Muzyka

Da Vosk Docta feat. Jetlagz: Coraz bliżej wielkich rzeczy

© Paulina Kozera
Robił u nas trap, zanim to było modne, a teraz nagrywa producencki album, którym znowu chce odświeżyć rodzimą scenę. Przy singlu z udziałem Jetlagz, Da Vosk Docta mówi nam o bitach, szachach i jazzie.
Autor Tomek Doksa
Pamiętasz, kiedy naprawdę poczułeś, że jesteś producentem? I że tak trzeba cię tytułować?
Da Vosk Docta: Wydaje mi się, że nie było takiego jednego momentu, w którym nagle coś mi się przełączyło i stwierdziłem, że tak, już jestem i proszę mnie tak nazywać. Działo się to raczej bardzo stopniowo i było związane z moim rozwojem umiejętności producenckich oraz chęcią poznawania teorii muzyki, na którą bardzo się uparłem. Bo w momencie, gdy zacząłem wiedzieć, jak muzyka jest skonstruowana i jak się ją aranżuje, zacząłem pewniej się czuć nie tylko w trapie, ale też w innych gatunkach, np. housie. Był to więc bardzo płynny proces, uzależniony od zbieranych umiejętności. Sam siebie dzisiaj nazywam producentem, nie bitmejkerem, bo bitmejker kojarzy mi się jednak z osobą, która często pobiera z różnych stron paczki z samplami – tu ma ścieżkę perkusji gotową, tu ścieżkę pianina, doda jakiś bas, sklei to ze sobą i ma gotowy bit dla rapera. A producent to jednak osoba, która w moim przekonaniu potrafi skomponować kawałek – komponuje też sample, bo w samplach oczywiście nie ma nic złego – potrafi też aranżować, ma jakąś wizję i jest dosyć kompletna muzycznie. Jeżeli miałbym wskazać takiego producenta w Polsce, to na pewno byłby nim Steez, biorąc pod uwagę, jak wymyślił i realizuje PRO8L3M.
Teoria muzyki – to ciekawe. Sam na to wpadłeś?
Ja nie odrzucam niczego. Jeśli coś jest wartościowe, to czerpię z tego niezależnie od formy – nie ma dla mnie znaczenia, czy to jest YouTube, czy książka. Ja jestem pragmatykiem, zależy mi na efekcie, więc szukam różnej wiedzy, która doprowadzi mnie do wyznaczonego celu. O.S.T.R. kiedyś nawinął wers: „Jeśli samplujesz z MP3, jesteś ch*j, nie producent!”, ale z biegiem czasu to się niestety zweryfikowało na niekorzyść Ostrego, bo teraz wszyscy samplują mp3. Biorą, co mają pod ręką. Ze mną jest podobnie, z tą tylko różnicą, że dla mnie bardzo ważne jest posiadanie kompletu umiejętności, choćby po to, by swobodniej pracować w studiu z muzykami sesyjnymi. Weźmy taką najprostszą rzecz w stylu: w jakim kluczu jest bit, który robisz? Jeżeli wiesz, że twój bit jest w d-dur, to wiesz też, że sampli możesz szukać zarówno w d-dur, jak i w tonacji pokrewnej możesz skorzystać z koła kwintowego. No ale do tego jest potrzebna pewna wiedza i umiejętności.
Da Vosk Docta
Da Vosk Docta
Twoją wiedzę kształtowały też czyjeś płyty?
Jeśli chodzi o moje wczesne lata produkowania, wielką moją inspiracją była dla mnie płyta „Jazz w wolnych chwilach” Ostrego, bardzo szanowałem, i zresztą nadal szanuję, produkcje Noona.
To produkowanie samo do ciebie przyszło, czy ktoś cię motywował?
Mój kolega – Młody Dzban – pokazał mi coś takiego jak FL Studio, i jak się robi bity. On był pierwszą taką osobą w moim otoczeniu, która motywowała mnie do zostania producentem. Z Młodym Dzbanem mieliśmy w ogóle na początku skład o nazwie Ghetto Blaster, w którym byłem raperem. Nagrywaliśmy kawałki na funkowych podkładach.
I nie chciałeś zostać przy rapie? Z produkowaniem muzyki ciężej się przebić niż zza mikrofonu.
Zdaję sobie sprawę, że to dosyć niewdzięczna muzyka do zbijania popularności, ale jest jedna przewaga, jaką muzyka instrumentalna ma np. nad rapem, i jest to uniwersalność. Polski rap trafia niestety za granicami tylko do Polonii, ewentualnie jest dla kogoś ciekawostką taką samą, jaką dla Polaka może być rap francuski. Wierzę jednak, że produkowana w Polsce muzyka instrumentalna, jeżeli tylko jest dobrze zrobiona, może trafiać do każdego słuchacza na świecie. Nie ma tu tej bariery językowej. I powiem ci, że na Spotifyu sam mam na przykład więcej słuchaczy w Stanach niż w Polsce, i akurat to jest dla mnie niesamowite, że moja muzyka może bezproblemowo trafiać za ocean i tam się podobać.
Kiedyś robiłeś bity hiphopowe samplując tylko z winyli, potem wkręciłeś się w elektronikę. Dalej czujesz się w niej najlepiej?
Ja bardzo szanuję drogę, jaką przeszedłem i klasycznie samplowane bity, to jest ta rzecz, za którą myślę, że będę zawsze tęsknił. Też poniekąd robienie mojej płyty producenckiej, o której też ci chcę trochę powiedzieć, sprawia, że mogę wrócić do starej formy. Dojrzałem w końcu do tego, by zaprosić raperów do współpracy i wydać album, który jest połączeniem muzyki elektronicznej i hip-hopu. Jeszcze w czasach, gdy Guzior i Kuban byli mega „freshmenami:, dajmy na to, że był to rok 2013, słyszałem już głosy, że powinienem zrobić taki materiał. Studziłem jednak wtedy ten entuzjazm i mówiłem: „spokojnie, ja muszę do tego dojrzeć, mam na to jakiś plan, ale potrzebuję przede wszystkim czasu”. Wiesz, nie chciałem z czymś takim wychodzić bez odpowiedniej pozycji w branży. Chciałem być producentem, nie bitmejkerem, który coś już zrobił na scenie i ma też swoje grono odbiorców. I dopiero wtedy wydać materiał elektroniczno-hiphopowy. Teraz myślę, że to jest dla mnie właściwy moment. Dobiegam trzydziestki, zbudowałem swój warsztat i zapraszam też na płytę poważnych raperów.
Przywołany już wcześniej przez ciebie Steez powiedział mi niedawno w wywiadzie, że, choć jest obecny na scenie od wielu lat, to wyda swój producenki album dopiero wtedy, gdy poczuje, że ma „coś do powiedzenia muzycznie i to nie tylko pod kątem polskiego rynku”. Ty już to czujesz.
Świetnie rozumiem takie myślenie Steeza i wiem też, że płyta producencka to nie tylko wyzwanie artystyczne, ale też – jak w moim przypadku – logistyczne i nie tylko. Więc trzeba to dobrze przemyśleć. Kiedy masz do zapanowania nad grupą kilkunastu gości – musisz im pokazać swoje bity, pokazać pomysł, później przejść dzielnie przez etap nagrywek, aranżacji, miksów – to jest to duże wyzwanie pod względem intelektualnym. Często jest też tak, że pierwszy album producencki staje się twoim prawdziwy weryfikatorem. Ale ja jestem na tę weryfikację gotowy.
Główna idea zatem, jaka stoi za twoją płytą "Opal Black", to łączenie muzyki elektronicznej z hip-hopem?
Tak. Mi zawsze podobała się idea transferu z muzyki elektronicznej – żeby zrobić jakieś jej świeże połączenie z hip-hopem. Nie chciałem też robić płyty czysto trapowej, czy na bitach 140bpm, ale żeby nieco odświeżyć tę formułę. Jakby nie patrzeć, byłem pionierem takiego brzmienia w Polsce, bo w 2013 roku robiliśmy z Guziorem bardzo świeże rzeczy, jeśli nie najświeższe wtedy, i teraz też chcę wpuścić tutaj trochę świeżego powietrza.
Z jakiego klucza dobierałeś gości?
Zależało mi na tym, by goście byli zgodni z tym, co robię. Dlatego z moim menedżerem, Mateuszem, chwilę myśleliśmy nad tym, kto by pasował. Jako pierwsi zwrotki dostarczyli Jetlagzi. To jest poważna marka na naszej scenie, dla mnie było wielkim zaszczytem ich poznać, bo jeszcze za dzieciaka słuchałem nagrań JWP, składu PCP. Samo już zagranie z Kosim w szachy, na planie klipu do naszego wspólnego kawałka, to było coś. Kosi to mocny zawodnik. (śmiech)

Zobacz zdjęcia z planu klipu Da Vosk Docta & Jetlagz "Parę piosenek"

A kto dostarczył swoją zwrotkę najpóźniej?
Nie wszystkie jeszcze spłynęły, ale jak dotąd najdłużej zeszło mi z Młodym Dzbanem. (śmiech) Wiedziałem jednak, że on potrzebuje czasu. Bo jak go ma, to zawsze zamiata. I u mnie pozamiatał. Mi bardzo przy tej płycie zależało, żeby goście, jakkolwiek fajni by oni nie byli, dowozili najlepsze jakościowo zwrotki.
Płyta zapowiada się ciekawie i w jej kontekście warto przypomnieć twoje stare słowa, gdy mówiłeś, że wydawanie muzyki na fizycznych nośnikach to relikt przeszłości i dziś trzeba koncentrować się na serwisach streamingowych. Takiego połączenia hip-hopu z muzyką elektroniczna nie chcesz wydać np. na winylu?
Muszę poprawić te słowa. Bo dzisiaj rzeczywiście bardzo mi się podoba, jak znowu ceniony jest winyl. Póki co mamy w planie wydanie tego materiału na cedeku, ale myślę, że taki limitowany drop byłby czymś zajebistym. Także w kontekście tego, że wydania fizyczne płyty postrzegam dzisiaj jako element wsparcia dla artysty. Ale też ukłon w stronę fanów, bo streamingi są mega wygodne, ale jednak nie zastąpią słuchaczowi płyty na półce.
Skoro już przy płytach jesteśmy – które albumy producenckie wyznaczają ci standardy wartościowych albumów?
Takim wyznacznikiem jakości w ostatnich latach – gdybym miał wskazać jedną płytę – byłaby na pewno „Aa” Baauera. To jest taka rzecz, na której moim zdaniem świetnie łączy się muzyka elektroniczna z rapem i wokalami.
Żeby dogonić Baauera, który reprezentuje amerykańską scenę, wcześniej przydałoby się zdominować swoje podwórko. Powiedziałeś kiedyś, że twoim celem jest bycie najlepszym producentem w Europie. Jak ci idzie?
(śmiech) Wiesz, to nie ja decyduję, kto jest najlepszy, a kto nie, tylko słuchacze. Ale cały czas nad tym pracuję i nawet myślę, że to mi się udaje, bo mam fanów za granicami naszego kraju. W środowisku wave'owym uchodzę już za gościa z dorobkiem i zdarzają się takie sytuacje, gdy na Czeluść Festival przyjeżdża Skeler, czyli producent, który za granicą wybił się mocniej ode mnie, i mi mówi, że jestem jego wielką inspiracją. Nagrałem kiedyś numer „1991”, on potem zrobił „1992” właśnie dlatego, że bardzo ceni to, co robię. Mnie to oczywiście mega cieszy i uważam, że dla takich spotkań oraz opinii warto dalej iść w tym kierunku. Wracając jednak do samego stwierdzenia, że chcę być najlepszym producentem w Europie – dla mnie nie jest ważna żadna etykieta czy trofeum, ale droga, jaką chcę przejść w produkowaniu muzyki. Ja dzisiaj czuję się naprawdę mocno, mam porządny warsztat i wiem też, że moje instrumentale się słuchają. Nie mogę absolutnie narzekać. Żyję z muzyki, opłacam dzięki niej rachunki, jest mi zajebiście dobrze.
Produkowanie muzyki musi być też dzisiaj dużo łatwiejsze niż kilka lat wcześniej.
Tak. Rewolucja technologiczna sprawiła również, że producenci mogą sami siebie docenić dzisiaj finansowo, bo nic nie stoi im na przeszkodzie, żeby zarejestrować się u dystrybutora, wrzucać swoje kawałki do sieci i zacząć zarabiać. To już jest jakaś forma gratyfikacji za produkowaną muzę. Nie musisz prosić wielkiej wytwórni, błagać o kontrakt, byle wyjść ze swoimi instrumentalami poza własne podwórko.
Badając jednak nieco polską scenę mam wrażenie, że u nas bardziej się liczy złoty kajdan na szyi niż pogłębianie producenckich umiejętności. Każdy za paręnaście dolarów miesięcznie ma teraz dostęp do sampli, które dają mu licencję do komercyjnego użycia. W ten sposób bardzo szybko możesz zrobić numer, które potem sprzedajesz raperowi czy jakiejś wytwórni, choć cała twoja robota polega na połączeniu paru gotowych elementów. Dlatego wydaje mi się, że choć próg wejścia jest dziś niebywale niski, to jednak z artystycznego punktu widzenia wszyscy na takim podejściu tracimy.
Mi na przykład bardzo dużo dało eksplorowanie jazzu. Słuchając płyty jazzowej myślałem sobie: „dobra, a gdyby tak dowiedzieć się, jak ten jazz jest skonstruowany i podłapać kilka patentów do elektroniki”? Wiadomo, nie jestem pierwszy, który to zrobi, ale moim zdaniem warto mieć taką wiedzę i z nią eksperymentować. Słucham więc muzyki, szukam potem materiałów źródłowych, interesuję się danym gatunkiem i sprawdzam, co mogę z tego wynieść do swoich produkcji. Dla mnie to jest bardzo ciekawe. Polecam np. sprawdzić w sieci hasło: „FL Studio Project Deconstructed” i zobaczyć, jak ludzie analizują największe przeboje. Jakie to jest fascynujące! Ale inspirujący może być też spacer po lesie albo wypad gdzieś za miasto, gdzie słychać zupełnie inne dźwięki. Moim marzeniem w ogóle jest teraz pojechać na jakąś egzotyczną wycieczkę z rejestratorem dźwięku i poszukać muzyki ludowej, ciekawych sampli albo pieśni przekazywanych przez miejscową ludność z ust do ust. Mam nadzieję, że świat po pandemii mi na to pozwoli.
Da Vosk Docta
Da Vosk Docta
No dobra, to żeby zostać dziś wziętym producentem, co trzeba jeszcze mieć poza wiedzą?
Znajomości i pieniądze. (śmiech) Wszystko zależy od tego, kogo znasz. Jeśli masz znajomości, jeśli wiesz, z kim rozmawiać, to będąc nawet średnim producentem, spokojnie możesz zostać gwiazdą wśród bitmejkerów. Oczywiście przyda ci się też odrobina szczęścia. (uśmiech)
Tobie, jeśli miałbym go życzyć, to w jakim celu? Może do jakiejś współpracy z topowej, światowej półki?
Moja wymarzona trójca raperów, z którymi chciałbym coś zrobić, to: A$ap Rocky, AJ Tracey i Skepta. I wierzę, że kiedyś mi się to uda. Zwrotka Rocky'ego kosztowałaby mnie pewnie mieszkanie w centrum Wrocławia, ale wiesz, ja chcę być bliżej niż dalej do wielkich rzeczy.

Zobacz teraz serial o nowoczesnej muzyce elektronicznej - After The Raves

Muzyka · 26 min
After the Raves: San Francisco. Future Music