Zjeżdżając na nartach z pierwszego zdobytego przez siebie ośmiotysięcznika, Andrzej Bargiel stał się polskim pionierem zupełnie nowego stylu wspinania w górach wysokich. Robiąc to z nartami znacznie skrócił całkowity czas trwania akcji górskiej, przez co mógł wykorzystywać krótsze okna pogodowe, a cały proces paradoksalnie uczynić bardziej bezpiecznym i nieco mniej wyczerpującym. To otworzyło przed nim zupełnie nowe możliwości. Wykorzystał je w 100%. Razem z nami prześledź narciarską historię najsłynniejszego polskiego skialpinisty.
Dużo, dużo wcześniej...
Historia młodego Andrzeja, który budował hopki i skakał na nich na przydługich nartach, zdobytych od sąsiada za scyzoryk, urosła już do rangi legendy. Prawdziwa jazda w puchu i wspinaczka zaczęły się dla niego dopiero po przeprowadzce do Zakopanego. Brat Grzesiek zabrał go na pierwszy trening w Białce Tatrzańskiej i pożyczył przyduży sprzęt. Za drugim razem Andrzej startował w zawodach skialpinistycznych. Miał 14 lat i wszystko podporządkował jednemu celowi. Biegał po nocach, byle dorównać najlepszym. Opłaciło się, bo wkrótce stał się lepszy niż ktokolwiek inny. Przez wiele lat reprezentował Polskę (jest wielokrotnym mistrzem kraju) i nawet udało mu się stanąć na podium zawodów Pucharu Świata. W 2010 roku zajął 1. miejsce w Elbrus Race (5642 m n.p.m.) i pobił rekord trasy. Kiedy okazało się, że potrafi bardzo dobrze przemieszczać się na dużych wysokościach, na wysokogórską wyprawę zaprosił go Artur Hajzer. W 2012 roku wziął udział w dwóch wyprawach – na Manaslu (8163 m n.p.m.) oraz Lhotse (8516 m n.p.m.). Co zabrał ze sobą? Oczywiście narty. Odkrył, że da się na nich jeździć nawet na ośmiotysięcznikach, ale żeby to robić „trzeba do tego podejść troszeczkę inaczej” – jak mówi w jednym z filmów na jego kanale na YouTube. Ponieważ Andrzej nigdy nie robi czegoś na pół gwizdka, rok później miał już swój własny, kompletny, profesjonalnie przygotowany projekt, który zaczął realizować.
10 lat temu – Sziszapangma 8013 m n.p.m.
To właśnie w 2013 roku świat usłyszał o Hic Sunt Leones (z łac. tu są lwy). W ten sposób w dawnych czasach oznaczano na mapach tereny jeszcze niezdobyte, które oczywiście później można było eksplorować i podbijać. Andrzej wpisał te słowa w logo swojego projektu i zaczął narciarsko „badać” najwyższe góry świata. Miał 25 lat i samodzielnie zorganizował swoją pierwszą wyprawę. Prawdopodobnie logistyka tego przedsięwzięcia była dla niego większym wyzwaniem niż sam wyczyn sportowy. Choć i to drugie było wielkim osiągnięciem - dokonanym w stylu, jakiego nie powstydziłby się żaden zaprawiony w boju himalaista. Podczas ataku szczytowego na Sziszapangmę nastąpiło załamanie pogody. Wszystkie wyprawy zawróciły. Andrzej miał do wierzchołka 200 metrów i postanowił trochę poczekać. Gdy wiatr ucichł wykorzystał swoją szansę. O 13:12 czasu lokalnego jako pierwszy Polak w historii samotnie zdobył na nartach skiturowych wierzchołek centralny góry o wysokości 8013 m n.p.m. Do obozu trzeciego zjechał w 34 minuty, podczas gdy wejście na szczyt z tego miejsca zajęło mu aż 8 godzin. „Udało się nam pokazać, że to może być radosny sport, przyjemny i że to jest przygoda, a nie rzeź przeznaczona dla określonej, zamkniętej grupy ludzi. Tak naprawdę każdy może robić takie rzeczy, tylko musi się do tego przygotować i nad tym pracować” – mówił, kiedy usiedliśmy do wywiadu już po wyprawie. Ciekawostką jest, że podczas wyprawy sam nastawił sobie wybity podczas upadku bark. Nic dziwnego. Był wtedy kandydatem TOPR. Przysięgę ratownika złożył 25 października 2014 – już po powrocie z kolejnej wyprawy.
9 lat temu - Manaslu (8156 m n.p.m.)
Po „Shishy” o Andrzeju zrobiło się naprawdę głośno. W Polsce himalaistom przypisuje się cechy herosów i trochę tak stało się również z nim. Co więcej, ponieważ używał nart, różnił się tym od wszystkich, których ludzie znali i uwielbiali do tej pory. Wydawał się też stać jakby z boku całego środowiska himalaistów, co wcale nie przeszkodziło mu w zorganizowaniu kolejnej wyprawy. 25 września 2014 roku, o 8:25 polskiego czasu, Andrzej Bargiel (znowu samotnie) stanął na szczycie Manaslu. Dotarcie na wierzchołek zajęło mu zaledwie 14 godzin i 5 minut, czym pobił rekord najszybszego wejścia. Z powodu gęstej mgły, zjeżdżając musiał czasami odpinać narty. Mimo to zaliczył jeszcze jeden rekord - najszybszego wejścia i zejścia z Manaslu. Cała akcja trwała łącznie 21 godzin i 14 minut. Jeszcze podczas tego samego wyjazdu Andrzej miał się mierzyć z Czo Oju (8201 m n.p.m.). Szybki atak szczytowy na kolejny ośmiotysięcznik nie mógł się jednak odbyć z błahego powodu – braku pozwolenia na wejście od chińskich władz.
8 lat temu - Broad Peak (8051 m n.p.m.)
Niewiele osób pamięta, ale K2 nie było pierwszą górą, z której Andrzej zjechał jako pierwszy narciarz na świecie – zagmatwane, ale to prawda. Jako zaledwie 27-latek pierwszy raz musiał zmierzyć się z poprowadzeniem skialpinistycznej wyprawy bez udziału starszego brata Grześka, który wkręcił go w ten sport i był z nim od początku projektu Sunt Leones. Do tego warunki nie należały do najłatwiejszych. W pobliżu bazy zeszła lawina, po której stan drogi na szczyt był nieznany. Atak szczytowy kilkukrotnie przekładano. Nie było mowy o kolejnym rekordzie szybkości, ale zjazd nadal był możliwy. Gdy akcja górska już trwała, powtórzyła się sytuacja z 2013 roku, kiedy wszyscy inni zawrócili. Tego dnia Bargiel ponownie był jedyną osobą na szczycie Broad Peaku – pierwszą w sezonie 2015 w ogóle. Zjazd z wierzchołka do samej bazy zajął mu wtedy zaledwie trzy godziny – i to wliczając godzinny odpoczynek w jednym z obozów.
7 lat temu – Śnieżna Pantera
Śnieżna Pantera to nie jeden szczyt, a pięć: Pik Lenina (7134 m n.p.m.), Pik Korżeniewskiej (7105 m n.p.m.), Pik Ismaila Somoni (dawny Pik Komunizma) (7495 m n.p.m.), Chan Tengri (7010 m n.p.m.) i Pik Pobiedy (7439 m n.p.m.). Są to wierzchołki leżące na terenie byłego ZSRR, a co za tym idzie na rozległej przestrzeni, obecnie na terenie kilku państw. Dlaczego zaczynamy od tej informacji? Sama tylko logistyka takiej jednej wyprawy, w trakcie której Andrzej postanowił zaliczyć je wszystkie, to już jest niezły wyczyn. Ale on zrobił to dodatkowo w wyjątkowo krótkim czasie, w niespełna 30 dni, o 12 bijąc poprzedni rekord należący do Denisa Urubki. Wszystkich wejść dokonał bardzo szybko, na lekko, niosąc ze sobą narty, lub podchodząc na nich do góry. Na dwóch wierzchołkach był pierwszą osobą na świecie, która zjechała z nich na nartach. „Prędkość wpływa na bezpieczeństwo i minimalizuje ryzyko. […] Około tygodnia potrzebują przeciętni wspinacze, żeby wejść i zejść z jednego takiego szczytu. Przy takim stylu, w którym wychodzę w nocy, do południa jestem na wierzchołku, a popołudniu w bazie, łatwiej jest się w tym odnaleźć” – mówił Andrzej relacjonując wyprawę i tłumacząc, jak mu się to udało. Już wtedy we wszystkich działaniach wykorzystywano drony, a nawet motoparalotnię. Doświadczenie całej ekipy z tego rodzaju sprzętem zaprocentowało w przyszłości. Dzięki niemu zrealizowano też serial, który emitowano w Canal+.
6 lat temu – K2, pierwsza próba
„Są momenty, kiedy trzeba odpuścić”. Te słowa po raz pierwszy Andrzej wypowiedział na głos w 2017 roku. Użył ich, gdy przyszło mu ogłosić przerwanie jego pierwszej wyprawy, której celem było wejście i zjazd narciarski z K2 – coś, czego nikt wcześniej nie dokonał. Żeby zrobić coś takiego, w czasie musi się zbiec wiele sprzyjających czynników. Niestety tym razem zabrakło szczęścia do pogody. Podczas jedynej próby wejścia na szczyt okazało się, że warunki śniegowe były niestabilne, a zagrożenie lawinowe zbyt duże. „Bezpieczeństwo ponad wszystko” – komentował wtedy. „Jak zwykle wiele się nauczyłem i jestem pewny, że doświadczenie zdobyte podczas tej wyprawy zaprocentuje w przyszłości. Jest jeszcze kilka szczytów, z których chciałbym zjechać, a kto wie, może jeszcze będzie mi dane, żeby wrócić pod K2”. Dodajmy, że w tym samym roku Andrzej otrzymał nagrodę Travelera National Geographic za Śnieżną Panterę.
5 lat temu - K2 (8611 m n.p.m.)
No i wrócił pod K2, a doświadczenie zaprocentowało. W lipcu 2018 roku, podczas drugiej wyprawy w to miejsce, Andrzej Bargiel samotnie stanął na wierzchołku K2 i jako pierwszy na świecie zjechał z niego na nartach do podstawy góry. Wiadomość o tym wyczynie obiegła cały glob. Unikatowe zdjęcia, które dzięki zhakowaniu drona nakręcił Bartek – młodszy brat Andrzeja – były naprawdę spektakularne. Czegoś takiego wcześniej nie oglądano. Później polski skialpinista, za ten wyczyn znalazł się wśród wyróżnionych prestiżową nagrodą National Geographic Adventurer of the Year.
2 min
Zobacz zjazd Andrzeja Bargiela z K2
To był kulminacyjny punkt wyprawy Andrzeja Bargiela na K2. Zobacz zjazd z drugiej góry świata!
4 lata temu – Mount Everest, wielki serak
W marcu 2019 Andrzej za zjazd z K2 otrzymał inną prestiżową nagrodę – Kolosa (już nie pierwszego zresztą). Polski himalaista Leszek Cichy powiedział wtedy, że nie sądzi, aby w ciągu 30 lat ktoś powtórzył jego wyczyn. Z kolei inna wielka postać polskiego wspinania w górach wysokich, Krzysztof Wielicki przekazując statuetkę na ręce wybitnego alpinisty Janusza Gołąba towarzyszącego Jędrkowi podczas obu wypraw na K2 (oraz późniejszych), zastrzegł, że ten nie powinien oddawać jej nieobecnemu na gali Andrzejowi, dopóki nie przyrzeknie, że pojedzie na K2 zimą. Zimowe wejście na tę górę było ambicjonalnym celem dla wielu – ostatnim rozdziałem historii zimowego himalaizmu pisanej w większości przez Polaków, a zamkniętym przez grupę Nepalczyków w styczniu 2021 roku. Do wszystkich nadziei pokładanych w zakopiańczyku i komplementów kierowanych pod jego adresem, Janusz dorzucił wtedy ważną ciekawostkę: „Jeśli się nie mylę, Andrzej jest pierwszym Polakiem, który w całości pokonał Drogę Basków wspinając się na szczyt. Różni alpiniści dochodzili do ramienia tam, gdzie ona łączy się z Drogą Abruzzich, ale chyba nikomu nie udało się pokonać Drogi Basków z ramienia na wierzchołek, czyli w całości” – powiedział.
Gdy zdobyło się tak wiele, co jeszcze można zrobić? Jaki cel może być większy od K2? Oczywiście Mount Everest (8849 m n.p.m.), który stał się następnym celem Andrzeja. Ten, tradycyjnie już ogłosił wyprawę tuż przed wylotem, a na miejsce wybrał się później, poza majowym (w przypadku najwyższej góry świata) sezonem. Miał to być pierwszy w historii zjazd z wierzchołka bez użycia tlenu. U podnóża „Góry gór”, jak nazwała ją między innymi - w tytule książki – Monika Witkowska, Bargiel spędził trzy tygodnie. Niestety przez cały ten czas nad powodzeniem wyprawy wisiał… gigantyczny serak. Nad Icefallem górował blok lodowy o wysokości 50 i szerokości 30 metrów, który w każdej chwili mógł oderwać się od zbocza góry. Mimo to Andrzej wyjechał z bazy jako ostatni, do końca wierząc, że ten w końcu się urwie i nawet jeśli zniszczy drogę, to jakoś będzie się dało tamtędy przejść. „Cierpliwie czekałem i obserwowałem serak. Dwa dni temu ruszyłem w górę, żeby mu się przyjrzeć i okazało się, że minimalnie się poruszył. To niestety wpłynęło na to, że zdecydowałem o przerwaniu wyprawy. W 2015 roku była podobna sytuacja. Na bazę, ze ścian Pumori, spadła lawina, przez co zginęło mnóstwo ludzi w bazie. Serak, który się oberwał był dużo niżej i był mniejszy” – mówił. Podczas pobytu w Himalajach przyznano mu kolejną nagrodę - Polskiego Złotego Czekana, którego w Lądku Zdroju, w jego imieniu odebrał Darek Załuski. Darek to kolejna osoba mocno związana i zaangażowana w wiele wypraw Andrzeja.
1 min
Droga z bazy do obozu C1 pod Everestem - video z wyprawy Andrzeja Bargiela
Video z wyprawy Andrzeja Bargiela w celu zjazdu na nartach z Mt Everestu
3 lata temu – premiera filmu dokumentalnego o obu wyprawach na K2
Właściwie wszystkie wyprawy Andrzej zapowiadał dosłownie na dzień przed wylotem. Regułą jest, że nie robi wielkiego szumu wokół siebie, ani nie zdradza swoich planów zbyt wcześnie. Trudno jednak sądzić, że w 2020 roku Andrzej nic nie planował. Każdy jakieś plany przecież miał. Większość z nich pokrzyżowała jednak pandemia. Dużo rzeczy działo się w onlinie. Tak samo 22 lipca 2020, na Red Bull TV swoją premierę miał film „K2: Pierwszy zjazd”, w którym po raz pierwszy na własne oczy zobaczyliśmy kulisy wypraw Andrzeja.
1 h 6 min
K2: Pierwszy zjazd
Zajrzyj za kulisy wyprawy Andrzeja Bargiela, podczas której dokonał pierwszego zjazdu z K2 (8611 m n.p.m.) na nartach
2 lata temu - Yawash Sar II (6178 m n.p.m.) i Laila Peak (6096 m n.p.m.)
Tak jak Andrzej niegdyś dostał swoją pierwszą szansę wyjazdu w Himalaje od Artura Hajzera, tak dziś sam może zabierać na wyprawy obiecujących skialpinistów kolejnego pokolenia, jakie rodzi się na jego oczach. Obserwuje scenę skitourową i alpinistyczną w Polsce. Przygląda się młodzieży i jeśli widzi potencjał, robi co w jego mocy, aby pomóc mu się rozwinąć. 10 maja Andrzej Bargiel i Jędrzej Baranowski, po wielu godzinach wspinaczki i pokonaniu około 1800 metrów przewyższenia, jako pierwsi Polacy, stanęli na szczycie Laila Peak (6096 m n.p.m.). Potem zeszli 150 metrów w dół, do miejsca, w którym wcześniej zostawili narty, aby na nich zjechać. Podczas tej samej wyprawy, wcześniej Andrzej (tylko początkowo z pomocą Jędrka) zdobył dziewiczy szczyt Yawash Sar II (6178 m n.p.m.) i zjechał z wierzchołka do podstawy na nartach. Na film z wyprawy przyszło nam czekać nieco krócej. Premiera „DOO SAR: A Karakoram Ski Expedition Film" odbyła się już w listopadzie tego samego roku.
47 min
DOO SAR: A Karakoram Ski Expedition Film
Andrzej Bargiel i Jędrek Baranowski wędrują po Karakorum w poszukiwaniu nowych linii tworząc historię na swoich zasadach.
Rok temu – kolejna próba na Mount Evereście
Pobyt w Karakorum był dla Andrzeja prawdziwą odskocznią. Pozwolił mu nabrać dystansu i przygotować się na kolejną próbę skialpinistycznego zdobywania i zjazdu z Dachu Świata. Niestety pogoda znów nie była dla niego łaskawa. „Atak szczytowy mocno dał nam w kość. Wyszliśmy na wysokość 8000 m n.p.m. – na Przełęcz Południową. Tam zatrzymał nas wiatr, który był mocniejszy niż w prognozach. W porywach osiągał 100 km/h, przez co nie mogliśmy rozbić namiotu i założyć obozu” – mówił Andrzej o próbie zdobycia szczytu z Januszem Gołąbem. „Po analizach prognozy uznaliśmy, że najrozsądniej będzie zakończyć wyprawę”.
W tym roku - Gaszerbrum II (8035 m n.p.m.) i Gaszerbrum I (8080 m n.p.m.)
Podwójny cel na 2023 w postaci obu Gaszerbrumów zaskoczył wiele osób - choć można było się spodziewać, że projekt Everest Andrzej może chcieć odłożyć na półkę na jakiś czas. W pewnym sensie wrócił do korzeni podkreślając eksploracyjny charakter nowej wyprawy. W przedsięwzięciu towarzyszył mu Janusz Gołąb i przedstawiciele młodszego pokolenia – operator kamery i drona Maciej Sulima oraz fotograf Bartek Pawlikowski, który czasami trenuje wspólnie z Andrzejem w Tatrach. Nie licząc pewnych komplikacji pogodowych, wiele elementów poszło zgodnie z planem. Andrzej wspiął się i zjechał jeden po drugim z Gaszerbrum II i Gaszerbrum I, zamykając w ten sposób pewien etap w swojej karierze. Zjechał już ze wszystkich ośmiotysięczników pasma Karakorum.
Co przyniesie przyszłość?
Teraz wszyscy zadają sobie pytanie, czy Andrzej Bargiel wróci na Everest i podejmie trzecią próbę zjazdu? Odpowiedź nie jest oczywista pewnie nawet dla samego Andrzeja. Na pewno cel ten bardzo go kusi, a z drugiej strony jest jeszcze wiele innych, niezdobytych, wymagających lub po prostu ciekawych gór. Nie wspominamy już o tych, na które być może ktoś się wspiął, ale jeszcze nigdy nie było stamtąd zjazdów na nartach. Do obierania kierunków takich jak Karakorum i mierzenia się ze strzelistymi, granitowymi siedmiotysięcznikami inspiruje go himalaista Janusz Majer, który również wspiera go w przygotowaniach merytorycznych do wypraw. Bargiel wyróżnia się zatem nie tylko w kontekście tego, co w górach robi, ale również w dziedzinie tego, jak profesjonalnie pod każdym kątem organizuje i zarządza swoimi wyprawami. Czy sam czuje, że z boku tak to właśnie wygląda? „Nie wiem. Robię to co lubię, co mnie inspiruje i to, na co mam ochotę. Takie jest moje podejście. (śmiech) Póki co nie rozmyślam o tym szerzej. Nie czuję, żebym zmieniał świat. Na pewno lubię wyzwania i to mnie motywuje do działania i do angażowania się w różne projekty” – mówił bezpośrednio po zakończonej w tym roku wyprawie.
Dowiedz się więcej
