Legion samobójców
© Warner Bros. Interactive Entertainment
Film

Filmy, które byłyby lepsze „dla dorosłych”

Chcemy więcej filmów dla dorosłych! Oto lista 10 produkcji, którym wyszłoby na dobre, gdyby dostały kategorię wiekową 18+.
Autor: Rafał Christ
Przeczytasz w 9 min
Niedawno byliśmy świadkami drugiej części perypetii najbardziej wygadanego najemnika – tym razem jednak Deadpool zamiast rzucać przekleństwami na lewo i prawo oraz upuszczać krwi swoim wrogom, pojawił się w odsłonie… familijnej. To nie pierwszy raz, gdy twórcy z Holywood zrezygnowali z wyrazistych środków wyrazu tylko po to, by przyciągnąć małoletnią młodzież do kin. I to nie pierwszy raz, gdy dorosłym widzom mogło się to nie spodobać.
Dlatego zainspirowani ich pomysłem postanowiliśmy pójść w przeciwną stronę. Wybraliśmy 10 filmów, które naszym zdaniem byłyby lepsze, gdyby ich twórcy nie bali się jak ognia kategorii wiekowej „18+”.

„Constantine”, 2005, reż. Francis Lawrence

Tytułowy bohater posiada niezwykły dar. Widzi mieszkające w naszym świecie demony. Aby je wygonić z powrotem do piekła korzysta z różnych środków i pięści okazują się w tym wypadku skuteczniejsze niż niektóre relikwie, a sam John Constantine lepszy w swoim fachu niż ojciec Merrin w „Egzorcyście”. Adaptacja „Hellblazera” nie należy do złych. Ba, jest całkiem udana, ale mały lifting i więcej horroru, z pewnością by jej nie zaszkodziło. Oryginał aż się prosi o sporą dawkę szaleństwa przy jego ekranizacji. Twórcy „Constantine’a” z jednej strony chcą pokazać jacy są fajni i obrazoburczy nakazując Keanu Reevesowi wyciągać środkowy palec w stronę Szatana, a z drugiej okazują się bardzo zachowawczy wygładzając swoją opowieść tak, aby była przystępna dla młodszych widzów.

„Przerażacze”, 1996, reż. Peter Jackson

Są reżyserzy, którzy pozostają wierni swoim ideałom. Taki Tobe Hooper zaczął karierę od „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”, a kiedy ze Stevenem Spielbergiem, jako współscenarzystą i producentem, realizował „Ducha” udało mu się przemycić do filmu ostatecznie przecież z kategorią „PG-13” kilka wzbudzających grozę scen. Peter Jackson podczas współpracy z Robertem Zemeckisem zdecydował się na krok w przeciwnym kierunku. Późniejszy twórca wielomilionowych adaptacji książek J. R. R. Tolkiena w „Martwicy mózgu” osiągnął mistrzostwo w łączeniu komedii i gore, a w „Przerażaczach” zamiast pójść w tę samą stronę stracił horrorowy zapał i stworzył produkcję familijną. Michael J. Fox radośnie rozmawia z duchami, zakochuje się w nowej mieszkance swojego miasta, rozwiązuje zagadkę tajemniczych morderstw, a w międzyczasie R. Lee Ermey w drugim wcieleniu sierżanta Hartmana ponownie się wydziera. Ogląda się to całkiem dobrze, ale brakuje w tym pazura. Nieco krwi i posoki oraz mocniejszego klimatu z pewnością uprzyjemniłoby seans.

„Bohemian Rhapsody”, 2018, reż. Bryan Singer

Jak powszechnie wiadomo, rockmani lubią spędzać wolny czas przy herbatce, wychodzą z prywatki przed 22.00, wszystkie spory rozwiązują bez użycia pięści, a wulgaryzmy nie przechodzą im przez gardło. To nie tak, że naprawdę na organizowanych przez nich imprezach karły podawały narkotyki na srebrnych tacach, a szampan i inne trunki lały się strumieniami. Bryan Singer i Dexter Fletcher, który w pewnym momencie zastąpił go na stołku reżysera, pod wpływem żyjących członków zespołu Queen zamienili „sex, drugs and rock&roll” na „marriage, friendship and rainbow”. Oczywiście po policzku spłynie łza, kiedy Rami Malek porwie publiczność na stadione Wembley, a noga będzie tupać w rytmie słyszanych co chwilę znanych hitów. Natomiast przez resztę seansu przekleństwa same cisną się na usta. „Bohemian Rhapsody” okazuje się bowiem przesłodzoną laurką bez krzty charakteru. Może jednak trzeba było pozwolić, aby Sacha Baron Cohen przemycił do projektu swoje pomysły? Fani grupy nie musieliby tyle kląć.

„Wiecznie żywy”, 2013, reż. Jonathan Levine

Nikt nie oczekiwał, że będzie to równie dobra co „Wysyp żywych trupów” komedia z zombie. A jednak wyglądałaby o wiele lepiej, gdyby zamiast celować w „PG-13”, twórcy chcieliby, aby otrzymała kategorię brzmiącą tak samo jak imię głównego bohatera. R to żywy truposz, który ratuje piękną Julię. Jakby ktoś jeszcze się nie zorientował, jest to parafraza znanej sztuki Szekspira. Czy można być bardziej oczywistym? Reżyser Jonathan Levine ma wprawdzie w zanadrzu kilka niezłych scen i pomysłów oraz wzorem Edgara Wrighta próbuje zawrzeć w swojej opowieści nieco popkulturowych tropów. Nie idzie mu jednak najlepiej. Wszystkie pozytywne cechy produkcji giną pod kiczowatą, tendencyjną historią oraz ogólną zachowawczością i protekcjonalnością. Już lepiej obejrzeć utrzymane w podobnym duchu, ale oryginalniejsze i bardziej zapadające w pamięć „Deadheads”.

„Mortal Kombat”, 1995, reż. Paul W.S. Anderson

Osoby wychowane w latach 90. z pewnością pałają sentymentem do tego tytułu. Wiele elementów wciąż robi tu wrażenie, jednakże każdy, kto kiedykolwiek wykonał słynne fatality, zdaje sobie sprawę, czemu „Mortal Kombat” trafiło do tego zestawienia. Pomińmy naiwną, głupiutką fabułę, bo przecież nie to było clue całej zabawy w grze. Liczyło się efektowne mordobicie. Walki w filmie są bardzo ugrzecznione i nieraz brakuje im choreograficznej pomysłowości i lejącej się hektolitrami krwi. Gdyby, delikatnie mówiąc, niezbyt utalentowany i sprawny reżyser zdecydował się celować w starszych widzów, moglibyśmy otrzymać coś na miarę „Wejścia smoka”. Zamiast tego dostajemy pełną kiczu bezmózgą papkę, spełniającą się jedynie w kilku momentach. Wciąż jednak jest to lepsze niż nieco wcześniejsze „Znak smoka” i „Uliczny wojownik”.

„Obcy kontra Predator”, 2004, reż. Paul W.S. Anderson

Sygnowanym nazwiskiem Paula W.S. Andersona filmom można wiele zarzucać. Reżyser sięga do uwielbianych przez odbiorców tekstów popkultury, ale nie zawsze wie co z nimi zrobić. I przy „Obcym kontra Predatorze” zawalił sprawę w podobny sposób, co w przypadku „Mortal Kombat”. Z komiksów, a później gier wideo łączących ze sobą uniwersum tytułowych potworów wyciągnął niewiele. Horroru w tej produkcji nie uświadczymy, akcja ogranicza się do bezmyślnej rąbaniny, napięcia tu jak na lekarstwo, a efekty specjalne wcale nie zachwycają. Dodatkowo przemoc znana z serii o Ksenomorfach czy kosmicznych łowcach została zredukowana do takiego stopnia, aby trzynastolatkowie nie mieli koszmarów po seansie. Brakuje pomysłu, a zostaje niewykorzystany potencjał. Równie duży niesmak pozostawia bardziej brutalna „dwójka”, która z kolei na pozostałych polach zawodzi jeszcze bardziej.

„Ghost Rider”, 2007, reż. Mark Steven Johnson

W 1997 roku producenci „Spawna” już po otrzymaniu kategorii „R” zdecydowali o ograniczeniu przemocy w swoim filmie, aby... kategorię wiekową zmienić na „PG-13”. Brutalniejszą, reżyserską wersję adaptacji komiksu o zawierającym pakt z diabłem żołnierzu można było więc obejrzeć dopiero na VHS i DVD. Dekadę później do kin trafiła upupiona adaptacja komiksu o… kaskaderze zawierającym pakt z diabłem. Johnny Blaze staje się w ten sposób łowcą demonów, jakie uciekły księciu ciemności. Rzuca kilkoma fajnymi tekstami, a nieraz nawet popisuje się całkiem niezłą wyobraźnią psychopaty. Mimo to, wciąż wydaje się pozbawiony charakteru znanego z oryginału, a Nicolas Cage zalicza kolejną, ale nie ostatnią wpadkę po zdobyciu Oscara za „Zostawić Las Vegas”. Za trzy role z 2007 roku (w tej produkcji, „Skarbie narodów: Księdze tajemnic” i „Next”) otrzymał nominację do Złotej Maliny dla Najgorszego Aktora.

„Max Payne”, 2008, reż. John Moore

Najbardziej niebezpieczna jest ta osoba, która nie ma nic do stracenia. To prawda. Weźmy takiego policjanta mszczącego się za zabójstwo swojej rodziny z kultowej dzisiaj gry wideo. Jako Max Payne mogliśmy na komputerze czy konsoli wcielić się w brutalnego gliniarza, pozostawiającego po sobie jedynie stosy trupów. Jak to często bywa w tego typu adaptacjach, przeniesienie fabuły na ekran nie wyszło zbyt dobrze. Fani nie kryli swojego oburzenia jeszcze przed premierą, kiedy do wiadomości publicznej podano, że produkcja otrzyma kategorię „PG-13”, a nie tak jak powinno być „R”. Mieli rację, bo dostaliśmy wygładzony i mdły do bólu wyrób filmopodobny. Zamiast adrenaliny towarzyszącej przechodzeniu kolejnych poziomów oryginału, wieje tutaj nudą. Protagonista z racji ograniczenia wiekowego nie tylko nie może popuścić wodzy wyobraźni przy rozprawianiu się z kolejnymi przestępcami, ale nawet nie dane mu jest porządnie przekląć. Kurza stopa, tak się przecież nie godzi!

„Robocop”, 2014, reż. José Padilha

W 1987 roku Paul Verhoeven nie przebierając w środkach opowiedział historię policjanta, którego umysł i resztki ciała zostały podłączone do mechanicznego szkieletu. Było brutalnie, film ocierał się o granicę gore i nawet po dekadach jakie upłynęły od jego premiery, prócz kilku trącących myszką scen, wydaje się świeży i oryginalny. Hollywood okazało się jednak mieć odmienne zdanie. Postanowiono stworzyć remake, który na Polsacie chętnie obejrzą całe rodziny podczas niedzielnego obiadu. Z oryginału pozostała fabuła, a cały terror, wszelkie idee, przesłanie zostały wyrzucone do kosza. Słowem: pierwowzór został wykastrowany. Podczas seansu ciężko się zdecydować czy zacząć płakać, czy może roześmiać się na głos. Nowy „RoboCop” to produkcja poprawna, ocierająca się o dno przeciętności. Zapomina się o niej już w trakcie napisów końcowych. Jedyne pocieszenie można odnaleźć w braku kontynuacji, bo ta mogłaby zafundować fanom zawał serca.

„Legion samobójców”, 2016, reż. David Ayer

Mamy grupę brutalnych (super)przestępców, mokry sen geeków pod postacią Margot Robbie w roli Harley Quinn i reżysera lubującego się w dosadnym, męskim kinie. Ale to ekranizacja komiksu, więc na seans pójdą przede wszystkim dzieci. Tym samym liczne rzesze fanów na całym świecie otrzymały najbardziej pozbawiony ikry blockbuster XXI wieku, utrzymany w duchu komiksowych adaptacji z lat 90. Mroczny, a familijny. Warner Bros. i DC udała się w tym wypadku trudna sztuka zniszczenia czegoś, czego zniszczyć nie można. „Legionu samobójców” nie uratowały, a może właśnie to było powodem jego porażki, przechwałki Jareda Leto o jego metodzie aktorskiej i wycinaniu członkom ekipy kolejnych kawałów, z podarowaniem ekranowej partnerce martwego szczura na czele. Miłośnicy kolorowego medium po niedawnej porażce artystycznej „Batmana v. Supermana: Świtu sprawiedliwości” ponownie opuszczali sale kinowe klnąc pod nosem i wieszając psy na twórcach, ciesząc się jednocześnie na myśl o na pewno lepszym, nadchodzącym filmie Marvela.