Jaki rok 1997 był dla ciebie?
To był czas wielkiej zmiany w mojej życiu, która zaczęła się nawet wcześniej, bo w grudniu 1996. Przyjechałem wtedy z Dżabim [Sławkiem Leniartem – przyp. aut.] do Warszawy podpisać kontrakt z wytwórnią Koch International na trzecią płytę Agressivy 69 – „2.47”. I przy okazji rozmowy na tematy muzyczno-wydawnicze zaproponowano mi pracę w tej wytwórni… Pamiętam, że miałem jakieś dwa tygodnie na podjęcie tej decyzji i… na początku 1997 roku przeniosłem się do Warszawy. Tym samym mija teraz też 20 lat, odkąd mieszkam w stolicy. Wcześniej siedziałem w Krakowie na studiach, w Rzeszowie w studiu nagrań, a tu nagle nastąpił totalny przełom i rozpocząłem zupełnie nowy rozdział w swoim życiu, a wręcz zacząłem je układać na nowo.
Z muzyką The Prodigy w tle...
W tamtych latach wszystko było przyporządkowane muzyce. W Kochu zacząłem pracować ze studiem nagrań, potem zostałem label managerem m.in. XL Recordings, a więc w 1997 roku zajmowałem się na polskim rynku singlami „Breathe”, „Firestarter”, albumem „The Fat Of The Land”… Latałem potem do Londynu, wręczałem Prodigy Platynową Płytę za ten krążek.
Pamiętam, jak ta płyta w ogóle dotarła do nas, do wytwórni w Warszawie – nie na krążku, tylko na taśmie DAT. Mieliśmy wtedy w Kochu świetny sprzęt, robiliśmy na nim nagrania, mastery, takie rzeczy, i jak odpaliliśmy ten materiał to… zatykało paczki! To była tak głośna płyta, tak zmiksowana i zmasterowana, że nikt wcześniej czegoś takiego nie słyszał. To była petarda! Prodigy zaskoczyli nas wtedy totalnie – grali świetne, chwytliwe melodie, wciąż pozostając zespołem alternatywnym, idącym pod prąd. Nie mieliśmy wątpliwości, że to nowy kierunek w muzyce i wkrótce będzie on rządził światem. Na pewno podbił Polskę, bo kiedy przed premierą podjechał do nas tir i przywiózł sto-ileś tysięcy egzemplarzy „The Fat Of The Land”, to dzień później nie było już żadnego. Dla nas, dla małej i niezależnej wytwórni płytowej, 100 tys. sprzedanych płyt w ciągu jednego dnia to była miazga. Do tego świetnie sprzedawały się single z tej płyty – najpierw pojedynczo, potem w trójpakach – i znowu to były liczby przekraczające setki tysięcy sztuk.
Wtedy zresztą rozpoczęła się era singli i maxi singli. My sami zaczęliśmy się wówczas wzorować na The Prodigy i scenie brytyjskiej, remiksując kolejne nagrania. Do dzisiaj zrobiliśmy chyba ponad 50 remiksów – wliczając w to nagrania Vader, Stanisława Soyki, Maanamu, Reni Jusis, Illusion… Remiksowaliśmy wszystko co się dało, a nie ukazał się z tej puli chyba tylko jeden numer – remiks „O papierkach” Kasi Nosowskiej, wysłany niefortunnie pociągiem z Rzeszowa, bodaj w 1996 roku. Niefortunnie, bo odebrał go ktoś w Warszawie, włożył do szafy i nikt go później nie mógł namierzyć. A nas nie było stać na drugi egzemplarz taśmy DAT, takie to były czasy, więc odpuściliśmy temat.
Ale z The Prodigy znaliście się już wcześniej.
Tak. W 1996 roku graliśmy przed nimi koncert w katowickim Spodku. Pamiętam, że to była mega mroźna zima, wytwórnia wymyśliła sobie, że skoro przyjeżdża do kraju tak wielki zespół, a wtedy podobnych koncertów nie organizowało się tutaj tak często jak dzisiaj, to warto przed Prodigy pokazać polską załogę. Z jednej strony ten koncert był dla nas udany, bo wiadomo – zagraliśmy przed Prodigy i przy wielkiej widowni, z drugiej jednak nie do końca – bo my tu mamy gitary, gramy trochę jak Ministry, ale fascynuje nas też scena klubowa w stylu Underworld, a Prodigy to jednak dzieci rave'u. W każdym razie Brytyjczykom bardzo się podobało to, co zaprezentowaliśmy na żywo i uznali nas za swój najlepszy support na europejskiej trasie. Wzięli od nas single „Pure” i rozdawali potem na targach w Cannes… Największym dla nas sukcesem wynikającym z tego spotkania było to, że po nim zaczęło się dla nas jeżdżenie po zagranicy – mało kto o tym wie, ale koncert w Katowicach otworzył nam drogę na festiwal Eurosonic. Byliśmy pierwszym polskim zespołem, który pojechał na showcase do Holandii, graliśmy też na Eurorock w Belgii, Luksemburgu... Nasza płyta ukazała się zresztą w Austrii i Szwajcarii, „2.47” można było tam nabyć w specjalnym, anglojęzycznym wydaniu. To wszystko była zasługa tego jednego spotkania.
Działało to na nas świetnie promocyjnie, bo muzycznie nie mieliśmy z Prodigy wiele wspólnego. W naszej muzyce też były elementy taneczne, ale my jednak wywodziliśmy się ze sceny industrialnej, nie z rave'u, nam bliżej było do Nine Inch Nails, a nie grania, które robiło Prodigy. Razem z chłopakami z Jesus Chrysler Suicide, z którymi nagrywaliśmy w latach 90., ukuliśmy wtedy termin na tę naszą muzykę: „karpackie łojenie chemicznie uciążliwe”.
Agressiva grała wtedy trasy koncertowe może niezbyt duże, ale graliśmy sporo. Także na imprezach techno. Z jednej strony fajnie, bo trafialiśmy na imprezy taneczne, ale z drugiej często to był zupełnie nie nasz klimat. Goście patrzyli na nas i pytali: „jakie gitary? Przecież tu się gra techno!”. Ale łapali się też za głowy na imprezach rockowych – tam z kolei dziwili się, że mamy ze sobą klawisze… Inne wspomnienie: gdzieś w 1997 roku, ja przefarbowałem włosy na kolor marchewki, Dżabi na biało, i w Warszawie dresy ścigały nas maluchami wołając: „banda pedałów”. Wiesz, wtedy było to dla ludzi dziwne, nie każdy te nasze kwaśne przeloty rozumiał. To był taki nasz „Trainspotting”.
Nie żałujesz dziś tego czasu?
Gdybym mógł cofnąć czas i poprowadzić Agressivę od 1997 roku raz jeszcze, to nastawiałbym się jednak na śpiewanie po polsku. Bo jednak przekaz w Polsce to podstawa, bez niego każda muzyka przelatuje przez palce. Może zmieniłbym to później, ale na pewno nie zaczynałbym od śpiewania po angielsku i wożenia drzewa do lasu. Bo wiesz, teraz to widzę – kiedy jeździliśmy na Zachód, to takich kapel było tam mnóstwo. A w Polsce byliśmy jednak osobliwym zespołem, tylko mało znanym. Myślę, że Agressiva nigdy nie trafiła na dobrego menedżera. Zespół zajmował się tak naprawdę sam sobą, co w dłuższej perspektywie nie mogło się udać, a przy tym nie był w swoim czasie odpowiednio zrozumiany. Nie wiem dlaczego, ale Acid Drinkers przychodzi mi na myśl jako dobry przykład zespołu, który niezmiennie od lat uważany jest za świetną kapelę na poziomie. Że zawsze gra udane koncerty, wydaje regularnie płyty i to wciąż działa. Ale uważam, że to zasługa sprawnego menedżmentu. A Agressiva miała problem z przebiciem.
Kiedy już nadarzyła się okazja – jak w 2001 roku przed koncertem Depeche Mode – mieliśmy znowu pecha. Ustawiony występ, trzy dni poźniej ustalona data premiery nowego krążka, a tu nagle spada na nas wiadomość, że ktoś z Niemiec wyłożył większe pieniądze i to on zagra jako support. Choć wszystko było już dogadane. Przy następnej wizycie DM w Polsce zespół znowu nas zaakceptował, ale koncert odwołano, bo Dave Gahan był chory… Totalna masakra. Gdzie indziej nie pasowaliśmy za bardzo na taneczne festiwale, bo mieliśmy te gitary, na Odjazdy byliśmy za mało znani, dlatego dostawała nam się mała scena, no a zagranica nie udała nam się tak, jak chcieliśmy, bo… mieszkaliśmy w Warszawie. Mieliśmy co prawda ciekawą propozycję po koncercie z Prodigy – chciano w nas zainwestować, ale Agressiva musiała zmienić miejsce zamieszkania z polskiego na zachodnie. Może jednak powinniśmy skorzystać, w końcu pisano o nas wtedy w rodzimej prasie: „Muzyka, której boją się Polacy”. (śmiech)
***
Bodek Pezda jest dziś (wraz ze Sławomirem Leniartem) motorem napędowym zespołu Heart & Soul – kiedyś projektu założonego w hołdzie Joy Division i grającego jego covery, dziś już skupionego na autorskim, skądinąd świetnym, materiale.
The Prodigy dalej gra swoje.
