Być twardzielem nie jest łatwo. Wie o tym nie tylko Bogusław Linda, który jednoznacznie kojarzy się z rolą w „Psach”, ale również bohaterowie poniższych produkcji. Z odznaką przemierzają miasto próbując zaprowadzić porządek bądź wykonując własne, brudne interesy. Klimat większości z tych filmów jest ciężki. Przytłacza. Nie daje oddychać. Gliniarze z różnych powodów są bowiem przyparci do ściany. Przepisy wiążą im ręce, przestępcy nie dają żyć, a poprawność polityczna nie jest ich mocną stroną. Nieraz, żeby rozładować napięcie, rzucą zapadającym w pamięć zabawnym one-linerem. W konwencji filmu policyjnego od testosteronu aż kipi. Dlatego wielokrotnie stawała się obiektem żartów. W ramach oddechu proponujemy więc również kilka komedii akcji z mundurowymi w roli głównej.
„Bad Boys”, 1995, reż. Michael Bay
Najbardziej muzyczny film policyjny, bo i z Willem Smithem w obsadzie i fajnym soundtrackiem. „Bad boys, bad boys / Whatcha gonna do, whatcha gonna do / When they come for you?” – śpiewał Roger Lewis z Inner Circle. A Smith i Martin Lawrence wcielali się w dwójkę przyjaciół, którzy zostali policjantami w Miami. Mają zaledwie kilka dni, aby odzyskać narkotyki skradzione z depozytu. W słonecznym Miami będzie gorąco nie tylko przez pogodę. Gliniarze przepisy mają bowiem w głębokim poważaniu. Zrobią wszystko, aby osiągnąć cel. Film jest debiutem Michaela Baya. I w przeciwieństwie do taśmowo realizowanych przez niego „Transformersów” znajdziemy tu fabułę, a nie tylko widowiskową akcję. Warto sobie przypomnieć ten tytuł i jego sequel przed nadchodzącą w przyszłym roku premierę „Bad Boys for Life”.
Zobacz, jak się bawią (nie tylko) chłopcy w Miami:
25 min
After the Raves: Miami. A Tale of Two Towns (PL)
Miami, plaża i muzyka taneczna... Czego chcieć więcej? Tego próbuje się dowiedzieć DJ Tommie Sunshine w kolejnym odcinku serialu o didżejach, producentach i clubbingu - After The Raves.
„Krew na betonie”, 2018, reż. S. Craig Zahler
Po westernie i filmie więziennym S. Craig Zahler sięgnął po kolejną uznawaną za męską konwencję gatunkową – film policyjny. I „Krew na betonie” jest równie fascynująca i ciężka w odbiorze, co poprzednie tytuły. Wymaga od widza dużo cierpliwości i mocnego żołądka. Reżyser zabiera nas w podróż do piekła i wyjdziemy z niej tak samo zniszczeni, jak jego bohaterowie. O produkcji zrobiło się głośno na długo przed premierą. Kontrowersje pojawiły się już po samym ogłoszeniu obsady. W jedną z głównych ról wciela się bowiem znienawidzony od wielu lat przez Hollywood i opinię publiczną Mel Gibson. Wraz z partnerem granym przez Vince’a Vaughna zostaje zawieszony w swoich obowiązkach z powodu twardej ręki do latynoskich podejrzanych. Postacie prowadzą niepoprawne politycznie dialogi i planują obrabować rabusiów zaraz po napadzie. Nie będzie to jednak łatwe. I jeśli spodziewasz się przeładowanego akcją kina sensacyjnego, to srogo się zawiedziesz. Jeśli jednak lubisz, kiedy podczas seansu twoje szare komórki pracują na najwyższych obrotach – wtedy dobrze trafiłeś.
„Brudny Harry”, 1971, reż. Don Siegel
Gdyby nie ten film i jego sequele kino policyjne wyglądałoby zupełnie inaczej. Don Siegel dopracował i rozsławił formułę produkcji z zacietrzewionymi gliniarzami w rolach głównych. Clint Eastwood zamienił konie na konie mechaniczne, ale występując jako tytułowy Harry Callahan zachowuje się podobnie jak w trylogii dolarowej Sergia Leone. Jest cowboyem z odznaką. Nie ma litości dla przestępców. Stawia czoła każdemu gwałcicielowi, złodziejowi i mordercy w San Francisco. Chętnie naciska na spust i wychodzi naprzeciw potrzebom społeczeństwa mającego dość rządów bezprawia. Bo jego przeciwnikami są również liberalne względem przestępstw przepisy. I chociaż działania zabójcy o pseudonimie Skorpion spędzają mu sen z powiek, inspektor znajduje czas, aby rzucić wieloma kultowymi już dzisiaj tekstami. Jeśli byście na niego trafili w prawdziwym życiu, a on trzymałby 44. Magnum wycelowane w waszą twarz zadałby ci tylko jedno pytanie: czy masz dziś szczęście?
„Żyj jak glina, zgiń jak mężczyzna”, 1976, reż. Ruggero Deodato
Już sam tytuł brzmi jak dewiza, którą mógłby kierować się Brudny Harry. Nic dziwnego. Film wpisuje się w zainspirowaną „Siłą Magnum” formułę produkcji o policyjnych oddziałach specjalnych we włoskim podgatunku kryminałów i kina akcji – poliziotteschi. „Żyj jak glina, zgiń jak mężczyzna” to prawdziwe wyzwanie rzucone widzowi. Przez niecałe dwie godziny oglądamy dwóch twardych gliniarzy konkurujących ze sobą o wszystko. O kobiety, o większą liczbę zabitych przestępców i kilometrów na liczniku aut oraz motocykli. Jakieś ślady fabuły tu znajdziemy, ale tak naprawdę oglądamy tylko brutalne poczynania protagonistów. Bawi ich praca, jaką wykonują. Nie walczą z zabójcami z poczucia obowiązku, a raczej dlatego że sprawia im to frajdę. Co chwilę ocierają się o śmierć, ale ze wszystkich opresji wychodzą bez szwanku. Takiego stężenia testosteronu ze świecą szukać we współczesnych tytułach.
„Gliniarz”, 1988, reż. James B. Harris
„Gliniarz” to film, który przytłoczy was klimatem, a napięciem nie pozwoli oderwać się od ekranu. James Woods występuje w roli Lloyda Hopkinsa. Policjanta podchodzącego do swojej pracy równie osobiście co Brudny Harry. Każde przestępstwo odbiera jako wymierzony w niego policzek. Akurat trafił na trop działającego od kilkunastu lat seryjnego mordercy. Całkowicie zatraca się w prowadzonej sprawie. Poświęci dla niej wszystko, oczywiście „w imię zasad”. Ekran aż kipi od brutalności i stężenia testosteronu, przez co oglądanie tej śmiertelnej rozgrywki między dwoma facetami sprawia niemałą frajdę. Produkcja chwyta za gardło w pierwszej scenie i nie puszcza jeszcze długo po seansie. Jeśli lubisz oldschoolowe policyjne thrillery to jest to film dla ciebie.
„Akademia policyjna”, 1984, reż. Hugh Wilson
Nie, to nie jest żart. Dajmy na chwilę spokój twardym gliniarzom, którzy wręcz biczują się swoim poczuciem sprawiedliwości. Czas na chwilę oddechu. Do tytułowej akademii policyjnej trafiają bowiem ciamajdy, głupki, podrywacze i obiboki. Na ekranie oglądamy prawdziwe muzeum osobliwości. Zobaczymy tu między innymi Michaela Winslowa wcielającego się w Larvella Jonesa. Aktor znany jest ze swoich dźwiękonaśladowczych zdolności, co twórcy bardzo ochoczo wykorzystują. Bohaterowie nie nadają się na stróżów prawa, a przełożeni chcą, aby to do nich dotarło i rzucają im kłody pod nogi na każdym kroku. W 1984 roku film ten okazał się hitem. W późniejszych latach powstało sześć sequeli oraz serial animowany i aktorski na jego podstawie. Dla dzisiejszej wrażliwej młodzieży ta komedia może wydawać się pełna homofobii, seksizmu i rasizmu. Co nie zmienia faktu, że wciąż potrafi doprowadzić widzów do łez ze śmiechu.
„Drogówka”, 2013, reż. Wojciech Smarzowski
Polski akcent w zestawieniu. „Drogówka” to czwarty pełny metraż Wojciecha Smarzowskiego. Reżyser dał się już wcześniej poznać jako twórca bezkompromisowy. Pokazujący widzom rodzimą rzeczywistość bez żadnych upiększeń. Jego filmy są ciężkie w odbiorze. Wywołują ekstremalne emocje, po których pozostaje kac. Nie inaczej dzieje się w tym wypadku. Zostajemy zaproszeni do świata policjantów. Obrazowany on jest za pomocą standardowych ujęć i wzmagających poczucie realizmu nagrań z telefonów komórkowych. W dokumentalnej manierze oglądamy jak mundurowi podchodzą do swej pracy. Pracy niby ciężkiej, a jednak towarzyszą jej liczne imprezy, hektolitry wypijanego alkoholu i seksualne ekscesy. I chociaż początkowo nieraz się uśmiechniemy, po seansie nikomu nie będzie do śmiechu. W końcu widzimy jakie osoby stoją na straży naszego bezpieczeństwa. Stopniowo, coraz bardziej zanurzamy się w degrengoladzie. Wciąż poszukujemy w niej człowieka, ale wszelkie ludzkie odruchy dławią tu układy z politykami i chęć wzbogacenia się.
„Zabójcza broń”, 1987, reż. Richard Donner
Buddy cop movie w najlepszym wydaniu. Mamy parę niedobranych policjantów. Jeden jest wdowcem z zapędami samobójczymi. Drugi zbliża się do emerytury i ze względu na liczną rodzinę, chciałby jej dożyć. Różnice w ich charakterach będą powodem wielu żartów. Pomimo niesnasek Martin Riggs i Roger Murtaugh okażą się bardzo skutecznym duetem. W pierwszej części obserwujemy więc początek pięknej przyjaźni, która będzie rozwijała się przez trzy kolejne odsłony serii. W tym czasie bohaterowie dużo się od siebie nauczą, a także skopią tyłki hordom przestępców i rzucą wieloma zabawnymi one-linerami. Dzisiaj może wydawać się to kinem sztampowym. Jednakże wciąż działa jak należy. Pomimo upływu lat „jedynka” i jej sequele nie straciły nic ze swego uroku. Ich poziomy nie są równe, ale wszystkie ogląda się z zaangażowaniem i uśmiechem na ustach.
„Strażnik czasu”, 1994, reż. Peter Hyams
Przy tym filmie Peter Hyams po raz pierwszy współpracował z Jeanem-Claude’em Van Damme’em. Panowie spotkali się na planie jeszcze dwukrotnie. Rok później przy realizacji „Nagłej śmierci” i w 2013 roku przy okazji prac nad „Bliskim wrogiem”. „Strażnik czasu” być może nie jest najlepszym filmem w dorobku gwiazdora, ale wszyscy jego fani będą go dzisiaj oglądać z nostalgiczną łezką w oku. To w końcu ewidentna „popisówa” aktora. Co chwilę robi szpagat. Co drugą scenę podnosi nogę nad głowę. Bez przerwy kopie czyjeś tyłki. A wszystko to w retrofuturystycznych klimatach. Wciela się bowiem w Maxa Walkera - agenta z Urzędu Ochrony Czasu. Podczas jednej ze swojej misji wpada na trop afery z czołowym politykiem w roli głównej. Pokrzyżowanie planów przyszłego prezydenta Stanów Zjednoczonych nie będzie łatwe, ale gliniarz da z siebie wszystko. Fabuła jest nieco dziurawa i nie ma w niej zbyt dużo logiki. Jednak akcja wynagradza wiele innych niedociągnięć.
„Hot Fuzz - Ostre psy”, 2007, reż. Edgar Wright
Pastisz buddy cop movies, na którego samoświadomość wskazują już liczne odwołania do „Na fali”. Znajdziemy je zarówno w konstrukcji fabularnej jak i samych przedstawianych wydarzeniach. Jeden z protagonistów jest wielkim fanem produkcji z Keanu Reevesem i nieodżałowanym Patrickiem Swayze. Jako glina z małego miasteczka pragnie większych emocji. Jego marzenia się spełnią. Przydzielony zostanie mu partner. Policjant przeniesiony z Londynu. Razem trafią na trop spisku i spróbują wyjaśnić tajemnicze wydarzenia mające miejsce na prowincji. To druga po „Wysypie żywych trupów” zabawa reżysera ze słynną konwencją kina gatunkowego. Edgar Wright po raz kolejny, ale nie ostatni, pokazuje jak bardzo utalentowanym twórcą jest.