Koncert
Miałem być raz na koncercie, który zmieniłby moje życie o tyle, że poczułbym się spełniony. Ale ten się nie odbył z powodu śmierci artysty, niejakiego Michaela Jacksona. Muszę więc wskazać na Prince’a. Poznałem go lepiej z opóźnieniem, potrzebowałem czasu, żeby zrozumieć jego wartość, wagę przekazywanych treści, wgłębić się w działalność filantropijną i inne zakamarki kariery. Dał bardzo emocjonalny dla mnie występ, podczas którego miałem do czynienia z żywą historią muzyki, w dodatku w odpowiadającym mi wydaniu. To działo się na Opene'rze, a wcześniej graliśmy przed Księciem support. Akceptował wtedy osobiście artystów grających przed nim, chłopaki z Alter Artu mówili, że dostał nasze nagrania. Po wszystkim zostaliśmy grupką zaledwie kilku osób – wszyscy inni zostali wyproszeni z backstage’u. Prince, schodząc ze sceny, pomachał do nas, uśmiechnął się, żachnął przed wejściem do limuzyny. Wtedy poczuliśmy to błogosławieństwo, poczuliśmy się naprawdę szczęśliwi. To nie był już tylko koncert, ale forma kontaktu z purpurowym Jodą. Na swoją nową płytę nagrałem dwa utwory będące hołdem dla niego. W większości piosenek gra na niej gitara robiona przez lutnika Prince’a, dokładna kopia jego ukochanego Mad Cata, na którym nagrywał wszystkie legendarne kawałki!
Piosenka
To była piosenka krakowskiej grupy Pod Budą zatytułowana „Przy niedzieli zabawa”. To przy niej uwidoczniły się moje muzyczne zapędy, zdolności. I wtedy ja też sam zwróciłem uwagę na to, ze muzyka robi coś ze mną. Kiedy grał ten utwór, to w kuchni swojego mieszkania ulegałem transowi, zapętleniu. Kręciłem się wokół własnej osi. Piosenka miała samonapędzający się fragment, który fizycznie na mnie oddziaływał. Miałem wtedy trzy czy cztery lata. Później kawałki łączyły mi się z tańcem, słowem, stanowiły część mnie. Już inaczej odbierałem podrzucaną mi przez rodziców muzykę, a słuchali jej dużo i to ciekawej. Mama skończyła szkołę aktorską w Krakowie i intrygujących płyt u niej nie brakowało. Śpiew przybierał tam bardzo różne formy wyrazu u bardzo różnych wykonawców. Potem sporo piosenek zmieniło wiele w moim muzycznym życiu. Kompozycje z „Voodoo” D’angelo odbieram jako totalnie przełomowe, zwłaszcza „Chicken grease”. Odkryłem dzięki niej nową formę wyrazu. Całe to granie do tyłu, to „laid-backs”, które wywróciło do góry nogami mój sposób myślenia na temat rytmiki.
Płyta
Moje bycie muzykiem przypieczętowało „Bad” Michaela Jacksona. Znam tę płytę od deski do deski, każdy jej dźwięk, a przynajmniej tak mi się wydaje. To krążek mniej imprezowy od poprzedzającego go „Thrillera”, swoje pokłosie do mainstreamu wniósł punk z ćwiekowanymi kurtkami, natapirowanymi fryzurami, pierwsze gitary elektryczne podkreślały rockowy sznyt. MJ zaczynał rozumieć, że musi więcej sam pisać. Za swoją ulubioną pozycję w dyskografii uznawał zresztą tę finalną, „Invincible”, na którą napisał najwięcej w swojej karierze. Bardzo często u artystów jest tak, że ostatnia płyta jest tą najdojrzalszą, w kontrze do tych młodzieńczych, fajnych, ale płytszych. Michael niechętnie wracał do utworów z dawnych lat, bo wydawały mu się stare i nieaktualne. „Bad” to nie jest album stricte autorski, jest na nim wielu songwriterów i tak dalej, np. chłopaki z Toto komponowali wnosząc dużo otwartych brzmień z białej muzyki, odchodząc od rhythmandbluesowej rytmiki, afroamerykańskiej pulsacji. Ale już czuć, że Michael zaczyna coś tworzyć, przy tekstach zaczyna pojawiać się jego nazwisko. Choć i tak koniec końców decyduje mój sentyment. W tamtych czasach dostęp do bardziej wyszukanej muzyki był w Polsce bardzo ograniczony.
Podróż
Nigdy nie zapomnę wycieczki do Stanów. Byłem tam z moją przyszłą żoną, spędziliśmy w tym zupełnie innym świecie ponad tydzień. Mając podobną wrażliwość, zwracając uwagę na podobne rzeczy, jaraliśmy się jak dzieci. Byliśmy w tym bardzo razem, nasz związek się wtedy scalał, to były nasze początki, ale utwierdzałem się w przekonaniu, że wybór, którego dokonuje się na całe życie, jest słuszny. Mnogość miejsc, inne światło, inni ludzie. Ekscytacja się udzielała, zwłaszcza, że nasz dobry znajomy oprowadzał nas po legendarnych miejscówkach, również tych undergroundowych – np. Dirty Jersey, gdzie rodził się podziemny hip-hop. Byliśmy świadkami jak o trzeciej rano ekipa 50 Centa wjeżdżała od backstage’u na jam młodych raperów w poszukiwaniu utalentowanych rodzynków. Odwiedziliśmy apartament Johna Lennona, ale też Brooklyn, Bronx, getto. Jeździliśmy wzdłuż i wszerz po Manhattanie w Labour Day, czyli jedyny dzień roku, w którym Manhattan jest naprawdę pusty i przetaczają się po nim kłęby patyczastych roślin jak w „Przystanku Alaska”. Siedzieliśmy w kabriolecie z naszym przyjacielem i z nową płytą The Roots w głośnikach.
Spotkanie
Raphael Saadiq, mój ulubiony producent. Ale chciałbym móc powiedzieć, że mój amerykański brat bliźniak, bo mamy ze sobą dużo wspólnego. Nawet tematy, które poruszamy na naszych ostatnich płytach są takie same. Spotkałem go tydzień przed tą rozmową, na bardzo sentymentalnym koncercie w Berlinie. Wcześniej widzieliśmy się dwukrotnie. W 2004 roku w Los Angeles przedostałem się na backstage przez kuchnię, ukradkiem, pod stołami jak na filmie, docierając do niego i menedżera. Dałem im pierwsze nagrania SiStars, po dwóch tygodniach dostając odpowiedź, że chcą je wydawać w Boogie Entertainment. Spotkanie było dla mnie przełomowe, bo dało nam nadzieję na coś naprawdę dużego i potwierdzało, że to, co robimy, ma spory sens. Glenn Standridge napisał do nas, że są zainteresowani, Raphaelowi podoba się songwriting i granie na klawiszach. Pamiętam to do dziś, Marek czuł się mocno podbudowany. Kiedy prawie dziesięć lat później trafiliśmy na siebie w Białymstoku, gdzie grał na Pozytywnych Wibracjach, przypomniałem mu o tamtych piosenkach. „Tak, pamiętam, coś się z wami stało, rozpadliście się” – odrzekł. Wydał wtedy Joss Stone, więc myślę, że szukał wtedy białego artysty, który zasili końcówkę neosoulowego boomu swoim „blue-eeyed soulem”. Tak sobie megalomańsko tłumaczę wielką szansę, którą straciliśmy, mogąc zająć jej miejsce.
*„Pan od muzyki” - autorski debiut Bartka Królika to płyta zapowiadana jako „różnorodna stylistycznie, pulsująca miejskim rytmem i życiowa w przekazie, która łączy w sobie takie gatunki jak r&b, soul, funk, jazz, pop z odrobiną rocka”. Premiera przewidziana jest na wiosnę 2020 roku, pierwszymi singlami, które promują album są piosenki „Raj”, „Zapamiętać wszystko” i „Ręka”.