Muzyka

Amatowsky: Producent musi znać swoją wartość

© Damian Bartoszek
Mimo że współpracował już z Donguralesko, Weną i Sariusem, dla wielu osób jest producentem anonimowym. Mamy nadzieję, że po tym wywiadzie to się zmieni.
Autor Marcin Misztalski
Dużo ludzi spotyka się z twoją ksywą po raz pierwszy, powiedz coś o swoich muzycznych początkach.
Amatowsky: Zaczynałem tak, jak zdecydowana większość polskich artystów hiphopowych, czyli nagrywając demówki z chłopakami z osiedla. Tworzyliśmy pod nazwą AK.DE.MIC. Zawsze będę im wdzięczny, że chcieli rapować pod moje podkłady. Nasza konsekwencja zaprowadziła nas do tego, że mogliśmy występować przed takimi artystami jak chociażby: AZ, Jeru the Damaja, Edo G, Krs-One czy Termanology. Udało nam się również nagrać wspólny numer z One Man Army – fani twórczości K.A.S.T.A. Składu wiedzą zapewne, o co chodzi. Wszystko szło naprawdę w dobrym kierunku, ale gdzieś po drodze brakło nam wspólnej zajawki, a ja nie chciałem już być tylko lokalnym beatmakerem. W tym momencie oddałem się w stu procentach wyłącznie produkcji muzyki... No i tak sobie produkuję do dzisiaj. Niech nikogo nie zwiedzie moja boombapowo-backpackerska zażyłość. Mimo że naprawdę kocham tamte czasy i będę też produkował w takim klimacie, to przenigdy nie stanę się gościem, który jest zamknięty tylko na jedne brzmienie.
Jaka muzyka cię ukształtowała? Domyślam się, że nie był to tylko rap...
To prawda. Duży wpływ miało na mnie starsze rodzeństwo. Z rodzinnego domu pamiętam przykładowo „Thriller” Michaela Jacksona, który uwielbiam słuchać do dziś. Nie zapomnę, jak mój starszy brat przynosił do domu urwane znaczki Mercedesa, a z kaset puszczał mi Kriss Krossów, MC Hammera i rzeczy od Vanilla Ice'a. (śmiech) Z perspektywy czasu widzę, że nie były to może bardzo wyszukane tytuły, ale takich rzeczy dzięki niemu słuchałem. Jako że brat bardziej lubił muzykę elektroniczną – był np. wielkim fanem Jeana-Michela Jarre'a, to jego zajawka na rap nie trwała zbyt długo. Pałeczkę przejęła po nim moja starsza siostra. W jej pokoju można było znaleźć nagrania Ice Cube'a, Public Enemy czy Liroya. Dobrych nauczycieli od muzyki miałem także na podwórku. Ciko i Hazy pokazali mi albumy Jamesa Browna, Prince'a, Arethy Franklin, Funkadelic, Curtisa Mayfielda, Roya Ayersa, Quincy Jones'a i wielu innych twórców. To była ogromnie przydatna wiedza i podwaliny do tego, by muzycznie się rozwijać. Dziś mając 35 lat, dokładnie wiem, czego mogę się po swoich muzycznych umiejętnościach spodziewać, ale nigdy nie przestałem się w tym kierunku kształcić. Wciąż szukam muzyki.
Kształcąca potrafi być również praca z innymi. Jakie warunki musi spełniać raper, byś podjął z nim współpracę?
Kluczowe są umiejętności i własny styl. Nie musi być MC, których tak naprawdę w naszym kraju jest mało, ale powinien znać własną wartość i różnice pomiędzy inspiracją a kopiowaniem. Wybacz to leksykalne podejście, ale fajnie gdyby również znał różnice między... rapem a hip-hopem. Dla kogoś może wydać się to śmieszne, ale sporo naszych rodzimych raperów nie potrafi ich wskazać i nie widzą w tym niczego złego. Współpracuję z raperami z podziemia i równie dobrze tworzy mi się z artystami mainstreamowymi. Często odmawiam wysłania komuś mojej muzyki, bo mam własną listę artystów, z którymi chcę nawiązać współpracę. Nierzadko sam zgłaszam się do nich z propozycją zrobienia numeru. Fajną opcją są także konkursy na remiksy. Wielu producentów myśli, że jeśli ktoś cię pochwalił, to nagle wszyscy będą pukać do twoich drzwi... To tak nie działa, bo czasami to producent musi wyjść z inicjatywą. Ja miałem taką sytuację np. z Sensim z Hurragunu. Pewnego dnia wrzuciłem na swój Instagram film, w którym robię boombapowy instrumental, i bez zastanowienia mu go podesłałem. Chwilę czekałem na odpowiedź, ale ostatecznie okazało się, że dograł się do niego cały Hurragun! Wszystko wskazuje na to, że naszych wspólnych kawałków będzie więcej.
Kiedy tak mówiłeś o raperach z mainstreamu, od razu przyszedł mi do głowy twój kawałek z Donguralesko.
Z Guralem przecinaliśmy się na koncertach. To konkretny raper, który wie, czego chce. Wziąłem udział w konkursie na remix utworu „Mandala”. Spośród 300 osób wybrano - jeśli dobrze pamiętam - zaledwie 10 osób, wśród których się znalazłem. Chwilę później wymieniłem się z Guralem namiarem. Pamiętam, gdy do mnie zadzwonił i zapytał, czy stoję. (śmiech) Odpowiedziałem, że tak. „To usiądź: - dodał. Zaproponował pracę nad jednym z singli z nadchodzącej płyty „Magnum Ignotum: Preludium”. Potem światło dzienne ujrzał „Apartament”. Tę współpracę śmiało mogę uznać za spełnienie marzeń.
Zaufał ci także Wena. Pojawiłeś się na jego „Niepamięci”.
Poznaliśmy się dzięki konkursowi na remix, który organizował przy okazji epki „Złe towarzystwo”. Zremiksowałem dwa numery: „Pilot” i „Shinobi”. Finalnie konkursu nie wygrałem, ale zostałem w nim wyróżniony. Wudoe był wtedy akurat w procesie tworzenia albumu „Niepamięć” i poprosił mnie o paczkę bitów... A podesłałem mu trzy. Pierwszy bit, który mu się spodobał, to ten z „1997”. Ciekawostką jest to, że zrobiłem go w 15 minut, przy porannej kawie. Nie spodziewałem się, że go wybierze, bo oparty jest na bardzo mocnych, morderczych bębnach. Drugi podkład, który wybrał to „2007”. Wykorzystałem w nim sampel z utworu grupy gospelowej. Posiadacze krążka w wersji preorderowej wiedzą, że na albumie znajduje się też niespodzianka w postaci „Slow mo”, który także jest mojego autorstwa. Wielkim atutem Weny jest to, że posiada warsztat. Doskonale wie, jak utwór ma wybrzmieć, gdzie odpuścić warstwę perkusyjną i w którym miejscu zaakcentować wokal. Mimo że otrzymał bity w dość surowej wersji, to od początku do końca miał na nie pomysł. Można mu oddać materiał w ciemno. Podesłałem mu także kilka propozycji na album „Montana Max”, ale niestety tym razem moje bity nie zostały wybrane. Choć muszę powiedzieć, że jeden siadł mu na tyle, że wstępnie wybrał go do utworu z Peją. Akcja była o tyle ciekawa i dynamiczna, że Michał na swoim Insta napisał, że chętnie nagrałby z nim utwór. Jeśli do tego dojdzie, to panowie pokażą swoje umiejętności na moim podkładzie.
Muzyka · 4 min
W.E.N.A. 2007
Noon powiedział w jednym z wywiadów, że bardzo ceni wspólną pracę z raperem, nie lubi sprzedawać swoich bitów, bo trąci mu to suchą wymianą handlową. Co o tym myślisz?
Praca z raperem przy albumie w studiu jest dziś nie tyle luksusem, ile rarytasem. I oczywiście, że najchętniej tak widziałbym swoje współprace, tworząc przestrzeń doświadczalną. W tym aspekcie zgadzam się z Noonem. Mogę sobie pozwolić na to, by działać z ludźmi, z którymi chcę współpracować. Klimat tworzą ludzie. Jeśli podobnie myślimy, mamy tożsamą stylistykę, inspirujemy się wzajemnie, to zawsze dotrzemy się muzycznie. Wiem na jakim bicie, dany raper brzmi dobrze. Nie mieszkam w Polsce, więc wypracowałem swój system pracy przez internet. To narzędzie, z którego korzystam w tej chwili najskuteczniej. Wiele się zmieni, gdy wrócę do kraju. Powrót otworzy przede mną nowe możliwości.
Nie chcę uogólniać, ale czasami odnoszę wrażenie, że jeśli producent nie ma wielu osiągnięć, to raperzy traktują go na zasadzie: „ziomek, zrób mi bit za sto złotych”? Odczułeś to kiedykolwiek?
Po części tak jest. Wciąż widnieje taki syndrom skromności wśród producentów, którzy pierwsi nie wyjdą z inicjatywą rozmowy o pieniądzach, bo nie wypada, bo... „real hip-hop” i cała reszta tego steku bzdur, który niektórzy ślepo zaszczepili ze złotej ery. Otóż panowie producenci - Easy Moe Bee brał 10 tysięcy dolarów za bit w czasach swej świetności! Nie jest to oczywiście analogia do naszego kraju, ale 100 zł? Naprawdę? Ja wiele razy nawet nie słyszałem o propozycji zapłaty za moją muzykę. Słyszałem też gadki w stylu: „jestem w połowie albumu i mam ograniczony budżet”. Spoko, tylko czemu później taki typ nawija na płycie, że ma dużo kasy? Sytuacja na szczęście powoli ulega zmianie i raperzy pierwsi wychodzą z inicjatywą rozliczenia się za pracę. Producenci muszą znać swoją wartość, bo ze streamingów, YouTube'a i ZAiKS-ów są naprawdę miłe sumy. Ktoś powie za chwilę - a gdzie tu prawdziwy hip-hop? Prawdziwy jest zawsze, jeśli szanujemy swój czas i zaangażowanie. Rap jest najbardziej komercyjnym ze wszystkich elementów hip-hopu, więc tu przytoczę stary cytat, który przewijał się na wielu rapowych płytach w Stanach: „F*ck you, pay me”!
Mam wrażenie, że młodym producentom coraz ciężej o to, by wypracować swój styl. Ty jesteś z tego rozdania, któremu zależy na oryginalności. Myślisz, że po tylu latach robienia bitów masz swoje brzmienie?
W dzisiejszym świecie chęć zdobycia jakiegokolwiek doświadczenia wiąże się z uzyskaniem efektów od zaraz. Często młodzi producenci idą na skróty, a ich odbiorcy mają tak duży dostęp do muzyki, że nie zostają na dłużej z albumem i sięgają po następny. Mamy wielu zdolnych producentów, bo dla mnie KPSN czy Barto'cut to już marki. Trzymam kciuki za wszystkich młodych, którzy stawiają na własną wizję. Praca nad swoim brzmieniem to proces, który powinien trwać nieustannie. Poszukiwanie to dbanie o swój rozwój. Mogę powiedzieć, że moje brzmienie wynika z technik, jakie nabyłem przez lata. Inspiracje posłużyły mi jako lekcje. Tworzenie własnej bazy sampli odzwyczaiło mnie od korzystania z dźwięków, które serwują nam producenci samplerów lub oprogramowania. Własny styl w muzyce to nic innego jak wyrobienie swojego własnego środowiska pracy. Z pewnością jest to łączenie starego z nowym. Mój styl charakteryzuje się samplingiem i polowaniem na breakbeaty, z których powstają perkusje.
Amatowsky
Amatowsky
Potrafisz wskazać producenta, który miał na ciebie największy wpływ?
Lista moich ulubionych producentów jest cholernie długa. Jednak niezmiennie największymi inspiracjami są: Large Professor, J Dilla oraz Alchemist. Large Pro ma ten funkowy vibe, ale w nowojorskim wydaniu. Album Main Source - „Breaking Atoms” - to klasyk! Do tego jego nawijka - niesamowicie wciągająca, ale i prosta. Lubię jego brzmienie wokalu i dobór breakbeatów. Polecam zeszłoroczny singiel „Hard As Steel” z DJ-em Dukem. J Dilla to był dopiero geniusz. Jego bębny inspirują do dziś wielu producentów, mnie zdecydowanie tym kupił. „LabCabinCalifornia” zespołu The Pharcyde, „The Shining” czy „Like Water For Chocolate” Commona to moje ulubione albumy. Alchemist jest natomiast gościem, który muzycznie ewoluował. Dziś bliżej mu do stylu Madliba, w którym brzmienie jest bardzo oszczędne. Nie wolno nam zapominać, za jakie klasyki jest odpowiedzialny. Jego producencki album „1st Infantry” to świetna wizytówka, która przetrwała próbę czasu. Imponuje mi w nim to, że potrafi pracować z ludźmi z undergroundu, ale i z mainstreamu. Dowodem jest choćby długo oczekiwany album Jay Electronica z gościnką Jaya Z.
Podobnie jak i oni, chętnie uskuteczniasz digging.
Polityka używania sampli zmieniła się na przestrzeni lat. Pojawiły się serwisy, które wyszły producentom naprzeciw - Tracklib czy Splice. Można za ich pośrednictwem legalnie nabyć i komercyjnie wykorzystać zakupione sample. Zdarza mi się korzystać z obu serwisów, natomiast wciąż pozostaję wierny regularnemu, staroszkolnemu grzebaniu w sklepach i antykwariatach. Nic nie zastąpi tego klimatu, kiedy wstaję rano i wybieram się do sklepu, godzinę przed jego otwarciem. Spędzam tam kilka godzin, przeczesując płyty i ucząc się muzyki. Urodziłem się w latach 80., wychowałem w 90., więc w moim rodzinnym domu zawsze były płyty winylowe. Miałem z nimi kontakt od najmłodszych lat, ten nośnik ma w sobie coś magicznego. Digging i sampling to stałe elementy hip-hopu. To wysublimowane poszukiwanie własnego stylu muzycznego wśród wielu gatunków muzyki. Jestem tradycjonalistą, który równocześnie nie zamyka się na nowoczesne rozwiązania. Dowodem na to jest mój najnowszy album „Backpack Melodies”, który utrzymany jest (jak na to, co dotychczas zrobiłem) w świeżym klimacie.
Gdzie pracowałeś nad „Backpack Melodies”?
Potrafię pracować w każdym miejscu. Oczywiście lubię być sam, gdy produkuję, ale daleko mi do zamkniętego w piwnicy pustelnika. Album powstał w mieszkaniu, w którym obecnie przebywam - niedaleko Berlina. Pomysł na longplay narodził się dwa lata temu. Będąc wraz z narzeczoną na urlopie w Sopocie, poszliśmy do - nieistniejącego już niestety w tym mieście - sklepu Winylownia. Zakupiliśmy w nim sporo wosków oraz bajek muzycznych. Wtedy zrodził się właśnie pomysł połączenia dialogów z moimi instrumentalami. Cały dialog, który słychać na „Backpack Melodies" pochodzi z bajki dźwiękowej „Przygody Rafałka i Karpia Polikarpia”. Cała ta narracja pasowała bardzo do koncepcji chłopca, który wyrusza w podróż, zostawia bliskich i dobrze znane mu otoczenie, i napotyka na nowe rozwiązania. Albumem chciałem udowodnić, że potrafię też robić niesztampowe rzeczy. Coraz częściej sięgam po syntetyczne brzmienia, które w połączeniu z samplingiem dają świetne rezultaty. Myślę, że wiele osób kojarzy mnie bardziej z bitów, które nawiązują do złotej ery. Metkę producenta poruszającej się w tej stylistyce mam od czasów, kiedy wziąłem udział w albumie Szada Akrobaty „21 gramów”. Ja lubię łączyć stare z nowym. Gdybym miał opisać swoje produkcje, to odniósłbym się do intro z mojego wcześniejszego albumu „Hip 2 Da Game vol. 2”, gdzie posiłkowałem się acapellą Edo.G: „It's universal, my music is underground and commercial”.