Pod K2 dokonał niemożliwego - wykorzystał drona, by uratować ludzkie życie w miejscu, gdzie helikoptery zawiodły. Bartek Bargiel to człowiek, który zmienił zasady gry w najwyższych górach świata. Po brawurowej akcji ratunkowej i dostarczeniu leków w pionowe ściany Karakorum, przyszła pora na kolejne starcie: Mount Everest. Jak technologia przetrwała w „strefie śmierci”? Co działo się w namiocie operacyjnym na dachu świata? Zapinamy pasy i zapraszamy na wywiad z Bartkiem!
Maria Szałamacha: Wyprawa na Mount Everest, była waszym trzecim podejściem, a jednocześnie twoim kolejnym po K2 projektem na wysokościach 8000+ m. Minęło już kilka miesięcy od wyprawy na Everest - jak wspominasz to z perspektywy czasu?
Bartek Bargiel: Bardzo miło wspominam tę wyprawę i cieszę się, że wszystko się udało i poszło zgodnie z planem. W trakcie były co prawda momenty zwątpienia, kiedy chcieliśmy już wracać do domów, ale fajnie, że projekt został zrealizowany.
Co uważasz za największy sukces tej wyprawy, sam zjazd, czy może fakt, że po raz kolejny, po K2, udało wam się zrealizować tak skomplikowany projekt?
No wiadomo, że przede wszystkim zjazd Andrzeja, ale też całą logistykę z nim związaną. Dla mnie dużym sukcesem był również efekt końcowy moich zdjęć i to, jak się do nich przygotowałem. Kiedy na nie patrzę, jestem bardzo zadowolony, że wszystko udało się tak dobrze przemyśleć. Dzięki temu, że byliśmy tam już kilkukrotnie, tym razem byliśmy naprawdę dobrze przygotowani. Doświadczenie pozwoliło przewidzieć wiele sytuacji.
A co z tymi dwoma wcześniejszymi podejściami? Dlaczego nie wyszły?
Głównym powodem była pogoda.
Przygotowania do Everestu zajmują miesiące. Co było absolutnie niezbędnym minimum, które musieliście osiągnąć, zarówno pod kątem fizycznym, jak i mentalnym, żeby stanąć pod tą górą ze świadomością, że jesteście gotowi na kolejne podejście?
Myślę, że to przede wszystkim kwestia bycia cały czas w dobrej kondycji. Tego nie da się zrobić w miesiąc czy dwa przed wyprawą. To są po prostu lata doświadczeń i lata treningów, a formę trzeba utrzymywać cały czas. Andrzej mniej więcej 3 miesiące wcześniej mocno zwiększył intensywność swoich treningów. Ja nie musiałem być aż tak dobrze przygotowany fizycznie, więc baza, którą mam na co dzień, wystarczyła, żebym mógł tam dobrze funkcjonować.
A jak wyglądały te treningi? Siłownia?
Głównie bieganie, bo to jest wysiłek, który trwa długo i ma przede wszystkim charakter wytrzymałościowy.
Spodziewaliście się trudności. Czy w trakcie wyprawy wydarzyło się coś, co cię szczególnie zaskoczyło? Coś, czego nie przewidzieliście w planach i co na ostatnią chwilę wymusiło na zespole szybką reakcję?
Myślę, że sam atak szczytowy. Nie spodziewałem się, że będzie aż tak długo trwał.
W pewnym momencie byłem już praktycznie pewien, że to się nie uda, bo cała akcja bardzo się przeciągała.
Widziałem też, że podczas podejścia Andrzej zapadał się w śniegu bardzo głęboko, nawet po pas, i sugerowałem, żeby się wycofał.
To co zadecydowało o tym, że mimo wszystko szedł dalej?
Przede wszystkim wytrwałość i determinacja. Szedł konsekwentnie do przodu i w końcu udało się dotrzeć na szczyt. Co prawda było już dość późno po południu, więc całe wyjście odbywało się w dużym napięciu. Nie spodziewaliśmy się, że tak to będzie wyglądało. Myśleliśmy, że rano wejdzie na szczyt, może koło południa i zjedzie. Tymczasem cała akcja przeciągnęła się aż do wieczora.
Andrzej wielokrotnie podkreślał siłę waszego duetu, gdzie on mierzył się z ekstremalnym obciążeniem fizycznym i psychicznym, a ty, z boku, odpowiadałeś za kluczowe wsparcie i obserwację. Czy w ogóle da się porównać rodzaj stresu związanego z operowaniem dronem w trudnych warunkach, do ogromnej odpowiedzialności o bezpieczeństwo brata i całego projektu?
Na pewno było to trudne i towarzyszyło temu poczucie, że w pewnym momencie mogę być zmuszony mu powiedzieć, żeby kończył wyprawę albo spróbować go w jakiś sposób powstrzymać. Z drugiej strony wiedziałem, że Andrzej jest rozsądny i działa odpowiedzialnie. Bardzo dobrze czuje swój organizm i potrafi ocenić, czy jest bezpiecznie, czy nie.
Od 2018 roku, kiedy operowałeś dronem pod K2, minęło sporo czasu. Chciałabym zapytać cię o to, co było dla ciebie największą nowością w porównaniu do K2? Czy od tego czasu technologia dronów poszła tak do przodu, że dzisiejszy sprzęt to już zupełnie inna bajka?
Technologia zdążyła się zmienić. Chociażby czas lotu wydłużył się prawie dwukrotnie… Do tego doszła lepsza jakość obrazu, większy zasięg, możliwość korzystania z dodatkowych obiektywów. To wszystko dało mi dużo więcej możliwości tworzenia różnorodnych kadrów. Gdybym dysponował tym samym dronem co w 2018 roku, na pewno nie byłbym w stanie dolecieć na szczyt z obozu II…
A tym razem ustawienia fabryczne drona były wystarczające czy też musiałeś go podkręcać, jak przed wyprawą na K2?
Był już odblokowany przez DJI, a ja wprowadziłem jedynie kilka własnych modyfikacji dotyczących zasięgu. W praktyce jednak nie było potrzeby wprowadzania większych zmian.
A jaką prędkość osiąga taki dron? Ile waży?
Jest w stanie polecieć około 70 km/h. Sam dron waży trochę ponad kilogram, może półtora.
Czyli twój plecak trochę ważył…
Tak, dron, baterie i pozostałe rzeczy… Spokojnie miałem na plecach około 20 kilogramów.
Jak ten dron działał w terenie? Jak wyglądało przygotowanie do startu, transport na duże wysokości i jak rozwiązywaliście kwestię utrzymania baterii i sprzętu w gotowości do użycia w ekstremalnym zimnie?
Byłem w obozie II. Tam miałem cały sprzęt: dwa drony, generator prądu na paliwo i Starlinka, żeby mieć łączność z internetem. Mieliśmy też zwykły namiot, w którym mogliśmy ładować drony. Maciek Sulima pomagał mi po lotach, przynosił baterie, podłączał te rozładowane do ładowania i dostarczał naładowane. Czasem pomagał też w komunikacji, bo kiedy leciałem dronem i miałem ręce na kontrolerze, nie byłem w stanie jednocześnie rozmawiać przez radio.
Zakładam, że podczas wyprawy na Mount Everest dron też był wykorzystywany do wytyczenia linii, którą powinien iść Andrzej. Dobrze myślę?
Tak, dokładnie tak było. Już wcześniej, podczas wyjść aklimatyzacyjnych, kręciłem dronem, a potem Andrzej oglądał te materiały. Często też sam pokazywał mi, w które miejsca chciałby polecieć i coś sprawdzić. Dron szczególnie przydał się w momencie wytyczania drogi przez Icefall. Kiedy tam dotarliśmy, Icefall Doctors, którzy zwykle wyznaczają trasę, stwierdzili, że się nie da przejść, bo teren jest zbyt trudny. Rzeczywiście, w miejscu, gdzie planowali przejść, szczeliny były za szerokie i nie było możliwości zbudowania mostów z drabin. Wtedy ruszył Andrzej, a ja leciałem dronem i bieżąco mówiłem mu: „idź w lewo”, „idź w prawo”, „tędy nie przejdziesz, bo są szczeliny”. Dzięki wskazówkom uzyskanym z wykorzystaniem drona, ale przede wszystkim dzięki doświadczeniu Andrzeja oraz zastosowaniu odpowiednich technik poruszania się w tym wymagającym terenie udało się znaleźć bezpieczną drogę.
Która z gór (K2 czy Everest) była trudniejsza pod kątem logistycznym i operacyjnym dla twojego sprzętu i misji filmowej?
Zdecydowanie Everest. Przede wszystkim przez topografię i odległość. Od bazy do szczytu na Evereście jest dużo dalej, a droga nie przebiega w linii prostej, jak pod K2. Tam jesteś praktycznie bezpośrednio pod ścianą i od razu widzisz szczyt. Pod Everestem z bazy w ogóle nie widać szczytu, bo jest zasłonięty przez inne partie góry, przez ramię. Żeby dotrzeć do obozu II, trzeba wejść głęboko w dolinę, a potem droga prowadzi jeszcze dalej, w głąb, na przełęcz i dopiero stamtąd na szczyt. Cała trasa biegnie takim dużym łukiem, jakby dookoła góry, co bardzo utrudniało operowanie dronem.
A było czasem tak, że miałeś wizję na kadr, ale pogoda na to nie pozwalała i musiałeś odpuścić?
Tak, miałem kilka pomysłów na konkretne kadry, ale pogoda mocno je weryfikowała. Podczas samego ataku szczytowego i zjazdu musiałem najpierw przelecieć około półtora kilometra w chmurach, praktycznie bez żadnej widoczności, i dopiero gdzieś wyżej sam szczyt się odsłaniał. To na pewno mocno ograniczało możliwości. Chmury częściowo zasłaniały też widoki. Z jednej strony dawało to fajny klimat niektórym ujęciom, ale z drugiej nie było widać całego otoczenia. A okolice szczytu Everestu, zwłaszcza w stronę chińską, oferują naprawdę piękne panoramy. Dodatkowo ograniczał mnie zasięg. Kiedy próbowałem polecieć bardziej nad grań, po prostu traciłem łączność z dronem.
Wiem, że na dużej wysokości liczy się przede wszystkim koncentracja, ale w bazie spędziliście sporo czasu. Kiedy napięcie schodziło, jak wyglądała wasza codzienność? Mówiłeś, że mieliście internet. Oglądaliście seriale, filmy? Jak wyglądało tam życie towarzyskie.
Tak, oglądaliśmy seriale, graliśmy w gry. Mieliśmy taką grę - strzelankę - i łączyliśmy się między sobą telefonami, tworząc zespoły i grając razem.
Obóz pod Everestem tętnił życiem? Były inne ekipy, z którymi utrzymywaliście kontakt?
Nie, nie było nikogo oprócz nas. W trakcie wyprawy, w zasadzie już pod koniec, pojawiła się dwójka Czechów i to tyle.
W mediach często jesteś postrzegany jako "brat Andrzeja" i "operator drona". Czy po latach bycia po drugiej stronie kamery i skupienia na technologii, masz w sobie pociąg do realizacji własnych, czysto sportowych, górskich wyzwań, które nie są związane z filmowaniem? Czy ta cała profeska nie zabiła w tobie pasjonata?
Wiesz co, jeśli chodzi o takie górskie rzeczy, to ja po prostu bardzo lubię robić je dla siebie. Lubię jeździć na nartach czy na rowerze, ale to wszystko jest naprawdę prywatne. Nie mam potrzeby tworzenia z tego żadnych wydarzeń ani wyzwań typu: zjazd z jakiejś góry czy robienie kolejnych challenge’ów.
Pomijając zdjęcia i filmy – czy jest jakiś konkretny drobiazg, który przywiozłeś z Everestu, który dziś leży u ciebie i ma dla ciebie dużą wartość?
Raczej nie ma jednego konkretnego przedmiotu.
Dla mnie najlepszą „pamiątką” z Everestu są wspomnienia, emocje i doświadczenia, które zostają na całe życie.
Po kilku wyprawach w to samo miejsce coraz mniej liczą się rzeczy materialne, a coraz bardziej to, co zostaje w głowie i w sercu. To właśnie te przeżycia mają dla mnie największą wartość, znacznie większą niż jakikolwiek przedmiot, który mógłby stać na półce.
Załóżmy, że rozmawiasz z kimś, kto dopiero marzy o dużej wyprawie górskiej, jako operator drona czy jako himalaista. Z perspektywy lat doświadczeń i wielu wypraw - co powiedziałbyś komuś, kto dopiero myśli o swojej pierwszej dużej górskiej przygodzie?
Że trudno sobie wyobrazić pewne rzeczy, ale kiedy już się z nimi skonfrontujesz, okazuje się, że wcale nie są takie straszne. Często są po prostu do ogarnięcia i „okej”, dużo bardziej, niż wydaje się nam wcześniej.
Co według ciebie jest absolutną podstawą w przygotowaniu do gór, którą ludzie często zaniedbują?
Przede wszystkim dobra kondycja fizyczna. To jest absolutna podstawa. Często zaniedbują ją osoby, które chodzą w wysokie góry bardziej turystycznie. Druga rzecz to technika, szczególnie jeśli chodzi o sytuacje awaryjne: wychodzenie ze szczelin, wyciąganie kogoś ze szczeliny, różne działania „emergency”. Wiele osób idzie w góry i liczy na to, że w razie czego pomoże im Szerpa albo ktoś z zespołu. A często okazuje się, że nawet Szerpowie nie zawsze mają takie umiejętności, bo na co dzień po prostu chodzą góra–dół i dopóki wszystko idzie dobrze, to jest dobrze. Dlatego warto mieć solidną technikę i regularnie ją ćwiczyć… autoasekurację, wyciąganie ze szczeliny, zarówno kogoś innego, jak i samego siebie.
A masz jakąś pasję pozagórską?
Moje pasje w dużej mierze kręcą się wokół gór i aktywnego spędzania czasu. Bardzo lubię jeździć na rowerze MTB oraz na nartach, a najlepiej czuję się po prostu na zewnątrz, niezależnie od pory roku. Dużą radość sprawiają mi też podróże kamperem z żoną i synem, które pozwalają nam wspólnie poznawać nowe miejsca i cieszyć się swobodą, jaką daje taki sposób podróżowania.
Everest zaliczony, cel osiągnięty. Ale wiadomo, że u was nie ma mowy o spoczywaniu na laurach. Czy masz już „spakowane plecaki" na jakąś nową, równie ambitną wyprawę? Czy odpoczywasz po Evereście?
Na ten moment nie planuję żadnej kolejnej dużej wyprawy. Po Evereście chcę przede wszystkim poświęcić więcej czasu rodzinie. Przez sześć tygodni praktycznie nie było mnie w domu i teraz zależy mi, żeby to nadrobić. Równocześnie chcę jak najwięcej jeździć na nartach, korzystać z zimy i po prostu cieszyć się byciem w górach bez presji wielkich celów. Jeśli już mogę mówić o jakichkolwiek planach, to na razie są to wyjazdy stricte narciarskie: głównie w Alpy, w poszukiwaniu dobrego puchu, a nie kolejnych ekspedycji wysokogórskich.
Mam wrażenie, że to jest dobry moment, żeby tę rozmowę zostawić właśnie w tym miejscu… bez wielkich zapowiedzi i planów na przyszłość. Everest już jest za wami, a to, co dalej, przyjdzie naturalnie, kiedy będzie na to czas. Dzięki za rozmowę!