Catching Breath
© mat. prasowe Catching Breath
Kolarstwo

Bartosz Huzarski: Rowerem na 5359 m n.p.m.

Przejechał Tour de France, Giro i Vueltę, a teraz zaatakował… Himalaje. Jak było? „Dobrze, tylko ciężko się oddychało!” – śmieje się „Huzar". Oto jego opowieść o projekcie „Catching Breath”.
Autor: Jakub Ciastoń
Przeczytasz w 8 min
Bartosz Huzarski w ostatnich latach należał do elity polskich kolarzy szosowych, ścigał się w zagranicznych zawodowych grupach, m.in. NetApp Endura, a do 2016 roku w Bora–Argon. Trzykrotnie startował w najbardziej prestiżowym wyścigu świata, czyli Tour de France – w 2016 r. zajął 39. miejsce w klasyfikacji generalnej. Na koncie ma też występy w innych największych wyścigach, m.in. Vuelta a Espana, Giro d’Italia, Tirreno – Adriatico oraz najważniejszych klasykach. Co wygnało go w Himalaje?
Bartek, w 2016 roku skończyłeś profesjonalną karierę kolarza i rozumiem, że miałeś nieco więcej wolnego czasu, ale żeby od razu Himalaje? I to na rowerze? Grubo pojechałeś!
Bartosz Huzarski: Hahaha… to nie był do końca mój pomysł. Jakoś wiosną 2017 r. zacząłem ściślej współpracować ze Skodą, która jak wiedzą fani kolarstwa, mocno wspiera dyscyplinę. Pisałem bloga na ich stronę WeLoveCycling.com, robiłem różne materiały video na temat kolarstwa. Pewnego dnia przyszedł mail z niecodzienną propozycją, bicia rekordu trasy w Himalajach. Brzmiało to wszystko fajnie, a że zawsze lubiłem wyzwania, zgodziłem się. Dopiero potem zagłębiłem się w szczegóły… i okazało się, że to dość niecodzienna sprawa. 
Podjazd na 5359 m n.p.m. to nie przelewki, to wyżej niż ma najwyższa góra w Europie! Legendarne przełęcze Gigo czy Tour de France leżą 2500-3000 metrów niżej! Opowiedz, o co chodziło w projekcie „Catching Breath”?
Polecieliśmy na pogranicze Indii i Pakistanu, gdzie znajduje się przełęcz Khardung La z najwyżej położoną drogą dostępną dla samochodów na świecie. Razem ze mną było kilku innych śmiałków – Andrea Schiliro, włoski fotograf, miłośnik kolarstwa, Eva Lindskog, ultramaratonka i ultra kolarka ze Szwecji i Hiszpan Valenti Sanjuan, triathlonowiec, ultramaratończyk. Wyzwanie było proste – chcieliśmy pobić rekord trasy, który w 2012 r. ustanowił austriacki kolarz Christoph Kluge. Liczący 39 km podjazd kończący się na 5359 m pokonał w trzy godziny i cztery minuty. Z nami była ekipa filmowa, która miała wszystko dokumentować plus ekipa wsparcia ze Skody.
No i co? Himalaje zrobiły wrażenie na kimś, kto wjeżdżał na Mont Ventoux, Col de Tourmalet, Stelvio, Gavię czy Mortirolo?
Trochę stresu przed wyjazdem było, ale wynikał bardziej z tego, że nie wiedziałem czego się spodziewać. Sam podjazd nie wyglądał groźnie, jeśli patrzyło się tylko na jego profil. Średnie nachylenie to 5 proc., ale niewiadomą była wysokość i to, jak zachowa się organizm w tak rozrzedzonym powietrzu. Start był na 3500 m, co nie robiło na mnie jeszcze wrażenia, bo kilka razy ścigałem się już w Tybecie na ponad 4000 m, ale na 5000 nie wjeżdżałem nigdy. To są kosmiczne wysokości. Do tego dochodziły też obawy o pogodę, tam potrafi bardzo mocno wiać, bywa, że pada śnieg. Inna sprawa, że jakoś bardzo intensywnie nie przygotowywałem się do tego wyzwania. Trenowałem w kratkę. Dlatego, kiedy dotarliśmy na miejsce, delikatny stres był.
Zobacz film dokumentalny „Catching Breath":
Ale, kiedy wsiadłeś na rower…
…wiedziałem, że raczej będzie dobrze. Wysokość robiła swoje, na pierwszych próbach czułem, że oddycha się ciężko, że brakuje lekkości, ale nogi pracowały, ciężko, ale pracowały.
Jakie trudności wiązały się z biciem rekordu?
39 km to jednak kawał podjazdu, niby „tylko” 5 proc., ale cały czas pod górę. Na dodatek nawierzchnia nie ułatwiała zadania, asfalt był tylko do pewnego momentu, ostatnie 10-7 km to już szuter, dziury.
Jak przygotowywaliście się do wysiłku w tym rozrzedzonym powietrzu?
Skoda dbała o nas, wszystkim członkom ekipy wynajęli namioty hipoksyjne, czyli imitujące skład powietrza na dużej wysokości. Dzięki temu już dużo wcześniej przystosowywaliśmy się do ekstremalnych warunków. Na miejsce przylecieliśmy 8 dni przed próbą bicia rekordu, a cztery dni przed zrobiliśmy rekonesans trasy. Cała wyprawa zajęła nam 12 dni we wrześniu tego roku.
Catching Breath
Catching Breath
I co? Udało się pobić rekord?
Ja już po rekonesansie trasy wiedziałem, że raczej spokojnie sobie poradzę z pobiciem rekordu, bo potrafiłem jechać lepszym tempem. Ostatecznie pobiłem go o prawie pół godziny – miałem na szczycie czas 2:36.16, szybciej niż Kluge wjechali też Andrea i Eva. Nie dał rady tylko Valenti, choć z problemami wjechał na szczyt, ale w sumie nic dziwnego, bo przyleciał w Himalaje prosto ze szpitala, a trafił do niego, bo… przebiegł 10 triathlonów na dystansie Iron Man w 10 dni. Hiszpanowi odcięło prąd na trasie, musieli podać mu tlen. Dojechał z czasem 3 godz. 22 minuty.
Ponoć nie ustrzegliście się problemów ze sprzętem?
Straciliśmy sygnał GPS na 2 km przed metą. I to na wszystkich urządzeniach. Miałem dwa liczniki Garmina, pozostała dwójka, która dotarła na szczyt przełęczy, też miała po dwa, ale wszystkie straciły sygnał. Tak do końca nie wiedzieliśmy jak z tego wybrnąć. Mieliśmy zapiski kamer, zdjęcia, czasy, wszystko pomierzone, ale nie mieliśmy zapisu GPS. Skoda musiała więc jakoś to załatwić ze Stravą [aplikacja kolarska rejestrująca czasy i rekordy podjazdów – red.], żeby rekord został oficjalnie zapisany. Na szczęście, udało się to zrobić. Według moich obliczeń na szczycie byłem ok. 2 godz. 30 min po starcie, Strava ostatecznie uznała 2 godz. 36 min, ale ponieważ rekord i tak znacząco był pobity, więc machnąłem ręką na te parę minut.
I jak się czujesz jako rekordzista świata? Tak szybko, tak wysoko, na rowerze jeszcze nikt nie wjechał.
Podejrzewam, że pewnie spadnie na mnie trochę krytyki, że zawodowiec bierze się za bicie jakichś amatorskich rekordów na emeryturze (śmiech). Ale powiem tak, jak ktoś ma ochotę, zapraszam do pobicia rekordu. Ja pojechałem tam na „fulla”, samo bicie rekordu nie było dla mnie wyzwaniem, mogłem jechać pół godziny wolniej i też bym go pobił, pewnie się nawet nie pocąc. Chciałem pojechać na maksa i wyśrubować jak najlepszy czas, żeby choć jeden rekord był mój. Ten wynik wciąż jest do pobicia, choćby dlatego, że jechaliśmy na rowerach MTB z pełną amortyzacją, jeśli ktoś weźmie crossowy sprzęt, lżejszy o dwa kilogramy, to pewnie ma szansę wycisnąć więcej. Tym bardziej, że moda na bicie takich rekordów jest coraz większa. Ale mam nadzieję, że choć trochę ten mój rekord przetrwa. Nie wiem, a może zacznę kolekcjonować takie wyzwania, może to sposób na kolarską emeryturę? (śmiech).
A co jest trudniejsze, ciężki górski etap w Tour de France czy 39 km w Himalajach?
Jednak Tour de France. Tutaj byliśmy sami, nie było presji, że trzeba kogoś gonić, przed kimś uciekać, nie było peletonu. Można było zwolnić, dostosować tempo do własnych potrzeb. Nawet średnia poł kilometra na godzinę wolniej, dawała ulgę. Taka jazda jest znacznie łatwiejsza niż wyścig w peletonie. Jedyne, co jest zdecydowanie trudniejsze, to radzenie sobie z wysiłkiem na ekstremalnej wysokości. Do 4600 m jakoś się jechało, ale powyżej było już bardzo ciężko. To bardzo dziwne uczucie, gdy jest tak mało tlenu. Nie czułem się wcale zmęczony, nie bolały mnie nogi, nie czułem tego, że się w tradycyjny sposób zmęczyłem, czyli że „głęboko wszedłem w organizm”. To jest inny rodzaj zmęczenia, właśnie wynikający z braku paliwa, czyli tlenu. Jedziesz, tętno ledwie 140, ale ledwo jedziesz. Nie pamiętam, żebym się czuł tak zmęczony i wyczerpany fizycznie po wysiłku. Jeszcze dwa dni po podjeździe pod Khardung miałem drętwienie w palcach, objawy hipoksji, zawroty głowy, wszystko bardzo nasilone. Zresztą już podczas bicia rekordu niektóre osoby z ekipy trzeba było zwozić niżej z objawami hipoksji, mimo, że tylko siedziały w samochodach.
Catching Breath
Catching Breath
Co jeszcze planujesz w tym roku i jak się miewa twoja akademia kolarska?
Na razie nic porównywalnego z Himalajami nie planuję. W tym roku robimy jeszcze tradycyjny wjazd braci kolarskiej na Ślężę rano w Sylwestra, rodzinna krótka impreza połączona ze strzałem szampana i życzeniami. W przyszłym roku planujemy już powoli starty i zgrupowania dla członków akademii, będziemy robić rebranding strojów. Organizujemy też wyścigi lokalne na Dolnym Śląsku. Szukamy też dodatkowego finansowania na nasze grupy dzieciaków, które bardzo prężnie się rozwijają. Szkoda, że sytuacja w związku kolarskim nam w tym nie pomaga.
* * *
Jeśli zainteresowała was historia „Huzara”, koniecznie sprawdźcie video powyżej, gdzie zobaczycie na własne oczy, jak wyglądało bicie rekordu.