Epicka saga fantasy, która wyzwalała w nas najgorsze instynkty, dobiega właśnie końca. Na przestrzeni siedmiu sezonów przeklinaliśmy pod nosem, gdy ginęli nasi ulubieni bohaterowie, cieszyliśmy się z bolesnej śmierci dziecka i kibicowaliśmy karłowi. Miliony widzów na całym świecie śledzą finałową odsłonę „Gry o tron” i… jednocześnie modlą się, by jej ostatni odcinek był lepszy niż te wymienionych niżej seriali.
Dobry serial poznaje się w końcu nie po tym, jak się zaczyna, ale po tym jak się kończy. Kiedy jednak realizuje się skomplikowane, rozpisane na kilkadziesiąt odcinków opowieści, trudno sprostać oczekiwaniom rosnącej liczby fanów. Można ich rozsierdzić niedomówieniem, absurdem lub po prostu dopisując epilog, w którym główny bohater odnajduje spokój ducha jako drwal. Grzechy twórców moglibyśmy mnożyć. W ostatnich epizodach dziesięciu poniższych produkcji zachowali się, jakby sami nie oglądali swojego serialu, czym sprowokowali wielu widzów do wyrzucenia telewizorów i komputerów przez okno. Wybaczcie spoilery w tekście, ale takie zestawienia nie mogą się bez nich obyć.
„Californication”, 7 sezonów
Być może fanów serialu zdziwi jego obecność na tej liście, w końcu w porównaniu do finałów innych produkcji, jakie się tu znalazły, jego zakończenie nie było aż takie złe. Nie było, ale… Nic się nie rozwiązało. Pytania zadawane przez widzów na przestrzeni siedmiu sezonów zostały bez odpowiedzi. Ktoś powie, że można na to przymknąć oczy i już do końca życia zastanawiać się, czy Hank i Karen będą w końcu razem, ale zasłużyliśmy jednak na coś więcej niż domysły. Przypomnijmy sobie chociażby pierwszą scenę. David Duchovny wychodzi z Porsche, gasi peta w wodzie święconej, a rozpoczęty zaraz potem dialog z Bogiem przerywa mu zakonnica proponująca… wiadomo co. Już wtedy twórcy zyskali naszą ciekawość i uwagę. Wystarczyło kilka odcinków, żeby miliony ludzi na całym świecie chciały być jak Hank Moody. Nawet jeśli jakość całego tytułu można przedstawić za pomocą sinusoidy, lepsze momenty wynagradzały te gorsze i zasłużyliśmy na jakieś wyjaśnienia. To przecież nie wracające po 26 latach „Twin Peaks”, gdzie ujawnienie kto zabił Laurę Palmer, niezależnie od tożsamości mordercy, nie zadowoliłoby najbardziej oddanych wielbicieli kultowej pozycji. Co więcej, Moody to chyba jedyny protagonista w historii kina i telewizji, który zasłużył na happy end. Jego ukochana mogła mu ponownie wskoczyć do auta i odjechaliby w stronę zachodzącego słońca. Cokolwiek, byleby nie pozostawiono nas w stanie ciągłego zawieszenia.
„Dwóch i pół”, 12 sezonów
Może i nie był to sitcom najwyższych lotów. Może od pojawienia się Ashtona Kutchera w obsadzie nikt nie chciał go już oglądać. Może trzeba było skasować go wraz z wyrzuceniem Charliego Sheena. Może. Chcielibyśmy po prostu, żeby „Dwóch i pół” zakończyło się zabawnie, a nie żałośnie. Żeby po puencie wcielający się w Jake’a Angus T. Jones miał jeszcze większe wyrzuty sumienia. Tak, to był prosty jak budowa cepa serial. Przecież już nawet w epoce kina niemego wszyscy wiedzieli, że gdy się połączy przed kamerą dwie odmienne osobowości, powstanie komedia. Tutaj dostaliśmy niezaspokojonego seksualnie alkoholika z pieniędzmi i biednego, poczciwego nieudacznika. Bonusem okazał się niezbyt rozgarnięty syn tego drugiego, co stało się jednocześnie powodem do serwowania kolejnych żartów o facetach wychowujących dziecko. Ta prostota działała jak należy. Pośmialiśmy się, nieraz też się wzruszyliśmy i na koniec zdziwiliśmy się pomysłami twórców, sięgających po bezsensowny, autotematyczny żart. Oto Charlie wychodzi z więzienia, wraca do domu i spada na niego fortepian. W następnej scenie ten sam instrument ląduje na głowie Chucka Lorre’a. Pomysłodawca produkcji został więc metaforycznie przygnieciony głupotą takiego zabiegu.
„Plotkara”, 6 sezonów
Nie będzie przesadą nazwanie tego serialu mianem „Beverly Hills 90210” XXI wieku. W nieco tasiemcowej manierze przez sześć sezonów śledziliśmy losy nastolatków z wyższych sfer. Ich problemy były naszymi problemami i tak jak oni, bezustannie zadawaliśmy sobie pytanie, kim jest ujawniająca publicznie ich tajemnice tytułowa plotkara. Miała głos Kirsten Bell, więc wśród podejrzanych znajdowały się kobiety. Nic bardziej mylnego. Okazało się, że to aspirujący pisarz Dan. Nie wyjaśniało to jednak interesujących nas wątków, a wprowadzało tylko więcej zamieszania. Wzorcowy przykład wykręcania się sianem. Niby to „tylko” lekki serial dla nastolatków, ale i tak zabolało.
„Czysta krew”, 7 sezonów
W pierwszej dekadzie XXI wieku nastała moda na odbieranie im godności i zamienianie w umięśnionych kochanków ze świecącą klatą i twarzą Roberta Pattinsona. Bram Stoker i Joseph Sheridan Le Fanu przewrócili się w grobie, a Ann Rice cicho załkała. Motyw wampira umęczonego długowiecznością i niezaspokojonego seksualnie stworzenia zastąpił wampir ugrzeczniony – chodzący do liceum i podrywający nastolatki. Już od kilku lat twórcy w różnoraki sposób wyśmiewają dzieła Stephenie Meyer i ich adaptacje. Tymczasem w tym samym roku, w którym do kin trafiła pierwsza część „Zmierzchu”, HBO zaserwowało swoim widzom „Czystą krew” na podstawie powieści Charlaine Harris. Też śmierdziało „young adult” na kilometr, ale było oryginalne, świeże i jak to często w produkcjach stacji bywa, niegrzeczne, pełne seksu i przemocy. Pierwszy sezon zaostrzył apetyt na więcej, a potem stopniowo okazywało się, że twórcy nie wykorzystują całego potencjału tytułu. Ale nic to. Wierzyliśmy, że poprawi się... I wtedy nadeszła ostatnia, siódma odsłona serialu. Scenarzyści stali się wyjątkowo leniwi. Zakończenie jest naciągane i nie ma nic wspólnego z wcześniejszymi odcinkami. Pojawia się szereg nowych postaci, a potrafiąca czytać w myślach protagonista znajduje szczęście w ramionach kogoś, kogo nawet nie widzimy. Jakbyśmy do tej pory łyknęli za mało absurdów, tak została nam wynagrodzona wierność tej pozycji.
„Rodzina Soprano”, 6 sezonów
Tu zdania są podzielone. Część naszej redakcji uważa finał „Sopranos” za najlepsze zamknięcie w telewizji (bo niby zostawia nas bez odpowiedzi, ale w jakim stylu!), autor tego zestawienia twierdzi jednak, że twórcy w ostatnim epizodzie nie popisali się. To w końcu produkcja, która wyznaczyła nowe standardy w telewizji. To w końcu „Rodzinę Soprano” uważa się za ojca seriali jakościowych. Można ją do dziś oglądać w kółko i bez przerwy. Kiedy jednak sześć długich lat czekaliśmy na rozwiązanie tej epickiej gangsterskiej sagi określanej mianem „Ojca chrzestnego” małego ekranu i kiedy nadszedł TEN moment, David Chase postanowił zatrzymać dotychczasową karuzelę przemocy. Nagle doszedł do wniosku, że należy wszystko załagodzić niedomówieniem. Tony spogląda więc w otwierające się drzwi i... pojawiają się napisy. To wszystko? Aresztują go? Zabiją? Co się z nim stanie? Ucieknie do Włoch? Na te pytania nigdy nie poznamy odpowiedzi, a przecież mógł to być najbardziej satysfakcjonujący finał w historii. Dla wszystkich.
„Mad Men”, 7 sezonów
Jeden z najlepszych seriali w historii telewizji, czego dowodzą liczne prestiżowe nagrody. No i Christina Hendricks! Mężczyźni przed ekranem ślinili się na widok granej przez nią postaci, jednocześnie marząc o byciu Donem Draperem granym przez Jona Hamma. Wszyscy chcieli pracować i wyglądać jak on. W ostatnim odcinku widzimy go uśmiechniętego, jakby po wszystkich, przeżytych przez siedem sezonów, problemach udało mu się wreszcie znaleźć wewnętrzny spokój. Tak naprawdę to znak, że nic się nie zmieni, bo zapewne wróci do firmy i wymyśli kolejną, słynną na cały świat reklamę. I to jest jasna strona finału. Ale gdzie reszta? Gdzie odpowiedzi na nierozwiązane, acz interesujące wątki? I czemu ogień napędzający wcześniejsze sezony w siódmym zamienił się nagle w marną iskierkę? Zdecydowanie zasłużyliśmy na coś więcej.
„Z archiwum X”, 9 sezonów
Dla osób wychowanych w latach 90. ten serial to absolutny obiekt kultu. Z zapartym tchem śledziliśmy losy wierzącego w kosmitów Muldera i jego sceptycznie nastawionej partnerki Scully. Od początku wiedzieliśmy, że prawda gdzieś tam jest i czekaliśmy tylko, aż zostanie przed nami odkryta. Po dziewięciu sezonach miało to w końcu nastąpić. Apetyt na finał zaostrzała dodatkowo zapowiedź powrotu Davida Duchovnego do jego ikonicznej roli po roku przerwy. Ostatnie odcinki okazały się jednak rozczarowujące. Zamiast odpowiedzi otrzymaliśmy nic niewyjaśniający bełkot, mający stanowić prolog do nadchodzącego filmu. Ten jednak też pozostawiał wiele do życzenia. Niesmaku nie zlikwidował nawet całkiem niezły reboot produkcji, czyli dwie nowe odsłony serii z 2016 i 2018 roku.
„Dexter”, 8 sezonów
Pozwolę sobie postawić tu jedno pytanie: czy ludzie będący na planie ostatniego odcinka nie oglądali własnego serialu? Nie było w pobliżu nikogo, kto kazałby im się opamiętać? Tyle potencjału, tyle ciekawych twistów, tyle budowania psychologii bohaterów, żeby w jednym epizodzie wyrzucić wszystko do kosza, przykryć ekskrementami, podeptać i spalić? Przecież historia laboranta policyjnego, który w nocy morduje przestępców, zasługiwała na lepsze rozwiązanie! Michael C. Hall w kolejnej po „Sześć stóp pod ziemią” dziwacznej produkcji wspiął się na wyżyny swojego talentu. Gdyby powstrzymał nadchodzącą katastrofę, miliony fanów pozostałyby mu dozgonnie wdzięczne. Aż dziw, że ten finał nie wywołał protestów na ulicach, a tylko chęć wydłubania sobie oczu. Oto jeden z najciekawszych protagonistów w historii telewizji zostaje… drwalem. Dalszy komentarz chyba jest zbędny.
„Jak poznałem waszą matkę”, 9 sezonów
Tyle godzin oglądaliśmy perypetie bohaterów bardzo chcących być „Przyjaciółmi”, tak bardzo śledziliśmy wzloty i upadki związku Marshalla i Lily. Śmialiśmy się z podrywów Barneya, pomagaliśmy Tedowi w poszukiwaniach tej jedynej. Ale ten serial pokazał dobitnie, że każda formuła, nieważne jak dobra, kiedyś się wyczerpuje. W tym wypadku nastąpiło to w okolicach siódmego sezonu, a twórcy próbowali reanimować trupa jeszcze przez dwa kolejne. W kółko powtarzali te same żarty. A kiedy w końcu odkryliśmy tożsamość tajemniczej matki dzieci głównego bohatera, chwilę potem okazało się, że wcale nie o to chodziło. Można się było tego spodziewać, przecież serial od dawna cierpiał ze względu na brak oryginalnych pomysłów. Jednakże wszyscy wmawialiśmy sobie, że będzie inaczej. Przecież takie rozwiązanie jest za proste. Z nadzieją wpajaliśmy sobie te kłamstwa. Bez sensu. Trzeba było zaprzestać oglądania i skupić się już tylko na „Teorii wielkiego podrywu”.
„Zagubieni”, 6 sezonów
Historię rozbitków na tajemniczej wyspie oglądaliśmy z wielkim zaangażowaniem. J.J. Abrams zrewolucjonizował format serialu telewizyjnego. Twórca, tak jak David Lynch swoim „Twin Peaks”, udowodnił, że obeznany w tej formule widz jest w stanie znieść mnóstwo surrealizmu, fabularnych komplikacji i twistów. Nie trzeba traktować go protekcjonalnie. Nie można się bać odważnych eksperymentów, a produkcje serwowane po godzinie tygodniowo mogą być bardziej zagmatwane niż filmy. Przyszły reżyser „Przebudzenia mocy” zrobił nam smaka na arcydzieło, żeby po jakichś czterech sezonach przygotowywać na niesmak, jaki pozostanie po finale. Scenarzyści chyba sami pogubili się w swoich absurdalnych pomysłach. Sens wyparował i już nigdy nie wrócił. Tylko masochiści dali radę oglądać do końca szóstej odsłony serii, ale ich ból nie został wynagrodzony. Tytuł stał się nieznośnie pretensjonalny i nie dało się domyśleć, co twórcy mają na myśli. A na koniec jeszcze się okazało, że... wszystkie stworzone wcześniej i opublikowane na forach teorie fanowskie można wyrzucić do kosza. Przecież oni... nie żyli od pierwszego epizodu. No tak. Wszystko jasne…