DJ 600V
© archiwum prywatne
Muzyka

DJ 600V: Nie dla sławy i nie dla pieniędzy

„Słyszysz Volt, myślisz piwo, może taniec? Dla nas to autor płyt, które znamy na pamięć” – rapował Ten Typ Mes. Dziś pytamy DJ-a Volta, jak wspomina pierwsze albumy i co myśli o współczesnej muzyce.
Autor: Marcin Misztalski
Przeczytasz w 11 minPublished on
Co miał w sobie nowojorski duet EPMD, że uznałeś ich za jednych z najwspanialszych artystów w historii hip-hopu?
DJ 600V: EPMD i Kraftwerk to moje ulubione zespoły. Z muzyką EPMD zetknąłem się po raz pierwszy jeszcze w szkole podstawowej. „Strictly Business” to krążek, który wtedy często gościł na moich słuchawkach. Jeszcze nie wiedziałem, o co chodzi w tej muzyce, ale z miejsca do mnie trafiła. Nagrania PMD i Ericka Sermona mają w sobie ten elektryczny funk, niepowtarzalny styl, jakąś „magiczną przyprawę” i prostotę, która zwala z nóg. Trafia do mnie to brzmienie - bas, brudny groove, podejście do sekcji rytmicznych i funk, którym nasączone są ich kompozycje. Lubię taką, nazwijmy to, nieformalność hip-hopu z lat 80. i 90. OK, byli ludzie, którzy zarabiali wtedy na hip-hopie duże pieniądze, ale ten background do pewnego momentu cały czas był taki... garażowy, niezależny i nieskażony komercyjnymi ruchami. W najntisach bardzo ceniono kreatywność i posiadanie własnego, innego stylu. Jeśli ktoś nie miał własnej stylówki to do widzenia, nie mamy o czym gadać. Producenta dało się wręcz poznać po samych bębnach, a każdy MC miał własny styl i flow. Idea robienia „ktoś tam type bit” byłaby kompromitacją! Skoro jestem 600V, to robię „600V type bity” i tyle.

2 min

Czym dla ciebie jest hip-hop? Raperzy odpowiadają

Z tego pewnie powodu nigdy nie chciałeś być kopią amerykańskich producentów.
Dla mnie naprawdę podstawową sprawą było to, by nie kopiować. Dlatego zależało mi na konkurowaniu z nimi swoim brzmieniem, a nie ślepym podążaniem w ich kierunku. Wiesz, wiele zależy od tego, w jakim stopniu pozwalasz inspiracji zawładnąć nad twoim myśleniem. Bity Diamonda D, DJ-a Premiera czy Pete Rocka były do siebie podobne i były robione na tym samym sprzęcie, ale jednocześnie różniły się na tyle, że łatwo było poznać, kto za tym stoi. Też chciałem robić podobne rzeczy z idei, ale po swojemu. Chciałem być zbliżony do amerykańskich producentów w pewnych parametrach brzmieniowych i rytmicznych, ale przedstawiałem słuchaczom moją wizję klasycznego hip-hopu. Po latach okazało się, że ta muzyka jest czytelna dla moich czarnych kumpli zza oceanu i łapią, że to hip-hop, a nie oberki.
Robiłeś polskie melodie, ale przyznałeś też kiedyś, że nie jesteś „zainteresowany tworzeniem narodowego odłamu hip-hopu”.
Nigdy nie pracowałem nad muzyką po to, by stworzyć polską szkołę bitów - nic z tych rzeczy. To, że ktoś mówi, że tworzyłem polskie brzmienie, jest efektem wynikającym z tego, że głęboko w mojej głowie i sercu gra polskość, przed którą się nie bronię. Na moich płytach Polacy zawsze rapowali po polsku, co teraz jest naturalne, ale kiedyś, gdy zaczynałem, nie było tak oczywiste. We mnie grała polska dusza i polska melodyka. Ta podszyta hiphopowym groovem dała mój styl.

8 min

Red Bull Tour Bus – Wspólna Scena – Kielce

Zobacz reportaż o kieleckiej scenie muzycznej.

Noon powiedział kiedyś: „pamiętam, że o Volcie mówiło się jak o człowieku, który pierwszy na poważnie zajął się produkcją hiphopową. Miał ten sampler Emu i w ogóle… miał sampler. To była dla mnie informacja najwyższej wagi, że on ma sampler – że jest lata świetlne przed nami”.
Sampler Akai S900 kupiłem od Jacka Kufirskiego, czyli człowieka, który odpowiadał m.in. za wyprodukowanie pierwszej solowej płyty Kazika. Poznaliśmy się na giełdzie płytowej w Hybrydach. On swoją drogą uczył DJ-a Jan Mariana w szkole plastycznej. Więc ta sytuacja też chyba pomogła naszej znajomości. Pierwsza płyta Molesty - „Skandal” - bity na składankę Smak B.E.A.T. Records, czy mój pierwszy album producencki powstały właśnie na tym S900. Później to urządzenie sprzedałem Emade, którego poznałem przez znajomość z Fiszem. Nie wiem, czy Emade do dziś ma w domu ten sprzęt, ale pamiętam, że Akai S900 odzyskałem po latach w wigilię 2019 roku. (śmiech) Co prawda to nie ten sam egzemplarz, ale to bez znaczenia, bo liczy się dusza, a nie materia.
Domyślam się, że niełatwo na początku było ci odpalić taki sampler.
Nie miałem instrukcji obsługi, więc usiadłem, zacząłem sobie klikać i patrzyłem, co się dzieje. Po dniu czy dwóch powoli doszedłem do poziomu rozumienia pozwalającym na zrobienie „Produkcji hip-hop” czy „Skandalu”. Lubię rozkminiać urządzenia – ekscytuje mnie to, więc ta nauka była dla mnie przyjemnością. Nigdy nie miałem takiego momentu, kiedy postanowiłem sobie, że: „OK, moje bity są już spoko. Teraz mogę zapraszać na nie raperów”, nie. Wiedziałem, że to będzie ciągle poprawianie i dążenie kawałek po kawałku do perfekcji.
Po co w takim razie to sobie zrobiłeś? (śmiech)
Chciałem tworzyć kompletnie inną muzykę niż tą, której wówczas słuchało się w Polsce. Ta, która była wszechobecna, strasznie mnie irytowała. Chęć robienia czegoś innego napędzała mnie do działania. Nie lubię popu i takiego bazarowego podejścia do muzyki, więc robiłem coś swojego. Nie miałem sprecyzowanego planu działania. Dopiero z czasem okazało się, że są ludzie, którzy chcą wydawać moje nagrania i ze swoimi pomysłami pojawił się Hieronim Wrona.
Mówisz o wytwórni Smak B.E.A.T.
Tak. Ja wymyśliłem tę nazwę i pomysł na logo, które narysowała pani Aneta Stelmaszczyk. Koncepcja na label powstawała w mojej głowie długo, ale to Hieronim był gościem, który miał kontakty pozwalające wszystko zrealizować. Dzięki niemu składanka Smak B.E.A.T. Records i debiut Molesty miały logo Pomatonu. Zresztą byliśmy później sublabelem tej dużej wytwórni. Hirka Wronę poznałem dzięki Bognie Świątkowskiej. On bardzo lubił hip-hop i chciał w nim uczestniczyć. Był pozytywną osobą, która realnie i bezinteresownie zastanawiała się nad tym, jak można było nam pomóc. I zrobiła to.
Co było największym wyzwaniem podczas prac nad twoimi pierwszymi albumami?
Na pewno to, że nie do końca wiedzieliśmy, jak mamy działać, bo ten gatunek w naszym kraju nie istniał. W gazetach pojawiały się artykuły, w których pisano, że nie da się rapować po polsku i że rap w języku polskim, z uwagi na rozkład akcentów, się nie uda. Ja wówczas stałem nieco na rozdrożu dróg - studiowałem fizykę i w pewnym momencie zrezygnowałem z tych studiów, bo wiedziałem, że jeśli mam robić muzykę dobrze, to muszę poświęcać jej więcej czasu. Nieoczywiste, bądź niemal nierealne, wydawało się, że ta muzyka przetrwa 20 lat. A już zupełnie nie do wyobrażenia było, że kiedyś w kinie, w ramach festiwalu filmowego, zobaczę pełnometrażowy dokument o albumie, który wtedy sklejałem na tym monofonicznym 12-bitowym Akai. Co więcej, to nadal trwa. Wciąż otrzymuję demówki od raperów, produkuję muzykę, czy robię miksy i mastery. W latach 90. nie sądziłem, że to będzie moje życie w pełnym wymiarze.
Dlaczego podzieliłeś swój pierwszy album producencki „Produkcja hip-hop” na jasną i ciemną stronę?
Podzieliłem album po to, by nie było awantur. (śmiech) Początkowo chciałem nazwać te strony A i B, ale ostatecznie odszedłem od tego pomysłu. Podział na jasną i ciemną stronę wynikał z dość oczywistego powodu - chciałem, by album był spójny, a tracklista ułożona odpowiednio. W tamtych czasach słuchało się całych albumów, a nie tylko poszczególnych kawałków. Włączałeś kasetę i ona leciała ciurkiem. Nie mogłem dać obok siebie np. „Letniej miłości” Trzyha i „Operacji prawda” Procederu, bo te kawałki nijak do siebie estetycznie pasowały - wprowadzały ludzi w zupełnie inny klimat. Czy ten podział komukolwiek kiedyś zaszkodził? Wątpię. Tak samo, jak raczej nikomu nie zaszkodziło to, że w latach 90. pojawił się na moich albumach. Na płyty najczęściej trafiali raperzy, którzy po prostu fajnie nawijali i reprezentowali styl, który pasował mi do bitu.
To prawda, że zarobiłeś na tych płytach bardzo mało pieniędzy?
Niemal w ogóle ich nie zarobiłem. (śmiech) Ale ja też nie zacząłem tworzyć muzyki, by na niej zarabiać. Pieniądze pojawiły się przy okazji. Nigdy ich specjalnie nie goniłem, a jeśli ty ich nie będziesz gonić, to one za tobą na pewno nie pobiegną. (śmiech) Podam ci jeden przykład: „Wkurwione bity” czy „Szejsetkilovolt” to krążki, które pojawiały się na cd i winylach bez mojej wiedzy i oczywiście działki. Wolna amerykanka. Totalnie nie zarabiam na tych płytach, zarabia ktoś inny. Są wszczęte jakieś procedury prawne, więc może kiedyś coś się tutaj zmieni. Co roku dostaję z ZAiKS-u kwoty rzędu 3-5 tysięcy złotych. Moja muzyka to nie radiowe hity. Nie cierpię śmiertelnie z tego powodu. Życie jest jedno, więc nie mam ochoty tracić zdrowia i czasu na gonitwę za flotą. Bardziej fascynuje mnie to, co w muzyce zrobię jutro niż to, co robiłem wczoraj i ile z tego mam.
Mówisz o albumach, które akurat ukazały się w wytwórni RRX. Jak wspominasz twoje relacje z jej założycielem - Krzysztofem Kozakiem?
Krzysiek nie miał wewnętrznej dyscypliny biznesmena, ale nie można powiedzieć, że był złym człowiekiem. To nie był gość, który chciał wyrządzać ludziom złe rzeczy. Był, jest takim hiphopowym świrem. Wspominam czasy RRX-u jako szalone. Krzysiek angażował się w projekty, które wypuszczał. To nie było tylko klepanie hajsu. Był dumny, że tworzy polski hip-hop. Nie wiem, czy ludzie wiedzą, ale by zrobić pierwszy klip do „Wspólnej sceny” i wydać ten album, Kozak sprzedał swój dom! Ta postawa zaimponowała mi w jakiś sposób poziomem wariactwa. Bardzo nie podobało mi się więc, jak przedstawili go w filmie o Paktofonice. To nie były prawdziwe historie. Osoby odpowiedzialne za ten film zachowały się nieelegancko, zamieszczając farmazony w paradokumencie dla poprawy jego emocjonalnej dynamiki i udowodnienia wyimaginowanej zawartej tam wizji.
Pamiętasz, kiedy skończył się twój „bitowy monopol”?
W pewnym momencie, około 2001 roku, w moim życiu trochę się pomieszało i wycofałem się z robienia muzyki. Musiałem się zresetować i oddalić od rzeczywistości. To dało pole do popisu innym, nierzadko utalentowanym, producentom. Oczywiście była to naturalna kolej rzeczy. Nie chodziło przecież o to, bym tylko ja ciągle zaopatrywał polskich raperów w nowe produkcje. Z jednej strony obserwowałem to z żalem, ale z drugiej jakoś strasznie nad tym później nie ubolewałem. Bardziej ubolewałem natomiast nad tym, że ten hip-hop, który kochałem, poszedł w słabą stronę. Teraz polska scena jest gigantyczna i wśród Polaków jest wielu zajebistych bitmejkerów, chociażby Galus, Emade czy Raw Mentalitee. Z drugiej strony, niestety pod termin hip-hop podszywa się mnóstwo popowo myślących artystów, używających popowych brzmień i podchodzących do tematu tylko „marketingowo”. Wzbudza to mój niesmak i niechęć oraz estetycznie kaleczy temat.
Po reakcjach ludzi wnioskuję, że słuchacze bardzo przeżywają, że właśnie ukazują się twoje instrumentale na winylach.
Nie miałem wcześniej lotu, by wydawać te stare instrumentale, ale namówił mnie do tego człowiek odpowiedzialny za wytwórnię Hiphopheadz. Będzie kilka części - do tłoczni poszła już druga. Na pierwszej, będą starsze, klasyczne instrumentale, ale i dwie produkcje z najnowszego albumu Kuby Knapa. Nakład wynosi 500 sztuk. Poza tym na komputerze mam chyba z osiem gotowych, niepublikowanych jeszcze materiałów, które będę musiał wydać. (śmiech) Mam nadzieję, że w końcu pojawi się między innymi mini-album, na który zaprosiłem amerykańskich raperów, idoli mojego dzieciństwa: The Artifacts, PMD i Edo G.
Pytanie na koniec: czujesz się ważną postacią polskiego hip-hopu?
Muszę się trochę przyczepić do nazewnictwa. To, co współcześnie wychodzi pod nazwą hip-hop, bardzo rzadko jest dla mnie hip-hopem. To co najwyżej rap na trapowych lub popowych bitach. Środowisko hiphopowe to znacznie węższa grupa niż ta, za którą się je uważa. Artyści, którzy mają do albumu przyczepioną metkę hip-hop, często nie nagrywają takich płyt. Ich rzeczy brzmią jak muzyka na Eurowizji. Korzystają z nazwy hip-hop, by lepiej sprzedać swój produkt. Chciałbym wierzyć, że w środowisku hiphopowym jestem relatywnie ważną osobą, bo moja muzyka poniekąd ukierunkowała pewne myślenie sporej grupy producentów, ale i raperów, którzy potem stali się ikonami. W kategorii współczesnego rapu, moja obecność nie ma znaczenia. To jest inna kultura. Nie uczestniczę w niej. Moja myśl muzyczna nie przypomina aktualnych hitów z YouTube'a.