Smolan, góry Rodopy
© z arch. Pameli i Krzysztofa Kaczmarków / slackline-koszmarek.blogspot.com
Góry

Highline i góry – Bułgaria poza szlakiem

Złote Piaski, Słoneczny Brzeg… to nie wszystko, co może zaoferować nam Bułgaria. Góry to jedne z najbardziej niedocenionych atrakcji tego kraju.
Autor: Krystian Walczak
Przeczytasz w 11 minUpdated on
Morze Czarne, skąpane słońcem plaże, all inclusive i uliczki zatłoczonych kurortów… Ile tracą ludzie, którzy nie znają innej strony Bułgarii, mogliśmy się dowiedzieć oglądając na Kolosach w Gdyni prezentację Pameli i Krzysztofa Kaczmarków – córki i ojca, którzy ciągle wracają w bułgarskie góry. Jak magnes przyciągają ich tam niezapomniane widoki, miejscowa kultura i wiele okazji do highline’ów.
W tym duecie, jak sami przyznają Krzysiek jest bardziej techniczny i to on planuje oraz zajmuje się realizacją swoich śmiałych slackline’owych projektów. Pamela jeździ z nim i gdy on się wspina by założyć kolejną taśmę, ona zgłębia historię okolicy i miejscowe legendy związane z górami, w których się znajdują. Razem odkrywają fascynujące miejsca i wysłuchują niezwykłych opowieści, czego większość typowych turystów odwiedzających Bułgarię prawdopodobnie nigdy nie zakosztuje.
Tetewen - highline

Tetewen - highline

© z arch. Pameli i Krzysztofa Kaczmarków / slackline-koszmarek.blogspot.com

Wielu ludzi nie ma pojęcia, że Bułgaria oferuje tak fantastyczne widoki, jak na waszych zdjęciach.
Pamela Kaczmarek: Zawsze powtarzam, że Bułgaria to przede wszystkim góry. Góry, które jeszcze w wielu miejscach są dzikie. Jest tam przepiękna, nienaruszona przez ludzi przyroda. Ponadto skrywają się wśród nich wioski, w których ostały się społeczności nadal żyjące w bardzo tradycyjnej kulturze.
Jaskinia Styłbica

Jaskinia Styłbica

© z arch. Pameli i Krzysztofa Kaczmarków / slackline-koszmarek.blogspot.com

Najciekawsze góry Bułgarii

Riła

To szóste co do wielkości pasmo w Europie.

Rodopy

Dzika przyroda i takie same krajobrazy - to góry słabo zaludnione i tajemnicze, gdzie krąży wiele legend i podań.

1/5
Jak to się dzieje, że tak dobrze znasz tę kulturę? Będąc na miejscu mieszkacie u tych ludzi?
Pamela: Wszystko zaczyna się od przeglądania z tatą zdjęć satelitarnych Bułgarii w poszukiwaniu skał. Wynajdujemy cel i jedziemy w jego okolice. Tak trafiamy do górskich wiosek, w których czas zatrzymał się dawno temu. Często są to miejsca zamieszkane przez mniejszości – Turków, których przodkowie na rozkaz sułtana zostali przesiedleni na tereny Bułgarii, czy bułgarskich muzułmanów, społeczności, która za czasów Imperium Osmańskiego przejęła islam. Bułgarzy decydowali się na zmianę wiary m.in. by zachować życie i poprawić los swojej rodziny. Dzisiaj bułgarscy muzułmanie tworzą zamknięte społeczności, które są bardzo mocno osadzone w kulturze ludowej. Zamieszkują wysokogórskie wioski, trudnią się uprawą tytoniu, mają własne szkoły, a kobiety na co dzień chodzą w pięknych strojach ludowych. Tworzą odrębne państwa w państwie. Ale, co warte pokreślenia, mówią po bułgarsku. Nie znają arabskiego czy tureckiego. Śpiewają bułgarskie pieśni i tańczą tradycyjne bułgarskie tańce. Ich kultura jest zatem ciekawym połączeniem islamu z bułgarską kulturą ludową. W Bułgarii panuje duży podział między Bułgarami chrześcijanami, a muzułmanami, co niestety prowadzi do silnej niechęci wobec wzajemnego poznania się. Gdy przyjeżdżamy do takiej wioski i zostajemy w jej rejonie na dłużej, kiedy tata szuka najlepszego miejsca do zawieszenia highline’a, najczęściej śpimy pod namiotami gdzieś w okolicy. Miejscowi traktują nas na początku z dozą niepewności, ale potem, widząc nasze zainteresowanie ich kulturą oraz to, że podchodzimy do nich z dobrocią, otwierają się przed nami. Dzielą się swoimi tradycjami, rękodziełami i opowieściami z życia. Tak na przykład jedna z muzułmanek zaprosiła mnie na uzdrawiający rytuał odprawiany w pozostałościach po trackiej świątyni - rytuał spajający islam z orfizmem. Nie zapomnę też, jak wiosce chrześcijańskiej poznaliśmy miejscowego szamana Titka Łowcę Żmij. Zaprowadził nas do skrytej w górskim zboczu jaskini, w której zachowały się narzędzia ludzi pierwotnych. Mieszkańcy często zapraszają nas do domów i częstują jedzeniem. Zdarzyło się też, że gdy zapytaliśmy w jednej z wiosek, gdzie możemy rozbić namioty, starsi państwo odpowiedzieli, że: „nawet nasz pies nie śpi na dworze, jak wy byście mogli?” I zaprosili nas do domu. Innym razem, gdy spaliśmy pod gołym niebem, odwiedziła nas babcia z pobliskiej wioski, która przyniosła nam cały wór pomidorów i ogórków.
Bułgarskie muzułmanki

Bułgarskie muzułmanki

© z arch. Pameli i Krzysztofa Kaczmarków / slackline-koszmarek.blogspot.com

Jak to było? Najpierw był slack a potem Bułgaria, czy odwrotnie?
Krzysztof Kaczmarek: 32 lata temu w Bułgarii postawiłem pierwsze kroki w alpinizmie jaskiniowym i wspinaczce. Dzięki tym pasjom zacząłem odkrywać piękno tego zakątka Bałkanów i… poznałem moją żonę – Bułgarkę. 10 lat temu, już w Polsce, zainteresowałem się nowym sportem – slacklinem. Z początku był to dla mnie ciekawy dodatek do wspinania, aż natrafiłem w internecie na filmik z moim idolem wspinaczkowym Deanem Potterem, który przechodzi slacka na wysokości 880 m w dolinie Yosemite w Stanach Zjednoczonych. Stwierdziłem: trudno, z czterdziestką na karku mistrzem nie będę, ale spróbować nie zaszkodzi. Był rok 2010. Wróciłem w skały z lat mojej młodości w górach Rodopy w Bułgarii. Na ich szczycie, na wysokości 50 m przygotowałem i zawiesiłem mojego pierwszego highline’a o długości 25 m. Bazowałem tylko i wyłącznie na doświadczeniu wspinaczkowym. W parku, między drzewami, taki „slaczek” to był dla mnie pikuś. Jednak gdy usiadłem wtedy po raz pierwszy na highline’ie – sparaliżowało mnie. Dotarło do mnie, że highline to dziedzina, w której nie tylko mierzysz się z umiejętnościami i wysokością, lecz przede wszystkim z lękiem przestrzeni i zaufaniem do zainstalowanego przez siebie systemu. Nie poddałem się. Wróciłem w to samo miejsce po kilku miesiącach i udało się. Po raz pierwszy przeszedłem taśmę na wysokości.
Jak to jest z twoimi highline’ami? Nazywasz je projektami. Każdy ma swoją nazwę. Czy są dla ciebie osobnymi wyczynami sportowymi, czy raczej czymś zupełnie innym?
Krzysztof: Samo przejście jest wisienką na torcie. Mam przejścia, które trwały trzy minuty, bo szła burza i trzeba się było spieszyć, a samo przygotowanie mogło trwać trzy lata. Zdarza się, że jadę w wypatrzone miejsce, a potem okazuje się, że brakuje mi potrzebnego sprzętu, bo trzeba zjechać na linie, założyć nietypowe stanowisko, albo na miejscu są bardzo kruche skały. Potem wracam do Polski i zastanawiam się, jak zainstalować tam highline’a. Często, gdy wracam w następnym roku, okazuje się, że sorry, ale znów nie przygotowałem się dostatecznie. Dopiero w kolejnym roku, jak już zabiorę cały niezbędny sprzęt, montuję i przechodzę. Wszystkich highline’ów w Bułgarii jest ponad 100. Tak naprawdę nadawałem im nazwę do setki, a potem już straciłem rachubę… Dla mnie to nie jest wyczyn sportowy. To jest przygoda. Samo chodzenie jest krótkie, natomiast o wiele większą wartość stanowią wioski, ludzie i wszystko, co towarzyszy temu wyczynowi.
Highline w Jaskini Prochodna

Highline w Jaskini Prochodna

© z arch. Pameli i Krzysztofa Kaczmarków / slackline-koszmarek.blogspot.com

Pamela: Często, gdy udajemy się na wybrany szczyt, odkrywamy na nim pozostałości po trackiej świątyni lub grobowcu, w których przed nami nie było zapewne archeologów. Nie prowadzą do nich żadne szlaki i nie są w żaden sposób oznakowane. Jedyną wskazówką są miejscowe legendy. Po drodze napotykamy na rozbite amfory, ceramikę oraz wydrążone trapezoidalne nisze skalne, które są idealnie gładkie i znajdują się na dużych wysokościach. Archeologowie do dziś zastanawiają się, w jaki sposób Trakowie wykonywali je tysiące lat przed naszą erą. Na przykład w miejscowości Dyżdownica, zamieszkanej przez mniejszość turecką, w południowych Rodopach, gdzie nad wsią piętrzą się owiane tajemnicą skały, w które, przez historię o magicznych istotach, boją się zapuszczać nawet miejscowi. Nisze znajdują się na wysokości 70m i to pod ogromnym przewieszeniem. Gdy weszliśmy naokoło na czubek tych skał, okazało się, że cały płaskowyż pokryty jest skalnymi formacjami o zagadkowych kształtach – igłami, grzybkami, skalnymi mostami, a nawet dolmenami. Wielkie skamieniałe starożytne miasto. Wszędzie można było dostrzec szarapani, czyli okrągłe otwory skalne, w których gromadzono krew ofiarną i wino. A jeśli chodzi o te mistyczne istoty… Duchowy świat Traków przepełniony był nimfami, duchami i demonami, a echo tych wierzeń przetrwało do dziś. Miejscowi opowiedzieli nam, że za dnia istoty te przesiadują cicho na skalnych turniach, a w nocy wędrują, szukając zabłąkanych podróżników. Jeśli podasz im rękę, zabiorą cię do paralelnego świata. Nazywają je „Dżinawis Pendżeri”, co w lokalnym dialekcie oznacza „obcy”.
Skalne miasto Traków koło Jaskini Macicy

Skalne miasto Traków koło Jaskini Macicy

© z arch. Pameli i Krzysztofa Kaczmarków / slackline-koszmarek.blogspot.com

Pamela. Która z bułgarskich historii, jakie odkryłaś podróżując z tatą, zrobiła na tobie największe wrażenie?
Pamela: Jedna z ważniejszych dla mnie historii związana jest z niezwykłą kobietą – mieszkanką muzułmańskiej wioski w górach Stara Płanina, która uświadomiła mi przemilczane w Bułgarii lekcje historii. Babcia nazywa się Zejna Sulejmanowa, ale w 1971 r. władze komunistyczne w Bułgarii nakazały muzułmanom zmianę imion na „bułgarskie” (pod karą więzienia, a nawet śmierci) i wtedy nadano jej imię Złatka. Ze zmianą imion wiązało się też wyplenienie wiary, kultury i tradycji bułgarskich muzułmanów. Po wsi chodzili uzbrojeni milicjanci, którzy pilnowali, by kobiety nie ubierały szarawarów. Muzułmanki łapano i rozcinano im szarawary. Nie pozwalano im zakrywać włosów. Zabronione były również rytuały ślubne, przez co do dziś przetrwały jedynie we wsi Ribnowo w południowo-zachodnich Rodopach. O tym się nie mówi.
Krzysztof: Od rodziny babci Zejny Pamela dostała ręcznie szyty, zdobiony strój ludowy. Ci ludzie nie oczekiwali od nas niczego w zamian.
Pamela z babcią Zejną w podarowanych szarawarach

Pamela z babcią Zejną w podarowanych szarawarach

© z arch. Pameli i Krzysztofa Kaczmarków / slackline-koszmarek.blogspot.com

Pamela: Żyjemy w kulturze, w której jesteśmy przyzwyczajeni, że coś jest za coś. Otrzymałam szarawary, cztery pary bucików, a oni niemal się obrazili, gdy chciałam im dać coś w zamian. Dla nich liczyło się to, że szczerze zachwycamy się ich kulturą, rękodziełami, że spędziliśmy z nimi czas i porozmawialiśmy. Rok później wróciliśmy do tej wioski. Muszę przyznać, że przez cały czas obawiałam się, czy babcia jeszcze żyje… 92 lata to jednak sędziwy wiek. Gdy dotarliśmy na miejsce, z domu wybiegła trójka zaskoczonych dzieci, a ich zaskoczenie sięgnęło zenitu, gdy „polscy turyści” zaczęli wypytywać o ich prababkę. Po chwili wyszła powolutku pięknie ubrana – w lnianą ludową koszulę, szarawary i eleganckie kolczyki. Bez okularów czy laski. Od razu nas rozpoznała i zaczęła czule tulić. Podarowałam jej oprawioną fotografię przedstawiającą nas obie oraz kilka pudełek ptasiego mleczko dla wnucząt, prawnucząt i praprawnucząt. Babcia na przemian popłakiwała ze wzruszenia i śmiała się. Na końcu zapytałam ją o receptę na długowieczność, bo babcia Zejna świetnie się trzyma, nie opuszcza jej poczucie humoru i w dalszym ciągu pracuje w ogródku. Odpowiedziała, że sama nie wie, ale być może tajemnica tkwi w tradycyjnej picie z mąki kukurydzianej, którą jadła całe życie.
Babcia Zejna - drugie spotkanie

Babcia Zejna - drugie spotkanie

© z arch. Pameli i Krzysztofa Kaczmarków / slackline-koszmarek.blogspot.com

Nie mają was za lekkich wariatów, którzy jeżdżą w te góry, gdzie nikt z nich nie chodzi i robią takie rzeczy, jak robicie?
Krzysztof: W niektórych rejonach tak. Czasem nawet bułgarscy przyjaciele patrzą na mnie jak na wariata. Bardzo długo w rejonie miasteczka Karłukowo, gdzie mieści się największy szpital psychiatryczny w Bułgarii, realizowałem projekty highline’owe wewnątrz jaskini Prochodna - wspólnie z polskim highlinerem Pawłem Jarosiewiczem dokonaliśmy tam pierwszego przejścia highline’a w jaskini w Europie. Gdy mówiłem przyjaciołom, że znów jadę do Karłukowa, to już podejrzanie na mnie patrzyli.
Jak zmienia się slack przez ostatnie lata? Podawałeś przykład napięcia taśmy, które teraz jest mniejsze. Jest też więcej sprzętu, bo wcześniej dorabiałeś go ręcznie. Używasz boltów wielokrotnego użytku, które możesz wyjąć ze skały po przejściu, nie zostawiając po sobie istotnie wpływających na dane miejsce śladów.
Krzysztof: Sprzętu, którego używam, i który trzeba wtargać w plecaku na każdy projekt, jest naprawdę sporo, choć ostatnimi czasy z racji tego, że taśm się już prawie nie napina, jest go troszkę mniej. Kiedyś służyło do tego całe oprzyrządowanie – bloczki oraz wyciągarki łańcuchowe. Teraz napinam taśmę „z ręki” przy pomocy soft release i tzw. banana (line lockera). Najlepiej, jeśli stanowiska uda się przygotować, używając tylko naturalnych formacji skalnych, takich jak ucha, skalne bloki, szczeliny czy drzewa. Nie zawsze jednak jest to możliwe. Od kilku lat używam wyjmowanych kotew rozporowych. Najpierw były to pancerne samoróbki. Dzięki temu nie pozostawiam po sobie w skałach żadnego żelastwa, które je szpeci, a z czasem, by korodowało i mogłoby być bardzo niebezpieczne. Ponadto chodziłem na początku w butach. Taśmy były tak napięte, że raniły stopy. Teraz, gdy taśma jest luźna, chodzi się na boso.
Który z tych ponad 100 highline’ów wspominasz jako najtrudniejszy do zrealizowania - największe wyzwanie?
Krzysztof: Każdy highline jest inny i z każdym związana jest jakaś przygoda. Bardzo dużo zabawy miałem z highline’em nazwanym na cześć Pameli – „Pam”. Położony jest nad rzeką, a z dwóch stron są skały o różnej wysokości. Z jednej musiałem zjechać 120 metrów na linie w kruchym terenie wśród spadających kamieni. Potem okazało się, że nie mam jak przerzucić taśmy. Nie mogłem jej też przenieść dołem, bo płynie tamtędy rzeka. Z kolei przy rzucaniu rzutki z linką, odbijała się ona od ściany i spadała. Musiałem wymyślić zupełnie nową metodę przerzucenia taśmy. Ostatecznie zrobiłem tarczę ze styropianu, którą zawiesiłem w skale i strzeliłem do niej z kuszy.