apocalipstick” to póki co jeden z fajniejszych tytułów płyt w tym sezonie. Tym bardziej, że trafiony, bo zawartość albumu to trochę walenie w struny i czad, a trochę różne takie dziewczyńskie sprawy, nie zrozumiesz. Jest więc miejsce i na soczysty, zgrabny riff, dzięki któremu mniej się tęskni za White Stripes, jest solidne dudnienie sekcji rytmicznej, ale i tak ton całości nadają gładkie refreny, wyśpiewane niewinnym głosem i naiwnym tonem przez Clementine Creevy. W jednej z pierwszych recenzji Cherry Glazerr ktoś orzekł, że są zbyt punkowi dla hipisów i zbyt hipisowscy dla punków – i rzeczywiście, trudno to lepiej ująć. Przy czym trzeba zaznaczyć, że w tym rozkroku kalifornijskiej grupie do twarzy, bo piosenki fajne, brzmienie również – Joe Chicarelli (White Stripes, The Strokes) i Carlos de la Garza (M83, Tegan and Sara) za konsoletą oznaczają, że temat jest poważny – a energii tyle, że niejednemu zespołowi wystarczyłoby na całą dyskografię. O, taką właśnie płytą dobrze będzie przywitać wiosnę.

© YouTube

The Flaming Lips „Oczy Mlody”, Warner Bros. / Bella Union
Foxygen „Hang”, Jagjaguwar
Cherry Glazerr „Apocalipstick”, Secretly Canadian

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi wiadomościami, zdjęciami i filmami, z dyscypliny która interesuje Cię najbardziej? Zapisz się na newsletter już teraz, a na pewno nie przegapisz najlepszych newsów.

read more about
Next Story