Muzyka

Nostalgia ultra?

Powrót A Tribe Called Quest i podróż w czasie The Game’a.
Autor: Paweł Klimczak
Przeczytasz w 8 minPublished on
The Game

The Game

© Koury Angelo / Red Bull Content Pool

Jednym z głównych wątków obecnego (zresztą kapitalnego) sezonu serialu South Park, są memberries - jagódki wspominki, które w uroczy sposób wciąż podsuwają nostalgiczne artefakty kultury. Ten trafny i zjadliwy komentarz do obecnego stanu popkultury rozciąga się oczywiście także na muzykę. Nostalgia nie jest do końca złym zjawiskiem ani kiepskim doradcą, ale kiedy zaczyna dominować, robi się niebezpiecznie. Największą ofiarą tego stanu rzeczy jest naturalnie przemysł filmowy, który z Uroborosem wygrał na etapie remake’ów trzeciorzędnych filmów o surferach. Zanik kreatywności w rozrywce jest jeszcze relatywnie małym kłopotem - zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich, po części efekt epidemii memberries, już zdecydowanie większym. Jeśli chodzi o muzyczną nostalgię, to można wymieniać całkiem solidne zagrywki na znanych i lubianych nutach (choćby ostatni album Bruno Marsa), ale nie brakuje przykładów nietrafionych, niepotrzebnych, czy wręcz żałosnych. Przy całej mojej nastoletniej sympatii do Rage Against The Machine, Public Enemy i Cypress Hill, supergrupa Prophets of Rage nie dowozi ani proroctwa, ani gniewu. Ale letnie festiwale zacierają ręce, bo wreszcie będzie można podmienić oczywiste dinozaury na headlinerów, co do których nostalgia została odświeżona i podbita nowym projektem.
Kiedy usłyszałem o powrocie A Tribe Called Quest, odrobinę się zaniepokoiłem. Jest sporo przykładów na piękne powroty po latach (z innej beczki choćby Dinosaur Jr. - ale i tutaj po dobrym starcie spotkał nas zawód), pewnie równie dużo takich, po których bolą zęby. Krajobraz przed “We Got It From Here… Thank You 4 Your Service” nie nastrajał optymistycznie - śmierć Phife Dawga, dwa ostatnie albumy ATCQ, choć porządne, odstawały od klasycznych pozycji grupy, tytuł płyty, który sugerował, że będzie to ustawianie po kątach młodej gwardii, która zszargała hip-hop, wreszcie - powrót wydawał się nagły, a muzyczne otoczenie hip-hopu zmieniło się radykalnie. Niepokój wzmagali fanatyczni zwolennicy Tribe’ów, którzy w typowy dla fanbojstwa sposób informowali każdego na dosłownie każdym kroku, jak bardzo ich ten powrót jara, zajadając całe garście memberries.
Podobne odczucia towarzyszyły mi przed odsłuchem “1992” The Game’a. Sample z Dre, album o przeszłości, dodatkowo wydany zaraz po dwóch (!) zeszłorocznych krążkach… Ciężko było o optymizm w tej materii, wyglądało to na kolejną historię z cyklu: “to teraz dzieci opowiem wam, jak to ongiś bywało, z przykładami dźwiękowymi.”
A jednak sceptycyzm nie był potrzebny. Obu albumom daleko do pustego lub cynicznego ujeżdżania przeszłości. Rzecz jasna przez rozmach (dwie płyty, bogate aranżacje, pełno gości) i kontekst (pożegnalny album to jednak zobowiązanie), “We Got It From Here… Thank You 4 Your Service” robi większe wrażenie. Ale to nie wyścig - zwycięzcami i tak są słuchacze i słuchaczki, którzy dostają sporo świetnej muzyki.
“We Got It From Here… Thank You 4 Your Service” to album bardzo potrzebny. Porusza ważne społeczne i polityczne wątki, ale robi to w sposób daleki od paternalizowania, a jeszcze dalszy od histerii. Co ważniejsze, robi to w lekki, przewrotny sposób - klasyczny dla Tribe’ów z dawnych lat. “We Got It From Here… Thank You 4 Your Service” przywraca hip-hopowi gen optymizmu, który został przykryty powagą (Kendrick Lamar itp.), agresją i nihilizmem (Future, Young Thug itp.), próżnym machaniem lifestylem i pieniędzmi (Drake itp.). Nie zrozumcie mnie źle - uwielbiam sporo nowego rapu i nie mam nic przeciwko obowiązującemu klimatowi, ale poza Chance the Rapperem i D.R.A.M.em trudno w mainstreamie znaleźć lekkość, swobodę i optymizm. Mimo ważkich tematów i miejscami mrocznych lat dziewięćdziesiątych, swoboda A Tribe Called Quest i luz De La Soul były piękną kontrą do gangsta rapu (który też potrafił się bawić) i powagi Wschodniego Wybrzeża.
“We Got It From Here… Thank You 4 Your Service” płynie swobodnie na pięknych groovach, których podstawą jest soul i jazz. Nie ma jednak tu mowy o powtarzaniu formuły z dawnych czasów - ten krążek to definicja rozwoju stylu. Rozwój hip-hopu nie musi wcale oznaczać wyrzucenia “trueschoolu” przez okno. Soul, jazz czy funk są wdrukowane w DNA hip-hopu, ale skończyły się czasy pojedynczych pętli i klepania rymów, dzisiaj trzeba wyciągać z tych gatunków dużo więcej. A Tribe Called Quest robią to doskonale - nowy album nie trąci myszką, wprost przeciwnie, jest nowym budynkiem na sprawdzonych fundamentach. Swawolne operowanie efektami (szczególnie na wokalach), rozbudowane aranżacje, flow albumu, które przyciąga bez ustanku… Nie ma tutaj 808, chłopaki wymieniają się wersami jak dawniej, w tle pogrywa jazz, a jednak to nowocześnie brzmiąca płyta. Bo formuła Tribe’ów jest ponadczasowa i rezonująca mocno do dzisiaj - pokuszę się o stwierdzenie, że bez nich nie byłoby najciekawiej brzmiących rapowych krążków ostatnich lat (a szczególnie tych najmocniej jazzujących i najbardziej świadomych).
Wbrew obawom, Phife Dawg nie jest tu muzycznym hologramem, ale pełnoprawnym członkiem grupy (który doczekał się pięknych muzycznych hołdów od kolegów z zespołu). Goście nie są maszynkami do nabijania wyświetleń, ale organiczną częścią utworów (poza Andersonem .Paakiem, który przejął kawałek i ATCQ brzmią jakby byli featuringiem na jego płycie; choć to wciąż świetny numer) - to, co robi np. Busta Rhymes i Andre3000 jest wprost fenomenalne. Zresztą Busta doskonale wbija się w jamajskie przeplatanki, czasem niemal wrzeszczy, a przede wszystkim spełnia rolę perfekcyjnego, organicznego featuringu, stając się dodatkowym członkiem zespołu.
A Tribe Called Quest

A Tribe Called Quest

© Sony Music

O tekstach wypadałoby napisać osobną kolubrynę - jest na czym zawiesić mózg. Zaangażowane liryki potrafią zaciskać zęby, ale szczęśliwie tutaj zęby mogą spokojnie siedzieć w dziąsłach. Mocarny refren “We The People”, trzeźwa i ponura ocena sytuacji w “The Space Program”, pokoleniowe przekazanie misji w “Dis Generation” (J. Cole, Earl, Joey Bada$$ i Kendrick Lamar mają prowadzić ludzi dalej) i wiele, wiele innych… Przy tym albumie należy być uważnym i dopiero po wielokrotnym przesłuchaniu można wyłapać wszystkie tekstowe perły. Nie jest też tak, że album jest od a do z wypełniony polityką. Ciekawy storytelling równie często podnosi ważne kwestie, co jest samoobsługującą popisówą - jak to często bywa w bardziej świadomym rapie i ciężko od tego uciec. Co do flow zawodników, nie ma się do czego przyczepić. Nawet średnio lubiany Consequence radzi sobie świetnie, a rymowane przeplatanki MC’s są na najwyższym poziomie - mimo tego, że jest to formuła, która trafiła do lamusa (czy słusznie, można się spierać).
O “We Got It From Here… Thank You 4 Your Service” można pisać niezliczone strony, ale lepiej jest tej płyty posłuchać. Zignorować krzyk fanatyków, którzy zalali nasze feedy peanami na cześć albumu i okrzyknęli go najgenialniejszym krążkiem w historii wszystkich wszechświatów (mówiąc szczerze, nie wiem, czy jest to poziom choćby “Midnight Marauders”, ale na pewno jest blisko), przełknąć spory czas trwania, wreszcie - zdystansować się od nostalgicznej perspektywy, która tutaj nie jest żadnym czynnikiem. Nie tylko hip-hop potrzebował takiej płyty. Potrzebował jej cały świat: przerażony, pogubiony i niepewny.
Z Gamem sprawa jest dużo prostsza. “1992” to wciągający, konkretny i bardzo porządny album. Mimo strategicznie rozmieszczonych sampli, czy nawet całego bitu (“The Message” Grandmastera Flasha w “Fuck Orange Juice”, w którym całkiem celnie obrywa OJ Simpson), które odwołują się do tamtego okresu, nie ma mowy o przedawkowaniu memberries. The Game snuje opowieść o zamieszkach rasowych w LA, wojnach gangów, osobistych tragediach - wszystko w nowoczesnej formule, na porządnych podkładach (szczególne brawa za wyciągnięcie “I’m God”, jednego z najlepszych bitów Clamsa Casino i podanie go w nowej wersji w “The Soundtrack”) i z pewnością siebie, właściwą raperowi z Compton. Game jest w życiowej formie, po dwóch solidnych pozycjach w 2015, znowu wypuszcza płytę, która przysporzy wielu miłych chwil miłośnikom rapu. Choć trudno mówić o miłych chwilach, biorąc pod uwagę wręcz drastyczne detale historyczne i osobiste. To również ważna płyta pod kątem obecnych napięć rasowych - plastyczne obrazy zamieszek z 1992 roku mogą być niezłą przestrogą dla piewców nienawiści. Osobisty wymiar “1992” także robi wrażenie, szczególnie historia o bliskich ludziach, zmuszonych stanąć naprzeciw siebie z bronią, tylko dlatego, że noszą różne kolory gangów.
Album The Game’a nie jest może tak absorbujący, jak “We Got It From Here… Thank You 4 Your Service”, ale wciąż warto po niego sięgnąć - szczególnie, jeśli lubicie osobiste historie, prezentowane na tle ważnych historycznych zjawisk i wydarzeń.
Dopadły nas ponure czasy, pełne niepewności, nienawiści i smutku. Ale - jak to zazwyczaj bywa - muzyka podsuwa nam pocieszenie. Raczej nie nadzieję, ale na pewno optymizm (czy może bardziej zachętę do działania - “To make something happen/let’s make something happen”), jak w przypadku A Tribe Called Quest, czy przestrogę, jak u Game’a. Zamiast memberries dostajemy “food for thought” - i trudno o coś lepszego w tym momencie.
Chcesz być na bieżąco z najnowszymi wiadomościami, zdjęciami i filmami, z dyscypliny która interesuje Cię najbardziej? Zapisz się na newsletter już teraz, a na pewno nie przegapisz najlepszych newsów.