Bilon
© mat. prasowe
Muzyka

Historia jednego nagrania: Bilon o „Mojej dzielnicy” Hemp Gru

Przy okazji premiery wspólnego albumu Bilona i Kaczego, reprezentant Mokotowa opowiada nam o kulisach powstania utworu „Moja dzielnica”, który Hemp Gru nagrało z Cormegą.
Autor: Marcin Misztalski
Przeczytasz w 5 minPublished on
Chciałbym, by nasza rozmowa krążyła - bliżej lub dalej - wokół waszego kawałka z Cormegą „Moja dzielnica”. Mówisz w nim, że „hip-hop ma nas łączyć, a nie murami dzielić”. Od zawsze wyznajesz tę zasadę?
Bilon: Myślę, że tak. Zawsze miałem w sobie pierwiastek łączenia ludzi. Poruszam się w wielu środowiskach, więc siłą rzeczy ta integracja wokół mnie się odbywa - umiejętnie łączę te światy. Od zawsze byłem, nazwijmy to, integratorem ludzi dookoła mnie. Zbudowałem z chłopakami np. ekipę Diil Gangu, której do dziś bardzo zależy na tym, by pokazywać hip-hop jako kulturę czterech elementów. To podstawa. Wzięło się to pewnie stąd, że nim zacząłem rapować, zajmowałem się innymi rzeczami. Jeździłem np. na deskorolce, ale biegałem też po mieście z farbami. Graffiti w moim życiu pojawiło się około 1992-1993 roku. Na starym Mokotowie zrobiliśmy naprawdę dużo prac. Pamiętam, że np. na ulicy Bałuckiego zrobiłem taki wrzut „Brooklin”. (śmiech) Chyba dopiero kilka lat temu, go zamalowali. Inspirowaliśmy się wtedy tym, co widzieliśmy w magazynach typu „The Source”. Nie mieliśmy kompletnie wyobrażenia, jak malować, więc przyznaję, że czasami kserowaliśmy amerykańskie style lub przemalowywaliśmy jeden do jednego to, co widzieliśmy w gazetach. Nie znałem wtedy w stolicy kompletnie nikogo, kto malował w innych częściach miasta.
Śledzisz to, co dzieje się obecnie na warszawskiej scenie graffiti?
Nie jakoś strasznie dogłębnie. Mamy tutaj kilku talenciaków, ale odnoszę wrażenie, że coraz mniej jest ulicznego boombingu i hardcore'owych akcji. Wielu writterów zostało wyplewionych przez system i ludzie po prostu boją się malować. Na każdym rogu są kamery, więc niewielu chce ryzykować. Jeśli porównamy malowanie kolejek sprzed 20 lat, do tego, co jest obecnie to... w ogóle nie ma o czym mówić.
Muzyka z Queensbridge była dla ciebie ważna w latach 90?
Była ważna, ale nie tylko ta z QB. Muza w ogóle dla mnie dużo znaczyła. Kiedy jesteś nastolatkiem, zupełnie inaczej odbierasz muzykę - bardziej emocjonalnie. Strasznie zakochałem się w muzie i spędzałem z nią naprawdę wiele czasu. Nim wkręciłem się w rap, słuchałem dużo gitarowych brzmień, takich artystów jak: Jacek Kaczmarski, Siekiera, The Analogs, Stormtroopers of Death czy Slayer. Ta muzyka, podobnie jak hip-hop, była wtedy alternatywą, bo większość popularnych rzeczy stanowiły jakieś tanie i słabe pioseneczki. Kiedy ja zaczynałem przygodę z hip-hopem, to w moim otoczeniu prawie nikt tej kultury nie ogarniał. Była w totalnej niszy, co też zapewne dodawało jej uroku. Lubiłem wtedy Onyx, Nasa, Mobb Deepów czy Group Home, którzy nagrali bardzo ważny dla mnie „Livin' Proof”.
Jak wspominasz swój pierwszy wyjazd do Nowego Jorku?
Bardzo przeżyłem podróż do mekki hip-hopu. Odwiedziliśmy oczywiście legendarną, niestety nieistniejącą już, miejscówkę „5 Pointz”. Zwiedzaliśmy miejsca związane z Big L'em, Notoriousem i Big Punem. Byliśmy także w kilku fajnych sklepach płytowych. W Nowym Jorku graliśmy koncert, na który wpadli Afu-Ra, Jeru the Damaja i Lil Dap.
A kto wpadł na pomysł zaproszenie do wspólnego kawałka Cormegi?
Bardzo zależało nam na tym, by zrobić numer, z którymś z chłopaków z Nowego Jorku. Wstępnie rozmawialiśmy na ten temat z AZ'em i właśnie Cormegą. Ostatecznie wyszło tak, że AZ zabrakło na naszej płycie. Jego menedżer powiedział nam, że miał problem ze znalezieniem studia. Możliwe, że tak było, ale równie dobrze mógł mieć tę nagrywkę... po prostu w dupie. Z Cormegą spotkaliśmy się w Warszawie, kiedy przyjechał do klubu „55” w 2012 roku na koncert z Large Professorem. Powiem ci szczerze, że dziś już średnio pamiętam, jak wyglądało nasze spotkanie. Pamiętam tylko, że śmigaliśmy razem gdzieś po centrum stolicy. (śmiech) Niestety nie spotkaliśmy się tego dnia w jednym studiu. Cormega ostatecznie zrealizował swoje wokale w Stanach i nam je podesłał. Ale kawałek z nim jest dla mnie spełnieniem marzenia. Ja ogólnie nie nagrywam z ludźmi, których nie znam za dobrze - tutaj zrobiłem wyjątek. Wspólnym numerem chcieliśmy podkreślić to, o czym mówiłem ci na początku. Hip-hop jest dla nas wspólnym mianownikiem. Połączył nas, mimo że mieszkamy na zupełnie innych kontynentach i mamy inne kolory skóry.
Krążek „Braterstwo” niestety nie ukazał się na woskach. Jest szansa, że wytłoczycie na tym nośniku inne materiały?
Jest! Wszystko wskazuje na to, że już niedługo pojawi się limitowana edycja albumu „Droga”. Wydajemy go na woskach 11 lat po premierze CD-ka. Nie wykluczamy, że na płytach analogowych pojawi się także nas ostatni album, „Eter”.
Na końcu utwory padają słowa, by spełniać swoje marzenia. Ty swoje muzyczne już spełniłeś?
Dopiero zaczynam je spełniać. Mój solowy album „Warszawski rapton”, który produkuje Szwed, będzie spełnieniem mojego muzycznego marzenia. Płyta może ukaże się jeszcze w tym roku, ale prędzej oddaję w ręce słuchaczy materiał z Kaczym. Tym razem wydajemy limitowaną edycję, która nie przekroczy 2 tys. egzemplarzy. Na krążek zaprosiliśmy m.in. Hewrę, Bob One'a i pochodzącego z Nowej Zelandii Teeksa.