Muzyka

Bohaterowie drugiego planu: Arek Deliś

© Archiwum prywatne
Szef wytwórni T1-Teraz, która wydała m.in. „Światła miasta” Grammatika, czy „Muzykę klasyczną” Pezeta i Noona, opowiada nam o swoich sukcesach, ale i porażkach.
Autor Marcin Misztalski
Dwudziesta rocznica oficyny to dobry czas, by przepytać jej właściciela. A opowiadać ma o czym, przecież w labelu ukazały się największe klasyki polskiego hip-hopu: „Światła miasta” Grammatika, „Muzyka klasyczna” Pezeta i Noona, krążek Eisa czy „Na legalu?”, za który odpowiada Slums Attack. Z tekstu dowiesz się także, dlaczego wydawca zniknął ze sceny hiphopowej, jak powstawali „Blokersi” i dlaczego... Maciej Maleńczuk wyskakiwał z lodówki.

Świntuch „Świntuch”

Arek Deliś: To pierwszy album z logiem mojej wytwórni. Muszę przyznać, że start labelu T1 nie należał do wymarzonych. Ale po kolei... Za postacią Świntucha stoi nie kto inny jak dziennikarz i raper z wrocławskiego podwórka hiphopowego, a także mój wspólnik z czasów magazynu „Klan” – Tymon Smektała. Obecnie pracuje w firmie zajmującej się tworzeniem gier komputerowych. On wymyślił cały pomysł na Świntucha i koncepcję na krążek. Znajomość z Tymonem nawiązałem, szukając redaktorów do „Klanu”. Poznał mnie z nim Igor Pudło ze Skalpela. Tymon wiedział, że „Klan” stał się dla mnie trochę za ciasny i mam ambicję stworzenia fajnej, dobrej wytwórni muzycznej. Pewnego dnia przyjechał do mnie z Magierą – małomównym, zamkniętym w sobie producentem i opowiedzieli mi o pomyśle na Świntucha. Tomek już wtedy był dość znanym artystą we wrocławskim środowisku hiphopowym, a obecnie ma status najbardziej rozchwytywanego producenta na scenie.
Koncepcja albumu bardzo mi się spodobała, więc bez kalkulacji postanowiłem wejść w ten – jak na tamte lata – bardzo kontrowersyjny projekt. Niestety okazało się, że po premierze otrzymałem pierwszego kopa w dupę, gdyż płyta rozeszła się w stosunkowo niskim nakładzie. Nie ukrywam, że był to dla nas niezły cios, bo byłem wówczas przekonany, że świat należy do nas. Mam wrażenie, że ludzie nie rozumieli tego projektu i jak na ówczesne, „prawilne” czasy była to produkcja... awangardowa. (śmiech) Nikt nie chciał grać kawałków w swoich audycjach. Pamiętam, jak pojechałem do Szczecina, do audycji Aśki Tyśkiewicz. Spytała mnie, jaki numer ma puścić. Wybrałem „Hip-hop i sex”, gdzie Tymon znakomicie bawi się słowem, nawiązując do śmietanki ówczesnych raperów. Po emisji rozdzwoniły się telefony oburzonych słuchaczy. Aśka powiedziała mi wtedy rzecz, którą pamiętam do dzisiaj: „Arek, będziesz mi płacił pensję, jeśli wyrzucą mnie z pracy”. (śmiech) Dodam, że miałem pomysł, by na 20-lecie labelu powstał numer „Hip-hop i sex XX(X)”. Będąc we Wrocku, spotkałem się z Tymonem, który po kilku buchach zgodził się, ale później nie przejawiał już ochoty do powrotu za mikrofon. Kaseta magnetofonowa z tym prehistorycznym materiałem zostanie dodana do jubileuszowego wydania woluminu „Trzy dwudziestki”, który w formie dwóch winyli i albumu z dwudziestoma kolażami znajdzie się w sprzedaży na jesieni.

Grammatik „Światła miasta”

Kiedy zakładałem firmę fonograficzną, bardzo zależało mi na tym, by albumy, które wydaję, były na najwyższym poziomie artystycznym, a jednocześnie miały w sobie pierwiastek sukcesu komercyjnego. I tak właśnie stało się z drugim albumem wydanym przez T1. „Światła miasta” przyjęły się świetnie wśród odbiorców i co za tym idzie, jego kopie na swojej półce ma bardzo wielu słuchaczy. Przypuszczam, że nie wydałbym tej płyty, gdyby nie Druh Sławek, który sprezentował mi ich demówkę na kasecie magnetofonowej. Pamiętam, że znalazły się tam szkice trzech utworów: „Friko”, „Wiatru czas” i „Mówią mi”. Przesłuchałem tę taśmę i pomyślałem sobie, że to... dziwne brzmienia. Druh powiedział tylko tyle: „Zostawiam ci kasetę. Zrobisz z nią, co zechcesz. W razie czego mam namiary na chłopaków”. Utwory bardzo spodobały się mojemu ówczesnemu wspólnikowi, a także Sylwestrowi Latkowskiemu, u którego, swoją drogą, w mieszkaniu na Służewcu często spotykaliśmy się z chłopakami z Grammatika. Na jednym z takich spotkań zapytałem ich, czy mają jakieś zobowiązania wobec wytwórni Blend, bo w końcu rok wcześniej tam ukazał się ich debiutancki krążek. Odparli, że nie. Nie pozostało mi zatem nic innego, jak dopiąć z nimi szczegóły umowy. Kiedy Noon dostarczył mi album, to właściwie nie miałem się do czego doczepić. Stworzyli materiał kompletny. Uważam, że dzięki „Światłom miasta”, pierwszemu Fiszowi i debiutanckiej płycie Paktofoniki (krążki ukazały się w mniej więcej podobnym czasie) polski hip-hop wskoczył o co najmniej trzy poziomy wyżej!
Ciekawostka związana z płytą jest taka, że zespół chciał, by drugim singlem był inny kawałek niż „Nie ma skróconych dróg”. Mnie bardzo zależało, by właśnie on reprezentował płytę, bo widziałem w nim duży potencjał na to, by album trafił nie tylko w kręgi hiphopowe, ale też do innych słuchaczy. Udało mi się ich przekonać. Do numeru zrealizowaliśmy ciekawy teledysk, który bardzo różnił się od ówczesnych „ziomalsko-osiedlowych” klipów. Uznaliśmy, że główną bohaterką będzie kobieta. Ten pomysł nie spodobał się Noonowi i między innymi dlatego nie pojawił się na planie zdjęciowym, ale ostatecznie dał zielone światło na jego realizację. Niewiele osób wie, ale reżyserem teledysku był, wspomniany już wcześniej, Sylwester Latkowski. Płyta od razu została zauważona i doceniona w środowisku. Do tego stopnia, że po premierze zaczęło zgłaszać się do mnie bardzo wiele osób zainteresowanych współpracą z T1. Między innymi Fenomen, który miał u mnie wydać „Efekt”. Nie dogadaliśmy się jednak finansowo. Dlatego ostatecznie doszli do porozumienia z wrocławskim Blendem. „Światła miasta” to dziś absolutny klasyk i może zabrzmi to patetycznie, ale jestem dumny, że wyszedł w mojej wytwórni.

„Blokersi”

To najlepszy dokument Latkowskiego. Pamiętam atmosferę, która panowała podczas rejestrowania filmu. Hip-hop stał się oddolną, dominującą siłą wśród młodych ludzi, a mainstreamowe media nie wiedziały, co z tym począć. Jedna z najlepszych scen w filmie obrazuje, jak Eldo z Jotuze z Grammatika wyszydzają artykuł znanego socjologa, Mirosława Pęczaka z „Polityki”. „Magister Blokers” – ten termin wszedł później do obiegowego slangu, obrazując człowieka mainstreamu, który nie wie, co się dzieje w Polsce z młodymi ludźmi i nie zdaje sobie sprawy, jaką rolę odgrywa w kraju hip-hop. Miałem spory udział w doborze bohaterów do filmu, ale decyzje, kto w nim wystąpi, podejmował Sylwester i... kamera. Wielu raperów, tancerzy czy grafficiarzy gadało po prostu dyrdymały i truizmy. Kamera pokochała zaś naturszczyka z poznańskich Jeżyc. Peja, bo o nim mowa, po tym filmie stał się ogólnopolską gwiazdą hip-hopu, co przypieczętował znakomitym albumem „Na legalu?”. Film wzbudził olbrzymie kontrowersje i dyskusje. Niektórzy mieli Latkowskiemu za złe, że w „Blokersach” się nie znaleźli. Próbowali wręcz zdyskredytować ten obraz.
Z bardziej hardkorowych migawek, które kojarzą mi się z kręceniem tego dokumentu, pamiętam olbrzymią awanturę między Latkowskim a Molestą, która odbyła się w ich studiu. Pamiętam też, jak nieufnie na koncercie promującym „Blokersów” w klubie Piekarnia patrzyli na siebie raperzy z Warszawy i Poznania. „To jest ten Peja?” – spytał mnie w pewnym momencie Pelson. Gdy kiwnąłem potakująco głową, odpowiedział: „Jakiś taki niski”. Nie minęła godzina i razem piliśmy wódkę w barze – przynajmniej na ten moment udała się nam integracja. Fani pokochali film i muzykę ilustrującą dzieło. Tłumnie stawiali się w wypożyczalniach video, bo dystrybutor zawalił premierę w kinach. Soundtrack pokrył się platyną. Film dostał nagrodę „As Empiku” za najlepiej sprzedające się wideo, a ścieżka dźwiękowa została zaś nominowana do Fryderyka i o włos przegrała z „Wiedźminem”, do którego muzykę stworzył Grzegorz Ciechowski – niestety zmarł miesiąc przed uroczystością. Soundtrack prezentuje wszystko, co najlepsze w tamtym czasie miał polski hip-hop. Od Ostrego, przez Paktofonikę, po Fisza i Grammatik. Pracowałem nad nim rok, a ostatnie nagrania dorzucone zostały praktycznie przed ostatnim miksem.

Peja/Slums Attack „Na legalu?”

Rycha poznałem dzięki wywiadom, których udzielał mi do magazynu „Klan”. Zawsze uważałem go za fajnego chłopaka. Około 2000 roku było z nim bardzo kiepsko. Mam na myśli jego życie, nie tylko muzyczne. Camey, jego ówczesny wydawca, ignorował go i twierdził, że nic już z niego nie będzie. Pewnego dnia Sylwester Latkowski zaprosił go do występu w produkcji „Blokersi” – Peja przyjął jego zaproszenie i pokazał w filmie, jak wygląda jego codzienność. Przedstawił się z bardzo autentycznej strony i zyskał w oczach odbiorców. Po premierze „Blokersów” ileś tam osób ciągle pytało mnie, co z albumem Rycha, kiedy mam zamiar go wydać? Początkowo kompletnie nie chodziło mi po głowie, by jego nagrania wzbogacały mój katalog wydawniczy, ale przemyślałem to i podjęliśmy współpracę. Peja przygotował demo, które kompletnie nie nadawało się do wydania. Bity brzmiały kiepsko, a sam Rychu rapował bardzo chaotycznie. Słuchając jego poprzednich płyt, zawsze miałam problem z odpowiednią koncentracją. Przez dużą ilość rymów zamazywał się jego przekaz. Postanowiłem odbyć z nim kilka rozmów odnośnie tego, jak mógłby rapować i by – przede wszystkim – skrócił swoje zwrotki. Dla przeciętnego słuchacza przyswojenie takiego potoku słów było naprawdę trudne. Posłuchał mnie, co wyszło nam tylko na dobre. Wystarczy posłuchać tego, jak rapuje chociażby na krążku „I nie zmienia się nic”, a jak na „Na legalu?”.
Wspomniałem, że bity, które mi wysłał, brzmiały kiepsko… To mało powiedziane. Uznałem, że potrzebujemy producenta z prawdziwego zdarzenia. Postanowiłem więc, że producentem płyty musi zostać Magiera. Zawsze w niego wierzyłem, więc wiedziałem, że sobie poradzi z tą misją. Dogadali się wtedy i jak widać, dogadują się do dzisiaj. Chwała im za to. Zagwarantowałem Rychowi producenta podkładów na kolejne 20 lat. (śmiech) Żarty żartami, ale przyznaję, że przy produkcji płyty zachowałem się jak dyktator, wyrzucając z tracklisty trzy kawałki i ustalając kolejność nagrań. Do dzisiaj kompletnie nie rozumiem, dlaczego Peja i DJ Decks mogli mieć do mnie pretensje o to, że wyje*ałem im numer, który oparty był na samplu z filmu „Rocky”. (śmiech) Peja, kiedy zobaczył, jak wygląda ostateczna tracklista (mówiąc eufemistycznie), nie był zachwycony. Było to w Radiostacji u – jeśli mnie pamięć nie myli – Piotra Metza. To była pierwsza awantura, jaką nam wyrządził. Czas pokazał, że zupełnie niepotrzebnie się stresował, bo wyszło to płycie tylko i wyłącznie na dobre. Albumu do dzisiaj sprzedało się łącznie około 100 tys. kopii. Sama reedycja, którą zrobiłem kilka lat temu, rozeszła się w złotym nakładzie. Płyta wciąż jest w sprzedaży i sprzedaje się bardzo dobrze, z czego należy się tylko cieszyć.
W tej całej beczce miodu jest też łyżka dziegciu – Stan Borys i jego pozew. Złożył go, bo Peja wykorzystał w „Głuchej nocy” jego numer. Jak to powiedział Pan Guzek (prawdziwe nazwisko Borysa): nie życzył sobie, „by z jego piosenki robić Smerfy”. (śmiech) Cała sprawa ciągnęła się przez parę lat i kosztowała mnie masę pieniędzy i nerwów. To druga, ciemna strona bycia wydawcą. Nie ukrywam, że ta i inne sprawy spowodowały między nami ostry konflikt. Jednak czas leczy rany. Dziś zarówno z Decksem, jak i z Ryszardem normalnie rozmawiamy, za to zdaje się, że paradoksalnie to oni pokłócili się miedzy sobą. Życie. Za rok czeka nas 20-lecie „Na legalu”. Sądzę, że razem coś z tej okazji wymyślimy i zaskoczymy fanów czymś ekstra.

Pezet/Noon „Muzyka klasyczna”

Album doskonały. Do dziś słucham go z przyjemnością. Powiem ci szczerze, że w moim osobistym rankingu stawiam ten krążek wyżej niż „Światła miasta”. Pezet już wtedy był bardzo docenianym raperem, który potrafił pisać hity, kawałki łapiące za serce, czy numery ego-tripowe. Jego pomysłowość mnie po prostu miażdżyła. Miał luz, flow, niebanalne porównania i swój styl. Kiedy usłyszałem płytę po raz pierwszy, to praktycznie nie miałem żadnych uwag. Uważałem nawet, że jest za krótka. Przykładowo taki „Slang” mógł spokojnie być wzbogacony o jeszcze jedną zwrotkę. „Muzyka klasyczna” do dziś kojarzy mi się z jedną sytuacją, która miała miejsce podczas robienia miksu płyty. Kiedy Noon dłubał przy materiale ze słuchawkami na uszach, ja w pomieszczeniu obok, na stole w kuchni, fajnie spędzałem czas z pewną dziewczyną, a za muzyczne tło robiła nam „Seniorita”. (śmiech) I tutaj przejdę do kolejnej anegdotki, o której chyba wie niewielu. W pierwotnej wersji „Seniority” rapował Pezet i bardzo utalentowana dziewczyna. Nie wymienię jej imienia, bo nie wiem, czy sobie tego życzy. W kawałku prowadzili między sobą dialog. Bardzo żałuję, że ta wersja nie weszła na tracklistę. Ortodoksyjny Noon uznał, że ta wersja się nie nadaje i ją usunął. Szkoda, bo lubiłem łamać schematy. Pamiętam, że Red, który bardzo jej nie lubił, powiedział: „Arek, nie lubię jej, ale nagrała zajebiste linijki”. A co by o Redzie nie mówić, to trzeba mu przyznać, że ma ucho do muzyki i rękę do odkrywania młodych talentów.

Red „Al-Hub”

Ernestowi trzeba przyznać jedno – potrafił robić wokół siebie dużo szumu. Jeśli na czymś mu zależało, to umiał to sobie wychodzić. Swoją drogą, nigdy nie przestanie mnie bawić jego monolog na początku „Blokersów”. (śmiech) Red kumał się wtedy mocno z ludźmi z Łodzi, ale raz na jakiś czas pojawiał się w Warszawie. Zdarzało się, że spał u mnie. Później nawet przez pół roku u mnie mieszkał w centrum miasta, w siedzibie T1. (śmiech) Często powtarzał, że ma zajebiste bity, które bez problemu rozpie*dolą polski rynek hiphopowy. Nie ukrywam, że bardzo podobało mi się jego podejście do sprawy. Podpisaliśmy więc kontrakt. Nie wiem, jak teraz, ale wtedy uważał się za Muzułmanina. Stąd taki, a nie inny, tytuł płyty. „Al-Hub” oznacza miłość. Na krążku znaleźli się artyści, których Ernest cenił. No i przyznam, że udało mu się zebrać fajną gromadkę raperów: Eldo, Ten Typ Mes, Pezet, Ostry, Dizkret, Eis, czy Echo. Inną sprawą jest fakt, że Red był ogromnym fanem The Neptunes i to słychać... nawet bardzo. Mimo wszystko uważam, że longplay przetrwał próbę czasu. Te kawałki do dziś się świetnie bronią. Za przykład niech posłuży Pezetowe - „Azizi”.
Przypomniało mi się teraz, że na planie teledysku do utworu „Ten typ” panował straszny chaos, w którym niekoniecznie chciałem uczestniczyć. Tego dnia było olbrzymie słońce. Red zapomniał założyć czegoś na głowę i gdy wpadłem tam około 16:00, to wyglądał już naprawdę fatalnie, jak indor. (śmiech) Muszę jeszcze wspomnieć, że bardzo żałuję, iż nie wypalił projekt Echo. Chłopaki zaznaczyli w fajny sposób swoją obecność na krążku Reda. Nakręciliśmy im nawet klip. Chwilę później miałem wydać ich album, ale niestety stało się inaczej. Szkoda, bo to byli naprawdę utalentowani raperzy. Z bitem do „Stylowego przekazu” nikt nie potrafił sobie poradzić, a zespół Echo ugryzł go w fajny sposób. Na koniec śmieszna ciekawostka – płyta Reda bardzo podobała się Igorowi Pudło i ocenił ją: 4/5. Miesiąc później oznajmił mi, że gdyby lepiej znał twórczość The Neptunes, to „Al-Hub” na pewno nie otrzymałby tak wysokiej noty. (śmiech)

Eis „Gdzie jest Eis?”

Czas powstawania tej płyty był dla mnie jednym z najbardziej wariackich czasów jako wydawcy. Jacka poznałem podczas nagrywania „Świateł miasta”. Pojawił się w utworze „Mówią mi”, jako Aes. Był najmłodszy z tej całej gromadki raperów, których wtedy wydawałem. Często wpadał do mnie po szkole, więc siłą rzeczy odbyliśmy dużo rozmów, nie tylko o muzyce. Wiele osób mówiło mi, że nie jest wart zaufania. Nigdy nie miałem z nim problemów. Bardzo go lubiłem. Najpierw wydaliśmy projekt Elemer, który moim zdaniem był nie do końca udany. To chyba jedyna płyta z mojego katalogu, której dziś bym nie wydał. Jacek w trakcie nagrywania „Gdzie jest Eis?” miał ogromne ciśnienie na sukces i bardzo się nakręcał. Mówił, że rozjebie scenę, a jeśli mu się to nie uda, to kończy z nagrywaniem... Wymyślił sobie całą koncepcję płyty, dobrał producenta i zrobiliśmy bardzo dobrą robotę. Krążek wyszedł zdecydowanie za wcześnie, w złym czasie. Sprzedało się go tylko 5 tys. sztuk. Doceniony został dopiero po czasie. Mniej więcej od pięciu lat jestem bombardowany mailami z pytaniami o reedycję i o to, dlaczego Eis postanowił zniknąć.
Ludzie bardzo się nakręcili na jego muzykę i zrobili z niego miejską legendę. Jest to pewnie spowodowane tym, że nie ma go na scenie – nie udziela wywiadów, nie nagrywa nowych kawałków i niewiele osób wie, gdzie jest. (śmiech) Bardzo przeżył tę sprzedażową porażkę. Nie stał się najlepszym raperem w Polsce i dotrzymał słowa, bo skończył z rapem. Chciałem zrobić wznowienie płyty, ale Eis nie odbierał ode mnie telefonów. Obecnie chyba zmienił zdanie i mogę z uśmiechem powiedzieć, że po długich rozmowach doszedłem do porozumienia z firmą reprezentującą Jacka i reedycja „Gdzie jest Eis?” ukaże się na 99 procent jesienią 2020.

White House „Kodexy”

Po tym, jak Magiera znakomicie poradził sobie z produkcją „Na legalu?”, nie zastanawiałem się długo i podpisałem z White House kontrakt na płyty producenckie. Zawsze świetnie się dogadywaliśmy, bo byli bardzo pracowici i zaangażowani. Dostawałem od chłopaków płyty wymuskane od A do Z. Do tego mieli pomysł na ich wizualizacje i praktycznie nie musiałem się martwić o efekt finalny. Wyciągałem tylko hajs i za jakiś czas gotowy już był kolejny klip dobrej jakości, który promował poszczególną część składanki z wszystkimi znaczącymi polskimi raperami. Były to jeszcze czasy, gdy raperzy nie zostawiali zajebistych wersów na swoje solowe płyty. Stąd, chociażby na dwójce pojawia się storytellingowy sztos w postaci „Każdy ponad każdym” Sokoła. O dziwo, zaraz po premierze, większym hitem i chętniej puszczanym teledyskiem z tego albumu były „Oczy otwarte 2” Mesa z Numerem. Lubię Kodexy. Są dla mnie sentymentalną wycieczką w przeszłość, na wrocławskie aftery. (śmiech)

„Yugopolis 2”

Wielu fanów rapu pyta mnie, co się ze mną stało, że zniknąłem z hiphopowego radaru. Czy umarłem? (śmiech) Otóż nie, jak rzuciłby pewnie Tadeusz Sznuk w programie „1 z 10”. Uważam, że wszystko w życiu ma swój czas i głębszy sens. W pewnym momencie poczułem zmęczenie materiału. Do tego stopnia, że w któryś listopadowy wieczór trafiłem na OIOM. Leżąc tam, przemyślałem całe swoje życie i stwierdziłem, że nie chce mi się dalej tego wszystkiego robić. Wziąłem swój telefon i pozbyłem się trzech czwartych kontaktów – chciałem odciąć się od toksycznych ludzi. Mój anioł stróż pogroził mi palcem, chorobą, a w ramach rekompensaty przysłał mi tydzień później starego znajomego, dziennikarza muzycznego, Grześka Brzozowicza. Ten totalnie nakręcił mnie na Bałkany i na kulturę tego regionu. Wtedy narodził się... autor największego komercyjnego sukcesu wytwórni T1-teraz, projekt Yugopolis. Projekt, w którym wreszcie mogłem się w pełni realizować! Po tym, jak debiut Yugopolis pokrył się złotem, postawiłem na „dwójce” na większy eklektyzm. Stąd paru producentów. Za muzykę na albumie odpowiadają artyści z różnych parafii: Wojciech Mazolewski, Tymon Tymański czy Atanas. Obok hitu „Ostatnia nocka” na płycie znalazły się też rozbudowane formy: „Pogrzeb śniegu” w wykonaniu Natali Przybysz, czy „Anna Joanna”, zaśpiewana przez Dorotę Miśkiewicz. Co ciekawe, „Ostatnia nocka” (jeszcze przed premierą) została dość chłodno odebrana w rozgłośniach radiowych. Trochę mnie to zdeprymowało, bo bardzo wierzyłem w tę piosenkę! W końcu utwór nieśmiało zaczął lecieć w radiach. Po czasie rozpoczęło się szaleństwo! W pewnym momencie Maleńczuk wyskakiwał z lodówki. (śmiech) Singel był numerem jeden w RMF FM, Zetce, Trójce i Esce! Co jest nie lada sztuką. Na koniec ciekawostka: jako pierwszy podkład do „Nocki” dostał Paweł Kukiz. Dopiero później trafił on do Macieja Maleńczuka.

Zobacz też:

Muzyka · 1 h 1 min
Asia Rising: Nowe pokolenie hip-hopu z Azji