Skialpinista Andrzej Bargiel zjeżdża na nartach z sześciotysięcznika w Karakorum
Andrzej Bargiel

Andrzej
Bargiel

Polska

Polska

·

Góry

Andrzej Bargiel jest dziewiątym z jedenaściorga rodzeństwa. Wychował się na wsi, w Łętowni w Małopolsce. Jędrek szybko musiał nauczyć się samodzielności, która pomogła mu w życiu.

Data urodzenia

18 kwietnia 1988

Miejsce urodzenia

Łętownia, Jordanów

Age

37

Narodowość

Polska

Polska

Start kariery

2003

Dyscypliny

skialpinizm

Bardzo wcześnie przekonał się, że jeśli postawi sobie jakiś cel i zrobi wszystko, żeby go osiągnąć, to na pewno uda mu się go zrealizować. Andrzej Bargiel był żywym dzieckiem. Żeby nadmiar energii nie sprowadził go na manowce, dorośli ukierunkowali ją na sport. Zaczęło się od jazdy konnej. Miał pewne sukcesy na rowerze MTB, ale ten rozpadł się, a brak funduszy na kolejny przekreślił budującą się, kolarską karierę. Za to pierwsze narty zdobył wcześniej - kiedy miał 9 lat. „Zrobiłem interes życia” – wspomina handel z sąsiadem. „Zamieniłem paletki do tenisa stołowego, dorzucając z ciężkim sercem scyzoryk, na drewniane narty z przykręcaną krawędzią i plastikowym ślizgiem (długość 190 cm) oraz buty w rozmiarze 44. Byłem tak podekscytowany, że nie mogłem spać!” Zaczęło się od „freeride’u” (jak nazywa tamten okres), czyli od wynajdywania z kolegami nowych tras i budowania skoczni.
Skialpinizm był pierwszym sportem, który uprawiał na poważnie. Zainteresował się nim podczas treningu z bratem w Białce Tatrzańskiej. Grzegorz Bargiel już wtedy był ratownikiem TOPR-u i reprezentantem Polski w skialpinizmie. Andrzej już po pierwszym razie był zafascynowany i zaczął upatrywać w tym swoją przyszłość. Biegał, przygotowywał się do kolejnego sezonu i sukcesywnie zdobywał sprzęt. Jego drugi raz na skitourach to jednocześnie pierwsze zawody.
Wkrótce pojawiły się sukcesy. Reprezentował kraj w zawodach w całej Europie niejednokrotnie stając na podium. Mimo to, nie mógł liczyć na wielką pomoc. „Przez to, że mieliśmy sporą rodzinę, rodzice nie mogli sobie pozwolić na to, żeby finansować nasze pasje” – wspomina. Początkowo, żeby zarobić na sprzęt naprawiał rowery, pomagał w pracach na roli, a potem wykonywał prace wysokościowe. Gdy miał 19 lat, przeprowadził się do swojego brata Grzegorza, do Zakopanego.
Dzięki łączeniu biegania po górach z jazdą na nartach ma niebywałą wydolność. W 2010 wystartował w biegu Elbrus Race i pobił rekord Denisa Urubki o ponad pół godziny – pomimo tego, że był to jego pierwszy wyjazd w wyższe góry. To otworzyło mu drogę do poważnych wypraw – m. in. na Lhotse w 2012 roku, w ramach wyprawy unifikacyjnej programu Polski Himalaizm Zimowy. Kiedy miał 25 lat został pierwszym Polakiem, który zjechał na nartach z ośmiotysięcznika – ze szczytu do podstawy Shishapangmy (8013 m n.p.m.). To właśnie wtedy stało się o nim głośno. Jednak dla niego sam wyczyn nie był aż tak trudny, jak zorganizowanie tak poważnej wyprawy. Raz, że jako młody chłopak, choć wcześniej był już w Himalajach, nie miał wyrobionej renomy. Dwa, że była to pierwsza polska wyprawa narciarska na taką wysokość – coś zupełnie innego, nietypowego, wcześniej praktycznie niespotykanego. Wysokość budżetu takiego przedsięwzięcia też nie była bez znaczenia.
Wyprawa na Shishapangmę w 2013 zapoczątkowała wieloletni projekt Andrzeja „Sunt Leones” (z łac. pośród lwów - termin oznacza miejsca niezdobyte). Była to pewnego rodzaju rewolucja we wspinaczce wysokogórskiej. Jędrek udowodnił, że wyprawy mogą być radosne, przyjemne i stanowić sportową przygodę, zamiast męczeństwa, jakim jest dla niego wysiadywanie tygodniami w bazie w oczekiwaniu na odpowiednio długie okno pogodowe. „Spanie w niezbyt wysokiej temperaturze nie jest na dłuższą metę przyjemne” – tłumaczy swoją niechęć do oblężniczego stylu wspinaczki. Narty skracają czas akcji szczytowej i paradoksalnie zwiększają bezpieczeństwo. Pokazał też to, czego nauczył się jako dzieciak – że jeśli do czegoś dążysz, na pewno osiągniesz sukces.
Na kolejne zjazdy z najwyższych gór świata nie trzeba było długo czekać. W 2014 zaliczył Manaslu (8156 m n.p.m.). Choć nie udało mu się zjechać całości trasy ze szczytu do bazy, ustanowił dwa rekordy szybkości wspinaczki (wejścia na szczyt i drogi baza-szczyt-baza). Latem 2015 jako pierwszy człowiek na świecie zjechał z Broad Peaku (8051 m n.p.m.). A w 2016 pobił kolejny rekord Denisa Urubki i w ciągu niespełna 30 dni zdobył Śnieżną Panterę – pięć siedmiotysięczników, najwyższych szczytów byłego Związku Radzieckiego. Oczywiście tam, gdzie tylko się dało, używał nart. Tak było również na K2 (8611 m n.p.m.) w 2018. W rok po pierwszej, nieudanej próbie, został pierwszym człowiekiem, który zjechał z drugiej co do wysokości góry świata. Zdjęcia z powietrza, które wykonał jego brat Bartek, przy okazji bijąc rekord wysokości lotu dronem, obiegły świat, a polski skialpinista ponownie znalazł się na ustach wszystkich. W drugą rocznicę zjazdu, na ekrany trafił niezwykły film dokumentalny „K2: Pierwszy zjazd" - zobacz go na na Red Bull TV.
Odznaczenia i wyróżnienia Andrzeja to nie tylko słynna w górskim środowisku „Śnieżna Pantera”. To również miedzy innymi: Złoty Krzyż Zasługi za promowanie Polski i rozwój polskiego alpinizmu, nagroda Człowieka Roku 2015 magazynu National Geographic Traveler oraz międzynarodowy tytuł National Geographic Adventurer of the Year 2019, a także Kolosy za lata 2016 i 2018 w kategorii alpinizm.
Warto dodać, że w 2014 Andrzej po raz kolejny poszedł w ślady brata. Złożył przyrzeczenie TOPR-owskie i został ratownikiem ochotnikiem. Spełnił w ten sposób marzenie z dzieciństwa. Zresztą wcześniej wielokrotnie pomagał bratu w dyżurach i wychodził razem z nim do akcji ratunkowych. „Trzeba marzyć, a w konsekwencji pracować, by te marzenia zrealizować, bo nikt tego za nas nie zrobi. Niekiedy jest mnóstwo przeciwności, ale jak się do tego odpowiednio podejdzie, to wtedy wszystko się udaje” – mówi.
W 2019, 8 sierpnia o godzinie 16:08 zapowiedział nowy projekt. Andrzej Bargiel postanowił zdobyć Mount Everest (8848 m n.p.m.) i z niego zjechać - bez używania tlenu i bez odpinania nart. W tym samym roku, po trzech tygodniach spędzonych na próbie przedarcia się przez lodowiec, w obliczu naderwanego, gigantycznego seraka, zwisającego nad icefallem i zagrażającego bezpieczeństwu, przerwał wyprawę. Przez pandemię, na kolejną szansę musiał poczekać aż trzy lata. Na zjazd nie pozwolił jednak huraganowy wiatr, przez który ciężko było choćby rozbić namioty w kolejnych obozach. Udało się dopiero we wrześniu 2025. Choć warunki znów nie rozpieszczały, Andrzej zdołał wykorzystać ostatnie okno pogodowe przed planowym zakończeniem wyprawy. Przez 16 godzin wspinał się z obozu 4 na szczyt najwyższej góry świata, aby zapiąć narty i ruszyć w drogę na dół. Przedłużające się wejście spowodowało, że musiał zatrzymać się na noc w obozie 2, przed narciarską przeprawą przez potencjalnie niebezpieczny Icefall. Radość w Everest Base Camp była nie do opisania.
W międzyczasie Andrzej dokonywał innych wielkich rzeczy. Na przełomie kwietnia i maja 2021 wyruszył na wyprawę w Karakorum - pierwszy raz w duecie z innym skialpinistą, Jędrkiem Baranowskim. Najpierw wspinali się na wcześniej niezdobyty Yawash Sar II (6178 m n.p.m.). Na szczycie stanął jedynie Andrzej, ale w połowie narciarskiego zjazdu dołączył do niego Jędrek. Zaledwie 10 dni później obaj, jako pierwsi Polacy stanęli na wierzchołku Laila Peak (6096 m n.p.m.). 150 metrów poniżej szczytu, w miejscu gdzie zostawili narty, zapięli je i zjechali na nich do bazy. O ich przyjaźni i tej niezwykłej wyprawie opowiada film dokumentalny „Doo Sar", który można obejrzeć na Red Bull TV. W Karakorum Andrzej wrócił jeszcze raz w 2023. Tym razem w Pakistanie wspiął się i zjechał po kolei z Gaszerbrum II (8035 m n.p.m.) i Gaszerbrum I (8080 m n.p.m.). To dwa z czterech ośmiotysięczników leżących w tej części świata. Andrzej zdobył już wszystkie i zjechał z nich na nartach.