Muzyka

Barto'cut12 wymienia 7 najlepszych albumów

© @czescjohnny
Od hardcore'owego techno po brzmienia z Ameryki Południowej. Barto'cut12 wymienia ulubione płyty.
Autor Marcin Misztalski
Nagrania pochodzącego ze Śląska producenta i MC w jednej osobie „są nader intrygujące i każdy miłośnik hip-hopu powinien je przynajmniej sprawdzić” – pisaliśmy o nim we wstępie do tego wywiadu. Od tamtej pory każdy z nas jest o trzy lata starszy i bogatszy o wiele interesującej muzyki. Dziś jednak Barto'cut12 opowie nam nie o swoich nowych produkcjach (do posłuchania na płycie „Sztuczne kwiaty”), a o płytach, które zrobiły na nim największe wrażenie. Oto siedem jego zdaniem najlepszych albumów.

Puma Blue „Swum baby”

Zakochałem się w tym materiale od pierwszego odsłuchu. Nie wiem, czy to dlatego, że poznałem go w wyjątkowych okolicznościach, w jakich się akurat znalazłem, czy dzięki brzmieniu „Swum baby”. Kompletnie nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, ale traktuję tę muzykę jako „miłosną” i szczerze mówiąc, nie potrafię słuchać tego albumu w samotności. Jestem w stanie pokusić się nawet o stwierdzenie, że Puma Blue jest dla mnie drugim Frankiem Sinatrą. Czaruje swoim głosem i tekstami – czysta poezja! Trudno wskazać, co jest u niego ciekawsze – warstwa liryczna czy muzyczna. Czasem po prostu odpalam jego teksty i czytam je bez muzyki – traktuję je jak wiersze. Strona instrumentalna natomiast owiana jest w piękny winylowy brud i żywe brzmienie. Jest na nim też dużo mocno brytyjskiego soundu. To idealny mix lo-fi, indie, a nawet rapu. Słychać to szczególnie w utworze „Soft Porn”. Ale taki „Want Me” to tez istny kryształ. Naprawdę trudno opisać to wszystko słowami!

Joao Gilberto & Stan Getz „Getz/Gilberto”

Muzyka windowa! Czyli klasyczna brazylijska bossa nova – mój ulubiony gatunek muzyczny pod kątem sampli. „Getz/Gilberto” to płyta wyjątkowa, ponieważ nic tak bardzo mnie nie uspokaja, jak ona. Żadna melisa czy tabletki. (śmiech) To po prostu 35 minut czystego spokoju. Ciężko przy tej płycie zasnąć, bo chce się jej słuchać i słuchać. Stan Getz zrobił naprawdę doskonałą robotę. Nie bez powodu nazwałem bossa novę muzyką do windy. Musi ona przecież uspokajać tych wszystkich zdenerwowanych ludzi, którzy spędzają swoje dni w wielkich szklanych budynkach. Wyobraź sobie tych gości w garniturach, którzy rozmawiają o kosztach, przychodach i innych obligacjach. Wchodzą do windy, by zjechać kilka pięter niżej na lunch i nagle słyszą dźwięki, dzięki którym cieszy im się micha, a noga sama tupie. To jest właśnie piękno muzyki, która jest lekarstwem na całe zło. Na krążku słychać wspaniale grające instrumenty: gitary, kojące uszy saksofon i subtelne, idealne partie fortepianowe, nagrane przez Antônio Carlosa Jobima. Każdy wykonał tutaj perfekcyjnie swoje zadania. Ciężko nie wspomnieć o nieskazitelnie pięknym głosie Astrud Gilberto, czyli żony tytułowego gitarzysty, który jest pionierem bossy.

Gesaffelstein „Aleph”

Tutaj już na początku muszę wspomnieć, że na tych bitach idealnie odnalazłby się Kanye West w czasach płyty „Yeezus” – wystarczy posłuchać numeru otwierającego. Gesaffelstein to artysta, dzięki któremu rozpocząłem swoją podróż w gęste klimaty elektroniki i hard techno. Doskonale pamiętam, jak pierwszy raz wspomniał mi o nim Peepz. Był mocno zdziwiony i zaniepokojony faktem, że go nie kojarzę: „Co?! Jak możesz nie znać Gesa?”. (śmiech) Niedługo później spędziłem całą noc słuchając jego dyskografii, ale „Aleph” zdecydowanie najmocniej zapadł mi w pamięć. Z albumu wręcz wylewają się cybernetyczne syntezatory okalające o bass arppeggio. Uwielbiam dryfować po takich brzmieniach! Wyczuwam, że np. DJ Steez z PRO8L3Mu mocno inspiruje się Gesaffelsteinem – posłuchajcie tytułowego „Aleph”. Bardzo chciałbym, aby więcej osób w naszym kraju otworzyło się na tego rodzaju brzmienia. Na płycie jest 14 utworów, które są idealnym obrazem kontrastu w muzyce. Wywołują mieszane uczucie, coś jak film „Mechaniczna Pomarańcza”.

Hot Flash Heat Wave „Neapolitian”

Jeśli miałbym pisać o tego typu muzyce, to w pierwszej kolejności wspominałbym o „Nevermind” Nirvany, ale... to nie w moim stylu. Od zawsze wolałem podziemie w rocku i innych odłamach tego gatunku. Hot Flash Heat Wave jest po prostu zajebistą ekipą! Odpalając pierwszy raz „Gutter Girl”, pomyślałem sobie: „Damn, co to za kozacka kapela”. Doszedłem do wniosku, że muszę przesłuchać ich cały krążek... No i tak też zrobiłem. Totalnie odleciałem przy „Malibu”! Jeżeli istnieje jakaś oficjalna muzyka do śmigania na desce po mieście, to ta kapela jest na pewno w topce. Słuchając krążka „Neapolitian”, czuję się, jakby za oknem cały czas było lato. Słyszę tutaj też wiele inspiracji innymi gatunkami muzycznymi, choćby country. Chłopaki robią świetną i profesjonalną muzykę, a są niestety bardzo słabo znani. Polecam wszystkim skejtom!

Izrael „Nabij faję”

Mam z tym albumem wiele wspomnień, ale najbardziej rzuca się to, kiedy śmigaliśmy z ziomkiem od miasta do miasta starą ibizą z kaseciakiem, słuchając właśnie tego albumu, oczywiście z kasety! Miałem wtedy 18 lat i była wczesna wiosna... Swoją drogą kupiliśmy tę kasetę na targu winyli, szukając płyt do samplowania. Klasyka polskiego roots i reggae. Niesamowity sound, rzekłbym wręcz, że takich już u nas nie robią. Moralizujące teksty śpiewane delikatnym głosem, wypływające z każdej strony instrumenty i flety. No i naturalnie soczysty bass na każdym kawałku... Wow! Przyznaję, że nigdy nie siedziałem szczególnie w takich klimatach, ale po odsłuchu Izraela zmieniłem zdanie. Jeśli ktoś chciałby kiedyś wspomnieć o zdelegalizowaniu polskiego reggae, to polecam przed wypowiedzeniem tych słów, zapoznać się z „Nabij faję”.

Caribou „Start Breaking My Heart”

Tutaj znów muszę postawić na elektronikę, lecz tę zdecydowanie luźniejszą. Dla mnie Caribou to ścisła czołówka producentów, a „Start Breaking My Heart” to topka albumów instrumentalnych. Spotkałem się z wieloma opiniami, że Caribou brzmi bardzo podobnie do Bonobo. Moim zdaniem to dwa zupełnie inne loty. Na albumie, o którym wspominam, słychać wiele emocji. Jest to instrumentalny krążek, który ma wiele do zaoferowania (szczególnie kawałek „Brandon”, bo to dobrze wymieszane sample i jazzowe breakbeaty na perkusji). Gratka dla słuchaczy szeroko pojętej elektroniki. Bardzo dobrze słucha się go w podróży, szczególnie jesienną nocą. Jest w nim coś nietypowego, coś szczególnego na tle innych instrumentalnych albumów. Ten dla mnie „żyje” i oddycha z każdym kolejnym numerem.

King Krule „6 Feet Beneath The Moon”

Pamiętam, kiedy odkryłem ten album w technikum. Wydaje mi się, jakby to było wczoraj! Wyobraź sobie chłopaka, który dzień w dzień słuchał boom-bapów i nagle utopił się w klimatach lo-fi, rocka, fusion jazzu, psychodelii. „6 Feet Beneath The Moon” to taka trochę mieszanka tego wszystkiego, o czym przed chwilą mówiłem. Nawet nie potrafię wymienić tych wszystkich gatunków, które tu występują. Czuję się, jakbym słuchał naprawdę czegoś z księżyca! Totalny odlot i kosmos. Ten album otworzył mi całkowicie głowę na muzykę i zachęcił do słuchania czegoś innego niż rap. Na krążku słychać, że ten gość wprost kocha muzykę, a w dodatku jest w nim taka mała cząstka hip-hopu. Sam „„6 Feet Beneath...” ma niepowtarzalny klimat. Można sądzić, że podobnych krążków jest wiele, ale to coś innego, oryginalnego. Szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę datę jego wydania, rok 2013. King Krule mocno przypomina mi Elvisa Presleya, bo ma hipnotyzujący i twardy wokal. No i ten angielski akcent...