Góry
Andrzej Bargiel: „Musiałem nauczyć się rytmu tej ściany"
Po historycznym zjeździe z Nanga Parbat (8126 m n.p.m.) bez dodatkowego tlenu, Andrzej Bargiel opowiada o trudnościach w aklimatyzacji i czytaniu ściany Diamir.
Z zewnątrz mogło się wydawać, że wszystko potoczyło się szybko: wejście, zjazd i kolejny wpis na kartach historii skialpinizmu. W rzeczywistości Nanga Parbat wymagała od niego cierpliwości, walki o aklimatyzację i obserwacji ściany, która żyje własnym życiem, toczącym się w ściśle określonym rytmie. Po pierwszym ciągłym zjeździe z Nanga Parbat bez dodatkowego tlenu, Andrzej Bargiel opowiada, czego ta góra naprawdę od niego wymagała, czym różniła się od K2 i dlaczego po takim sukcesie najbardziej myśli dziś o powrocie do domu.
Gratulacje! W porównaniu do K2 czy Everestu, gdzie musiałeś kilka razy próbować zjazdu, Nanga zaliczona od razu może wydawać się łatwa. Czy to było tak, że doszliście do bazy, wykonaliście normalną robotę z założeniem obozów i po prostu wszedłeś i zjechałeś, czy to tylko takie wrażenie i pracy było jednak sporo?
Dzięki za gratulacje. Na pewno Nanga Parbat jest sporym wyzwaniem. Dotarliśmy tam od strony Diamir. Baza była położona na wysokości 4200 m n.p.m. Do szczytu było prawie 3900 metrów przewyższenia, więc daleko i musieliśmy walczyć o aklimatyzację, a przez kiepską pogodę było to utrudnione. Nie dało się aklimatyzować na Nanga Parbat, bo było sporo opadów śniegu. Uznaliśmy, że wykorzystamy Ganalo Peak, czyli szczyt, który leży na lewo od Nangi i ma 6600 m n.p.m. Są tam fragmenty relatywnie łatwe i bezpieczne mimo opadów śniegu i mgły. Najpierw biegałem w okolicach 5000 m. Później wyszliśmy z nartami na wysokość 5600 m. Tam wynieśliśmy namiot, spędziliśmy noc i stamtąd zjechałem. Niestety nie udało się wejść na wierzchołek, bo przez opady zupełnie nie było widoczności. Po powrocie do bazy uznałem, że ze względu na pogodę najprościej będzie się aklimatyzować na drodze Kinshofera. Więc wyszedłem z Januszem Gołąbem na 6000 m do obozu drugiego. Tam spędziłem noc, a kolejną na 6200 m, w ciągu dnia wychodząc na 6900 m, by się aklimatyzować. Nie zabierałem tam nart, bo na drodze Kinshofera narciarstwo jest niemożliwe - między obozem drugim a trzecim.
Janusz Gołąb i Andrzej Bargiel razem wspinali się i aklimatyzowali
© Bartłomiej Pawlikowski/Red Bull Content Pool
Zatem łatwo nie było. Mówiłem o takim wrażeniu, bo tym razem nie było od was zbyt wielu wieści w trakcie wyprawy i wydawało się, że poszło… szybko.
Nie dawaliśmy za dużo znać, bo po prostu były straszne problemy z internetem. Mieliśmy trzy różne urządzenia i trzech różnych operatorów i nikt nie miał internetu w bazie, więc prawie nie mieliśmy łączności ze światem. Mieliśmy też telefon satelitarny, ale działał czasami.
Musiałem ją zrozumieć i nauczyć się rytmu tej ściany
Co było w tym projekcie największym wyzwaniem? Czy można tę wyprawę porównać z którąś wcześniejszą?
Jechałem z celem, by spróbować poruszać się po innych drogach. Jednym z możliwych wariantów do zjazdu była droga Messnera. Drugą opcją była droga Denisa Urubki, która wiodła zupełnie wkoło lodowca, a dopiero później trawersem do szczytu. Przyglądałem się tej ścianie z różnych perspektyw. Chodziłem na przeciwstoki i analizowałem ją, by wybrać właściwą linię. Jest ona bardzo narażona na lawiny i obrywy seraków, więc musiałem nauczyć się timingu całej ściany. Jej wystawa jest specyficzna. Lawiny, które tam widywałem, naprawdę były olbrzymie. Podmuchy dochodziły aż do samej bazy, więc w trakcie aklimatyzacji musiałem zrozumieć i nauczyć się rytmu tej ściany.
Czy można porównywać ją do K2? Na pewno takim porównaniem byłoby to, że zjazd zarówno z K2, jak i z Nanga Parbat nie odbywał się drogą klasyczną, tylko po prostu przez środek ściany. To są rzeczy, które były podobne w tych projektach. Nanga Parbat jest niższa, ale za to przewyższenie jest dużo większe. Myślę też, że tutaj nie było aż tak stromo, ale trudniej pod względem orientacji, bo ta ściana jest bardzo duża i trzeba było naprawdę się wysilić, żeby znaleźć przesmyki między licznymi szczelinami, czy serakami. Było też sporo lodu. Myślę, że moje doświadczenie procentuje. Nie było to takie łatwe, jak macie wrażenie. I choć nie byliśmy tam zbyt długo, wszystko było bardzo intensywne. Nie działaliśmy na górze sami. Były też inne wyprawy. Sami też mieliśmy sprawny zespół, choć mniejszy. Ja też wiedziałem, co mam robić, więc w zasadzie nie potrzebowałem pomocy. Po prostu chodziło o to, żeby mieć jakiś support bezpieczeństwa i swoich ludzi, z którymi się znamy i możemy na siebie liczyć.
Zawsze staram się dystansować od negatywnych historii. Po prostu przyjeżdżam i patrzę na to, co jest. Myślę, że to najlepszy sposób. Staram się zrozumieć, jak to miejsce wygląda, jak funkcjonuje i jakie są zagrożenia. To bardziej o to chodzi. To jest chyba najsensowniejsze podejście.
Jak tym razem wytyczyliście linię zjazdu - czy musiałeś pójść na jakieś kompromisy ze względu na działalność innych grup? Pytam, bo w ostatnich latach atakowałeś ośmiotysięczniki poza ich tradycyjnym sezonem. Na Nandze sezon ruszył.
Zdecydowanie nie. Zjazd prowadził zupełnie inną linią niż podejście drogą klasyczną, więc nie miałem takiego problemu. Inne osoby mi nie przeszkadzały. Wypraw nie było też aż tak dużo, a ja zjeżdżałem inną drogą.
Andrzej Bargiel odpoczywa podczas wyprawy na Nanga Parbat
© Bartłomiej Pawlikowski/Red Bull Content Pool
Czy ta wyprawa wymagała od ciebie czegoś innego albo dania z siebie więcej w jakimś aspekcie niż w przypadku poprzednich?
Musiałem czytać linię zjazdu, przyglądając się jej z różnych perspektyw. Nie działałem długo na drodze Messnera, bo po prostu była dosyć niebezpieczna. Była zbyt narażona na obrywy seraków i lawiny. Uznałem, że lepiej minimalizować czas spędzany w tej przestrzeni, ale stwierdziłem, że podczas zjazdu pójdzie sprawnie. Zjazd trwał około 3 godzin. Więc to dużo krócej niż kilkunastogodzinna wspinaczka. Myślę, że to była ta różnica.
Masz za sobą projekty, którymi pisałeś historię skialpinizmu wysokogórskiego. Na którym miejscu w twoim osobistym topie stoi Nanga Parbat — i dlaczego właśnie tam?
Nie mam takiej listy, nie mam zestawienia. Na pewno to było coś wyjątkowego. Cieszę się, że po raz kolejny mogłem zjeżdżać wyjątkową linią, która nie wiodła wzdłuż klasycznej drogi. Wtedy czujesz, że eksplorujesz, że jesteś w wyjątkowej przestrzeni. To jest prawie 4 km ściany do zjazdu. Więc jest co robić. Czuję, że to jest niesamowity żywioł. Na pewno to była jedna z najfajniejszych rzeczy, którą zrobiłem w życiu. I zostanie na długo w mojej pamięci.
Co teraz? Co dalej? Myślisz już o tym?
Na pewno będę się cieszył z tej wyprawy i zjazdu. Wracam do rodziny, za którą tęsknię, i to jest dla mnie najważniejsze w tym momencie. I to jest trudne, ta moja nieobecność. Więc już nie mogę się doczekać powrotu do domu. I to teraz jest w mojej głowie. Nic innego.