Rzeka wywiadu płynie dalej – rozmawiamy z Bartkiem Marszałkiem

© Damian Kramski
Motorowodniak Bartek Marszałek opowiada o swojej łodzi, niebezpieczeństwie i podejściu do życia.
Autor Tomek Dryła
W pierwszej części naszej rozmowy z Bartkiem Marszałkiem przeczytaliście, jak syn najsłynniejszego polskiego motorowodniaka trafił do sportu. Teraz dowiecie się, jakim sprzętem pływa się w elicie i co sprawia, że ten sport uzależnia. Zapraszamy!
O której zaczynasz pracę?
Zwykle o 6 rano.
Rywalizujesz w najsilniejszej serii na świecie, prawda?
Tak.
W pierwszej części naszej rozmowy opowiadałeś o tym, nad czym pracujesz teraz przy swojej łodzi. Próbuję wyobrazić sobie Marca Marqueza, Valentino Rossiego, albo Lewisa Hamiltona, który sam w warsztacie bierze się za żywicę i klei np. skrzydło swojego bolidu. Próbuję, próbuję i wyobrazić sobie tego nie mogę…
To wynika z drogi, którą obrałem wiele lat temu. Można mieć mnóstwo pieniędzy, wykupić sobie miejsce w zespole i starty w zawodach, ale nigdy nie brałem takiej opcji pod uwagę. Zresztą, nie byłoby mnie na to stać. Druga droga wiedzie przez pracę, determinację i ciągłą naukę. Jest na pewno trudniejsza i dłuższa, ale daje ogromną satysfakcję. Ja zawsze miałem swoje marzenia. Ale nigdy nie chodziłem z opuszczoną głową, nie płakałem, że mam za mały budżet, tylko brałem sprawy w swoje ręce i harowałem. Teraz, po dziesięciu latach, sam potrafię taki bolid złożyć, projektując wcześniej szereg moich własnych rozwiązań.
A nie mógłbyś ściągnąć gotowych?
Ciężko włożyć komuś głowę do zbiornika i zobaczyć, co robią najszybsze zespoły na świecie. Teamy bardzo strzegą swoich tajemnic i rozwiązań technologicznych. Konkurencja pracuje non stop nad kolejnymi udoskonaleniami i pilnuje, by nikt do nich nie dotarł, więc faktycznie, większość innowacji, które stosuję w swoim sprzęcie, wychodzi ode mnie. Także dlatego, że to ja siedzę w łodzi, ja najlepiej ją czuję i ja wiem, czego jej potrzeba.
I co czujesz w tej łodzi?
Szczęście. Na wodzie, mknąc moją ukochaną łodzią jestem po prostu spełnionym człowiekiem. Największą frajdę dają zakręty i długie proste, na których łódź frunie nad taflą – wtedy jest najszybsza. W tym sporcie się pływa, lata i jeździ, a kiedy pływaki wbijają się w wodę i bolid robi właściwie zwrot w miejscu przy prędkości ponad 200 km/h, to… to tego nie da się opisać (śmiech).
Opowiedz trochę o tym, jak wygląda twoja izba marszałkowska?
Kokpit mojego katamaranu przypomina trochę kabinę myśliwca. Coś, jak miejsce kierowcy bolidu F1, z tą różnicą, że moje stanowisko pracy jest zabudowane dachem nad głową i szybą z przodu. Łódka waży 400 kilogramów i wykonana jest w pełni z kompozytów węglowych. Moc 2,5 – litowego silnika podchodzi pod 500 koni mechanicznych. To sześciocylindrowy, dwusuwowy silnik bez żadnego turbodoładowania. Bolid napędzany jest śrubą napędową.
Jakie ma przyspieszenie?
To zależy od tego, jak sprawnie wykona się procedurę startową. Na pewno 100 km/h osiąga się poniżej 2 sekund, ale wszystko zależy od opanowania power trimu, który zmienia kąt silnika. Jeśli zrobi się to dobrze, to do setki można dojść w półtorej sekundy. Światowy rekord prędkości wynosi 256 km/h, a podczas wyścigów płyniemy mniej więcej 220-230 km/h. To na prostych. Najfajniejsze jednak są zakręty, one tak naprawdę czynią nasz sport tak ekscytującym. Przeciążenia przy zwrotach dochodzą do 9G. To już naprawdę nie są żarty.
Jak przyjmuje to organizm?
Tak, jak się go do tego przygotuje. Bolid na zakręcie dosłownie wbija się w taflę i wtapia w wodę. Żaden pojazd na kołach, na żadnym torze świata nie będzie w stanie skręcić tak dynamicznie, bo nie utrzyma przyczepności. To można przeżyć tylko w łódce. Bez odpowiedniego treningu i doświadczenia, wykonanie takiego „haka” skutkowałoby utratą świadomości, bo biologia jest nieubłagana. Trzeba się tego nauczyć, przyzwyczaić organizm do tego, by był wstanie znosić takie przeciążenia. Można to robić na sucho, pomocne są specjalne urządzenia, ale nic nie zastąpi lat treningu i startów na coraz szybszych łodziach.
Ci, którzy kibicowali twojemu tacie, poza pięknymi sukcesami pamiętają też jego koszmarne kontuzje. Złamania, przecięte ścięgno, przebite żebrem płuco, zmiażdżone biodro, uraz kręgosłupa, uraz czaszki, śmierć kliniczna… Wymieniać dalej?
Nie trzeba, ja to wszystko niestety dobrze pamiętam. Tata pływał innymi łódkami, w pozycji leżącej. One są bardziej niebezpieczne i dziś także w tych klasach dochodzi do makabrycznych wypadków, także śmiertelnych. Sam na zawodach w Boretto widziałem tragiczny w skutkach wypadek doświadczonego zawodnika z Węgier. To są trudne chwile i decyzje. Był taki moment, w którym mama poprosiła mnie, bym przestał się ścigać. Jak odmówić prośbie matki? Wybrnąłem z tego fortelem i obiecałem, że przestanę pływać w klasach leżących. W klasach F2 i F1 jest kokpit, zawodnik siedzi pospinany pasami i jest o wiele lepiej chroniony.
Zawodnik F1 H2O jest dobrze chroniony
Zawodnik F1 H2O jest dobrze chroniony
Gdzie trenujesz?
Zanim dołączyłem do Orlen Teamu, bariery finansowe de facto uniemożliwiały mi trenowanie. Przez lata kontakt z łódką miałem tylko na zawodach i byłem na pewno jedynym takim ewenementem w elicie. Tegoroczne treningi na Zalewie Zegrzyńskim były więc na dobrą sprawę… pierwszymi, tak zorganizowanymi zajęciami w moim życiu! Pandemia pokrzyżowała plany startowe i sesje na Zegrzu zyskały jeszcze większą wartość, bo nie straciłem kontaktu z wodą.
Marszałek Wodny pod Stadionem Narododwym
Marszałek Wodny pod Stadionem Narododwym
A zdarzyło ci się pływać w jakichś nietypowych miejscach?
Tak, po jednej rzece w dwóch różnych miastach (śmiech). W 2007 roku wziąłem udział w Red Bull 3D Race i było to bardzo fajne przeżycie. Nad krakowskimi brzegami Wisły zgromadziły się dziesiątki tysięcy kibiców, to było mega! Był tam wtedy młodziutki jeszcze Sebastian Vettel w bolidzie F1 oraz Hannes Arch w samolocie akrobatycznym. Fajnie to wyszło, miło było uczestniczyć w takim evencie. W tym roku wróciłem na Wisłę, ale w Warszawie. Razem z Robertem Kubicą ścigaliśmy się, by upamiętnić setną rocznicę zwycięstwa Polaków w Bitwie Warszawskiej. Robert jechał Wisłostradą, a ja płynąłem obok Wisłą. Żartowaliśmy później, że skoro to był mój pierwszy wyścig w barwach Orlen Teamu, to zacząłem naprawdę grubo (śmiech).
W Krakowie z S.Vettelem
W Krakowie z S.Vettelem
Narodowe barwy mają dla ciebie duże znaczenie?
Ogromne. Cały mój sport to ściśle polski projekt i z tego jestem dumny. Przy moim bolidzie pracują sami Polacy, cały sprzęt montowany jest w Polsce i tylko polskie ręce obsługują go podczas zawodów. Dla mnie to jest szalenie istotne. Pewnie przesiąkłem tym w domu, przy startach taty. Ja przez całą młodość robiłem wszystko, żeby mu się przypodobać, żeby zasłużyć na jego pochwałę, co – jak wspomniałem – wcale nie było łatwe. Wiem, że widząc mnie teraz z polską flagą na podium Formuły 1 H2O, też czuje dumę.
Polak na podium Grand Prix w Emiratach
Polak na podium Grand Prix w Emiratach
A ty co czujesz?
Także nieopisaną dumę. To jest top topów, a ja wśród najlepszych udowodniłem, że Polak potrafi. I choć większość kibiców widzi tylko wyścig i to piękne podium, to tylko ja i moi najbliżsi wiedzą, ile mnie to kosztowało. Ja przez lata nauczyłem się jednego. Że jak się człowiek na coś uprze, to właściwie nie ma limitów. Efekt jest taki, że ciężką pracą i determinacją doszedłem do startów w F1. I że pieniądze w sporcie nie są jednak najważniejsze. Są oczywiście szalenie istotne i wiele spraw mogą ułatwić lub skrócić, ale jeszcze ważniejsza jest wytrwałość. Taka była moja droga i takie są moje wnioski.