Druh Sławek nadaje
Muzyka

Druh Sławek: Lekcja historii hip-hopu

© Queen Size Records
W swoich kawałkach wspominali o nim Grubson i Peja, a teraz na nowy mixtape zaprosił DJ Decks. Zapraszamy na rozmowę z Druhem Sławkiem, którego wkład w rozwój polskiego hip-hopu jest nieoceniony.
Autor Marcin Misztalski
Hip-hopem zainteresował się w 1980 roku, kiedy po raz pierwszy usłyszał „Rappers Delight” Sugar Hill Gang. Przez wiele lat mieszkał w Australii, gdzie redagował jeden z pierwszych na świecie zinów na temat hip-hopu. Miało to miejsce w czasach, kiedy w Stanach nie ukazywał się jeszcze The Source! O jego kolekcji płyt krążą legendy, ma ich w tej chwili około 16 tysięcy! Dzięki jego rapowym audycjom radiowym, które prowadził w latach 90., zaszczepił w tysiącach Polaków miłość do hip-hopu. Obecnie wciąż jest fanatykiem muzyki i nieprzerwanie od 11 lat prowadzi swoją audycję we wrocławskim Radiu Ram, gdzie prezentuje muzę, do jakiej mało kto dociera.
Gdzie należy szukać korzeni hip-hopu?
Druh Sławek: W Afryce. Historia hip-hopu nierozłącznie przeplata się z historią, kulturą, tradycją, językiem Czarnej Ameryki. Ale jego korzenie, jak i korzenie czarnej muzyki w ogóle, znajdują się naturalnie w Afryce. Na historię amerykańskiej muzyki złożyły się – w wielkim oczywiście uproszczeniu – dwa nurty. Pierwszy to ten, z którego zapewne wywodzi się np. folk czy country, czyli osadnicy z Europy. Biała muzyka o ludowych korzeniach, oparta w znacznym stopniu na rozmaitych instrumentach smyczkowych. Bo czy widziałeś kiedyś western, w którym osadnicy graliby na bębenkach? No właśnie. Drugi to niewolnicy, którzy zostali przywiezieni do Ameryki z Czarnego Kontynentu. Ich muzyka oparta jest, w przeciwieństwie do europejskiej, na bicie. Bo czy widziałeś kiedyś jakieś archiwalne zdjęcia, czy nawet ilustracje, gdzie graliby na basetlach albo na flecie? Nie, grali na wszelakich bębnach, bębenkach i innych instrumentach, na których lub którymi wybija się rytm – tak jak Zulusi wybijający rytm dzidami o ziemię.
W Ameryce ich muzyka przerodziła się z czasem w bluesa – LeRoi Jones, znany chyba bardziej jako Amiri Baraka, napisał w którymś ze swoich esejów, że blues narodził się, kiedy Afrykanie zdali sobie sprawę z tego, że już się z Ameryki nie wydostaną – i jasne, John Lee Hooker grał bluesa na gitarze, ale cały czas wybijał do niego rytm stopą o ziemię.
Z bluesa powstała muzyka jazzowa... Tu mała dygresja: polecam płytę Gila Scotta-Herona „I'm New Here”, gdzie we wstępie do „Is That Jazz” opowiada o genezie tego gatunku, który miał narodzić się w burdelach, a sam termin „jazz” to połączenie slangowej nazwy spermy „jizzim” oraz słowa „brass”, czyli instrumenty dęte, bo te akurat bardzo się upowszechniły w wyniku oszabrowania statku wypełnionego po brzegi tymi instrumentami. I jeszcze jedna dygresja – bardzo podobna historia odegrała kluczową wręcz rolę w narodzinach hip-hopu, tyle że tym razem chodziło o elektronikę: gramofony, miksery, mikrofony, głośniki, kable, etc., które w ogromnej ilości „trafiły” do nowojorskich gett po słynnej dwudniowej awarii prądu 13 lipca 1977. Z bluesa powstały też gospel, rhythm'n'blues – nie mylić z tym dzisiejszym badziewiastym R&B! – oraz rock'n'roll. Gospel i rhythm'n'blues przepoczwarzyły się w latach 60. w soul, rhythm'n'blues i rock'n'roll w czarny rock (Living Colour, Prince), rock i jazz – w jazz fusion, aż wreszcie w latach 70. narodził się funk, o którym George Clinton powiedział kiedyś, że to nic innego jak... szybszy blues.
Swoją drogą, jak tak się nad tym zastanowić, to bodaj tylko gospel nie został nigdy zbastardyzowany przez białasów, każdy inny czarny gatunek został prędzej czy później przejęty i okastrowany. Siłą czarnej muzyki było bowiem zawsze i nadal jest to, że jest o czymś, a białej – że jest o niczym, że wymienię choćby nasze rodzime disco polo, ale również i disco – czyli zbastardyzowany funk.
W każdym razie połowa lat 70. to szczyt popularności disco, które jako muzyka lekka, łatwa i przyjemna, jeśli nawet całkowicie nie wyparło, to z całą pewnością przyćmiło funk. Zbiegło się to z ogromną popularnością dyskotek, pojawieniem się maxi singla, który na wiele lat stał się głównym nośnikiem muzyki klubowej i zainicjował erę remiksów, mega mixów i tym podobnych, rozkwitem didżejingu, a zarazem brakiem dostępu do tego wszystkiego dzieciaków z gett i blokowisk. To z kolei, jak wiadomo, wywołało oddolną reakcję, której kulminacją były narodziny kultury hiphopowej i odrodzenie się funku w tej nowej formie. Bo też czarna muzyka od swojego zarania stanowi pewnego rodzaju ciągłość, a wraz z każdym kolejnym powrotem odnawia się i redefiniuje. A funk był przecież rytmiczną podstawą prawie całej amerykańskiej muzyki tanecznej lat 90., i tak jest zresztą chyba po dziś dzień.
Nie bez powodu wśród ważniejszych singli 1982 roku znajdują się dwa muzyczne manifesty – najpierw „Looking For A Perfect Beat”, a zaraz po nim „Renegades Of Funk” – oba to Afrika Bambaataa & The Soulsonic Force, a „Brand New Funk”, jeden z fajniejszych kawałków duetu DJ Jazzy Jeff & The Fresh Prince – utożsamianych niestety głównie z takim... komediowym rapem – tylko potwierdza funkowe korzenie hip-hopu. A tak na marginesie, ci sami kolesie jeszcze w 1987 r., a więc na dwa lata przed pojawieniem się A Tribe Called Quest, których – symbolicznie – uważa się za zespół, który zapoczątkował nurt jazz rapu, nagrali fenomenalny „A Touch Of Jazz”.
A skoro już wróciliśmy do hip-hopu – hip-hop na samym początku był muzyką instrumentalną. DJ-e czy później producenci hiphopowi zapętlali jakiś loop z kawałka np. Jamesa Browna, i w sumie co z tego, że w kawałku użyto tylko fragmentu jego nagrania? Przecież to ciągle ten sam funkowy James Brown, i kiedy już te wszystkie klocki poukładały mi się w głowie, to kiedy dzisiaj słucham kawałków Jamesa Browna, to gdzieś w tyle głowy słyszę rapy, które powstały ma bazie tych sampli, a kiedy słucham tych rapowych kawałków, to w tyle głowy słyszę oryginały Jamesa Browna, i w kategorii czysto muzycznej to już jest dla mnie jedna i ta sama muzyka, tyle że tu rapują, a tam powiedzmy śpiewają. A James Brown to naturalnie tylko przykład – to samo mam z muzyką powiedzmy Ahmada Jamala, Dorothy Ashby czy… Iron Butterfly. Jeśli coś ma groove, to jest mi wszystko jedno czy to jazz, rap, rock, funk czy jeszcze coś innego.
Należysz do grona osób, które uważają akurat DJ-a Kool Herca za pioniera hip-hopu?
Najpierw mała uwaga o „należeniu do grona” – otóż tak naprawdę to każdą swoją wypowiedź, każde zdanie powinienem otwierać lub zamykać czymś w rodzaju: „o ile mi wiadomo”, „moim zdaniem”, czy jakoś tak, bo wiem o tym wszystkim tylko tyle, ile udało mi się gdzieś kiedyś przeczytać czy usłyszeć. Cała moja „wiedza” pochodzi więc w najlepszym razie z drugiej ręki. Do „grona” należą ci, którzy przy tym byli, czy to jako twórcy tej kultury, czy choćby jako bezpośredni obserwatorzy.
Natomiast co do Kool Herca – nie można naturalnie wykluczyć tego, że DJ Kool Herc to pewnego rodzaju symbol, coś trochę tak jak „Rappers Delight”, ale nie traktuję poważnie pogłosek, że ktoś całe lata wcześniej grał break beaty. A przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo, chociaż jak wspomniałem chwilę temu, to akurat o niczym nie świadczy.
Wtedy w całym Nowym Jorku królowała muzyka disco, ludzie wszędzie miksowali disco! Gdyby breaki wymyślił ktoś przed Hercem, powiedzmy w 1970 roku, to już na drugi dzień nastąpiłoby pospolite ruszenie i każdy DJ próbowałby robić to samo. Ciężko mi sobie wyobrazić, że byłoby inaczej. Chociaż to nie jest też oczywiście tak, że Herca któregoś dnia w sierpniu 1973 nagle olśniło przy gramofonach. Tak pewnie nie było. To musiał być proces, który zapewne trwał jakiś czas, w którego trakcie Herc doskonalił swoje umiejętności, robił to może w domu, a może na wcześniejszych imprezach, wpadali do niego znajomi, podpatrywali go inni DJ-e… Albo może robił to w ukryciu, coś trochę tak jak później DJ-e przez wiele lat zaklejali labele na płytach, żeby inni nie podkradali im breaków, i rzeczywiście po raz pierwszy zademonstrował miksowanie breaków właśnie tego pamiętnego dnia. Ale nawet jeśli było właśnie tak, to już kilka godzin po tej pierwszej imprezie miał bez wątpienia swoich naśladowców, i stąd wszystko potoczyło się już lawinowo.
Uważasz, że hip-hop to wciąż cztery elementy? KRS-One rozszerzył kiedyś tę kulturę do chyba sześciu...
Myślę, że dzisiaj nie ma to już większego znaczenia. Jeśli ktoś uważa, że jest ich 11 to... ja nie będę się z tym specjalnie kłócił. Poza tym większość ludzi słuchających rapu nie zastanawia się nad tym, czy to jeden z czterech elementów hip-hopu i czy są w ogóle jakieś inne. Niewiele osób rozważa takie rzeczy. To trochę tak, jakby się zastanawiać nad tym, kto wprowadził po raz pierwszy gitarę elektryczną do bluesa – chociaż ludzie potrafią się pewnie i o to spierać. Ale czy to robi komuś różnicę, poza grupą fanatyków bluesa? No nie. Graffiti na przykład zostało już wiele lat temu skomercjalizowane i obecnie jest dla ludzi czymś zupełnie powszechnym. Writerzy malują dziś za pieniądze murale na blokach. Osoby, które urodziły się 20 lat temu i widzą teraz tagi czy inne rzeczy wywodzące się z Nowego Jorku myślą, że to coś, co było tu zawsze. Podobnie jest z B-Boyingiem. Założę się z tobą, że figury, które wywodzą się z breakingu, można dziś zobaczyć w nowoczesnym balecie. Nie mówię już o rapie, który stał się współczesnym popem granym przez wszystkich i wszędzie.
Break dance · 10 min
Breaking the Beat: In the Bronx
Gdyby nie pojawili się raperzy z Sugarhill Gang, to kiedy rap rozlałby się na cały świat?
Z następną płytą nagraną w podobnym klimacie. Rozlanie się rapu było nieuniknione. Pierwsze kawałki nagrywane były na takiej muzyce, która nie tylko nie odstraszała ludzi, ale wręcz przeciwnie. Wczesny rap, nazwijmy go umownie – przed „The Message” Grandmaster Flasha & The Furious Five – był muzyką lekką, łatwą i przyjemną, rapem podanym na bardzo przyjemnym podkładzie... Więc dlaczego taka muzyka miałaby się nie przyjąć? To był marketingowy strzał w dziesiątkę. Gdyby ktokolwiek wątpił w sukces, to ta pierwsza płyta The Sugarhill Gang pewnie nigdy by się nie ukazała. Dopiero w 1982 roku, wraz z pojawieniem się kawałka „The Message” (choć utwory o takiej tematyce ukazywały się już dużo wcześniej) pojawiły się kontrowersje, bo poruszyli w nim tematy, o których nie chcieliśmy słyszeć. Wtedy rap nagle zrobił się trochę... hmm… niebezpieczny. Nie był już tylko o zabawie, ale też o brudzie, smrodzie, ubóstwie i życiu w getcie. Siłą czarnej muzyki od zawsze było to, że była o wiele bardziej zaangażowana niż biała. Dlatego, że tworzyli ją ludzie wku*wieni. Wynika to z setek lat niewolnictwa, segregacji i dyskryminacji. Zawsze czuć w niej było gniew, walkę, pasję i ogień.
Można powiedzieć, że oldschool skończył się wraz z pojawieniem się debiutanckiej płyty Run-D.M.C.?
Można tak przyjąć, symbolicznie. Oldschool, który charakteryzował się tym, że za podkład służyła muzyka disco i funk, skończył się wraz z pojawieniem się automatu perkusyjnego, i na płytach Run-D.M.C., LL Cool J, Schoolly-D czy Beastie Boys słychać już prawie wyłącznie automat perkusyjny, raperów i skreczującego DJ-a. Ten okres, czyli newschool, trwał jednak dość krótko, zaledwie kilka lat, bo do momentu pojawienia się samplerów, które zmieniły absolutnie wszystko.
Ale też newschool to w znacznym stopniu radykalna zmiana stylistyki. Natomiast trzeba też pamiętać, że już około 1982 r. klasyczny oldschool, w stylu powiedzmy Sugarhill Gang czy Kurtisa Blowa – za sprawą tychże automatów perkusyjnych, vocodera i wpływu takich wykonawców jak Kraftwerk, Yellow Magic Orchestra czy Gary Numan – wydał z siebie nurt electro, który popularnością i trwałością nie wiem, czy nie przebił oldschoolu, bo uprawiany jest po dziś dzień. Na południu te same automaty perkusyjne przyczyniły się do powstania ogromnie popularnego nurtu Miami bass, natomiast w stolicy USA żadna muzyka nie cieszyła się większą popularnością niż go-go, czyli połączenie funku, soulu, rhythm'n'bluesa, afrobeatu i z czasem też rapu. Więc sam widzisz – ciągłość i nieustanne przeobrażanie się. Dlatego tak trudno jest postawić gdzieś tzw. grube kreski, przypisać daty, nadać nazwiska…
Wspomniani przez ciebie LL Cool J i Beastie Boys reprezentowali barwy wytwórni Def Jam. To była wytwórnia, której płyty mogłeś kupować w ciemno?
Tak, ale takich wytwórni było bardzo dużo. Każda wytwórnia na początku jest fajniejsza, a później bywa z tym różnie, bo rynek muzyczny to... rynek muzyczny. Świat się zmienia, ludzie chcą słuchać czegoś innego. Jasne, że lubiłem płyty z logiem Def Jamu, ale lubiłem też te ze znaczkiem Rawkusa, Wild Pitch, Tommy Boy, ABB, Stones Throw, Fondle'Em czy naszego Asfaltu i RRX. A co do Beastie Boys – na swój sposób bardzo lubię ich pierwszą płytę, to naprawdę znakomita produkcja utrzymana jeszcze w podobnie surowej stylistyce, co np. Run-D.M.C. (którzy zresztą są autorami co najmniej dwóch kawałków na tej płycie), trochę jajcarska, plus naturalnie fakt, że byli białasami… Na sukces tej płyty złożyło się wiele elementów. Natomiast ich drugi album i towarzysząca mu epka są, szczególnie pod względem produkcyjnym, jednymi z najbardziej udanych płyt w historii hip-hopu. Ale później poszli w klimaty, które mnie już nie kręcą i chociaż wciąż mieli zabawne wideoklipy, to jak dla mnie zrobili się po prostu nudni. Chociaż na plus muszę im zapisać to, że przynajmniej póki co nie poszli w największy chłam ostatnich lat, czyli trap…
Powiedziałeś kiedyś, że „Paid in Full” Erica B & Rakima to jeden z najfajniejszych rapowych albumów. Nadal tak uważasz?
W odróżnieniu od wielu ludzi uważam, że pierwsze płyty były pod wieloma względami zawsze najlepsze w dyskografii zespołu, ponieważ do dnia ukazania się tej płyty czegoś takiego jeszcze nie było. Później pojawiła się ta pierwsza i muzyka już na zawsze była zupełnie inna. Nie chcę się kłócić z tym, że ktoś np. uważa, że to drugi album A Tribe Called Quest jest ich najlepszym. Dla mnie najlepszą płytą ATCQ zawsze będzie ich pierwsza. Podobnie mam z EPMD, Gang Starrem, Biz Markiem, Rakimem i wieloma, wieloma innymi. Mówię o tych akurat artystach, bo ukazanie się ich pierwszych singli (bo też pamiętajmy, że w tamtych złotych czasach muzyka „działa się” na maxi singlach, a albumy nierzadko bywały jedynie dodatkami albo wręcz swego rodzaju kompilacjami ich wcześniej wydanych dwunastek) było znakiem, że właśnie pojawiło się na scenie coś zupełnie nowego. Jeśli ktoś zaczął słuchać rapu 25 lat po mnie, rozłoży na biurku całą dyskografię danej grupy i powie, że ich najlepszym krążkiem jest ten wydany jako trzeci to spoko... Taki ktoś nie ma punktu odniesienia do tych czasów, kiedy te albumy się ukazywały. Ja byłem z rapem na bieżąco od powiedzmy 1980 roku. Kiedy ukazał się pierwszy singel Erica B & Rakima, to przyszedłem do domu, wrzuciłem go na gramofon i dostałem ciarek, bo wiedziałem, że w tym momencie zmienił się świat. Od tego dnia muzyka już nigdy nie była taka sama. Później to uczucie już zawsze było ze mną i nawet kiedy wydali kolejny album to OK - każda płyta pewnie była lepsza, bo się rozwijali, pojawiały się nowe możliwości, doskonalili swoje umiejętności, ale nie byli już w stanie tak mnie zaskoczyć, jak kiedy usłyszałem ich ten pierwszy raz.
Dużo miałeś takich momentów, w których po prostu wymiękałeś?
Strasznie dużo. Każda płyta wtedy zmieniała mój świat. Biz Markie - „Nobody Beats the Biz” to jeden z najwspanialszych singli w historii rapu. Ten kawałek zapamiętałem jako pierwszy singel, który odtrąbił nadejście nowej ery w hip-hopie – ery samplerów. W sensie trochę symbolicznym, bo to przecież nie była ani pierwsza produkcja Marley Marla, ani pierwsza płyta oparta na samplach, ale ten kawałek jakoś wyjątkowo mi podszedł i utkwił w pamięci jako coś nowego i zupełnie innego niż wszystko dotąd. Kolejnym takim przełomowym momentem było sięgnięcie przez producentów po jazzowe sample - kojarzone czy przypisywane głównie grupie A Tribe Called Quest, chociaż kawałki oparte na jazzowych samplach też przecież już wcześniej się pojawiały. EPMD zmienili sposób, w którym postrzegałem muzykę, bo sięgali po sample z rejonów, w który niewielu dotąd zaglądało. Mogę tak wymieniać i wymieniać. Digital Underground, Ultramagnetic MC's... Wtedy prawie codziennie coś mnie rozwalało.
Kool Keith był twoim ulubionym raperem?
Sam z siebie nie. Wtedy był dla mnie przede wszystkim członkiem Ultramagnetic MC's. Nie słuchałem go dlatego, że był Kool Keithem. Tak samo, jak nie słuchałem Gang Starra wyłącznie dla Guru lub Preemo, ale dlatego, że zajebiście się uzupełniali. Nie wiem, czy Kool Keith na dobre by zaistniał, gdyby na początku rapował na bitach od innego producenta. Jeśli acapelle Nasa położysz na muzykę disco polo to wątpię, czy po wysłuchaniu tego powiesz, że Nas jest twoim ulubionym raperem. Dobry raper na słabym bicie nigdy nie będzie dobrym raperem, bo ostatecznie to zawsze będzie słaby kawałek. Powiem tak: Rakim, Guru czy Jeru the Damaja mogliby nie zaistnieć, gdyby swoje pierwsze płyty nagrali albo na innych bitach, albo może nawet i w innym czasie. Sukces to kombinacja wielu elementów, które jednak muszą się w odpowiednim miejscu i czasie zejść ze sobą.
No dobra, ale Madlib twoim ulubionym producentem przez chwilę chyba był?
Tak, i to bardzo długo. Był jednym z najlepiej trafiających w mój gust artystów hiphopowych, bo też Madlib to dużo więcej niż producent – to człowiek orkiestra: producent, raper, DJ, muzyk, nawet grafik. Moim zdaniem szczególnie pierwszy album Quasimoto to zdecydowanie najlepsza płyta w historii hip-hopu, i jak dla mnie, nikt nie zrobił dotąd nic doskonalszego. Wszystko zależy naturalnie od tego, co cię kręci - dla mnie nie ma hip-hopu bez sampli, a na „The Unseen” jest ich tyle, że głowa mała, nie ma też hip-hopu bez cutów czy skreczy, a na tym albumie jest ich multum. Quasimoto ma też taki kompletnie pojechany flow, który zupełnie nie jest związany z muzyką – on idzie sobie, muza sobie, i czasami się spotykają. Ma też genialne teksty, takie bardziej w kategorii powiedzmy Kalibra niż w kategorii Public Enemy, ale mnie to zupełnie zadowala. Nie każdy kawałek musi być czymś walczącym, zaangażowanym, ale każdy powinien być czymś inteligentnym. Ten album już 20 lat siedzi na stałe w kieszeni #6 mojego odtwarzacza samochodowego, często do niego wracam, i wciąż jeszcze odkrywam rzeczy, na które wcześniej nie zwróciłem uwagi. Moim zdaniem pierwszy egzemplarz tej płyty powinien spoczywać w Sevres, obok metra i kilograma!
Niestety, na fali swojej całkowicie skądinąd zasłużonej reputacji Madlib stał się w pewnym momencie… nadproduktywny, trochę przewidywalny i straciłem go z radaru. Tę pustkę na jakiś przynajmniej czas wypełnił L'Orange, którego zwłaszcza wczesne produkcje oparte były na fantastycznych samplach kojarzących się z czarno-białym kinem lat 40. czy 50., trochę może Ray West, Brous One, ale też hip-hop to już teraz „tylko” jakiś tam większy lub mniejszy wycinek moich zainteresowań muzycznych, chociaż – co też zresztą wielokrotnie podkreślałem – gdyby nie hip-hop to wielu, albo może i większości z tych rzeczy nigdy bym samodzielnie nie odkrył.
Muzyka · 1 h 29 min
Historia Stones Throw Records: Our Vinyl Weighs a Ton
Przeprowadziłeś w swoim życiu kilka rozmów z zagranicznymi artystami hiphopowymi. Co z tych wywiadów zapamiętałeś po latach?
Szczerze mówiąc, pamiętam przede wszystkim to, jaki byłem beznadziejny, jak mało wtedy wiedziałem i chciałem się dowiedzieć. Większość z tych rozmów odbywała się przez telefon, co też nie pomogło, bo przez telefon gada się zupełnie inaczej niż twarzą w twarz. Ciekawe na pewno było odkrycie, że właściciel Stones Throw, Peanut Butter Wolf ma polskie korzenie. Które jak się okazało ma też zresztą współtwórca legendarnych Lekcji, Steinski, z którym, jak się przy okazji dowiedziałem, łączy nas też fascynacja muzyką plądrofoniczną. Ciekawie rozmawiało się z DJ-em Vadimem, no ale to słowiańska dusza. Z rozmowy z Busta Rhymesem zapamiętałem, że „każdą muzykę można przekuć w hip-hop, ale hip-hopu nie można przekuć w żadną inną muzykę”, co z czasem nabrało jeszcze większego sensu. Z kolei Jay Dee był mocno rozżalony tym, że pomimo iż większość produkcji związanej z ATCQ ekipy producenckiej The Ummah wyszła spod jego ręki, wszystkie szły na konto The Ummah, bez żadnego uznania dla jego wkładu. I może dlatego w pewnym momencie zmienił ksywkę na J Dilla i poszedł solo, chociaż mnie akurat te jego wcześniejsze rzeczy podobają się bardziej niż te późniejsze. Tak czy inaczej, z dzisiejszej perspektywy każdy z tych wywiadów bez wyjątku zrobiłbym sto razy lepiej, ale nie da się cofnąć czasu.
Można powiedzieć, że w pewnym momencie wkurzyłeś się na polskich raperów?
To nie jest wkurzenie. Umówmy się - polscy raperzy w zdecydowanej większości nie potrafią rapować. Chociaż angielscy i francuscy także, w swojej ogromnej większości, nie powalają mnie na kolana. Tyle że do naszych raperów mam jednak inny stosunek, bo tutaj mieszkam. To, czy raperzy z Niemiec potrafią rapować, czy nie, trochę mi wisi. Dziwi mnie natomiast fakt, że polscy raperzy rapowali lepiej 20 lat temu, kiedy dostęp do muzyki i wzorców nie był tak powszechny, a dzisiaj, kiedy wystarczy pobuszować w sieci, żeby zobaczyć, jak to się robi, to zamiast nawijać jak co najmniej Rakim, oni ciągle, cholera, dukają i skandują. Nie rozumiem tego, chociaż z drugiej strony wynika to pewnie po części z tego, że polski słuchacz stawia im poprzeczkę w takim, a nie innym miejscu. I to się pewnie nigdy nie zmieni, bo jednak w Polsce ludzie najbardziej lubią prostackie disco polo, a do tego – że zacytuję tutaj Maćka Maleńczuka, i co potwierdzić może każdy DJ próbujący grać w klubach muzę inną niż house czy techno – „Polacy mają kwadratowe poczucie rytmu”. Typowy polski raper nie potrafi płynąć po muzyce, każdy kurczowo trzyma się bitu, a to w 2020 roku jest już kompletnie nieakceptowalne. Powiem więcej: gdyby pojawił się w Polsce ktoś, kto rapuje tak jak Blu to miałby przesrane, bo nikt zapewne by nie kupił jego płyty.
Ale dopuszczam też naturalnie i taką możliwość, że Polska aż kipi od raperów najwyższych lotów, tylko ja nic o tym nie wiem, bo te rzeczy po prostu do mnie nie docierają. A dzisiaj nie da się już być ze wszystkim na bieżąco, zwłaszcza że polski rap jest jedynie małym wycinkiem rapu w ogóle, a z kolei ten – małym wycinkiem moich dzisiejszych zainteresowań. Moją największą pasją ostatnich iluś-tam lat jest bowiem afrobeat, chociaż kocham też np. starego dobrego czarnego bluesa, i nawet jeśli często po nie nie sięgam, to trochę bluesowych płyt też mam, a od czasu do czasu jeszcze coś dokupuję. No i naturalnie muzyka plądrofoniczna, która fascynuje mnie i którą kolekcjonuję już od lat 80.
Ale byli też tacy, których lubiłeś słuchać.
No tak. Częściej jednak były to pojedyncze numery niż całe albumy, a czasem był to tylko ten jeden, udany z mojego punktu widzenia, kawałek. Dawny Łona mi pasował, albumy Fisza były spoko, Kaliber 44 z drugiej płyty to wręcz wzór - pod każdym względem, Paktofonika z debiutu jest dobra, Onar miał spoko flow, a do tego bardzo rozpoznawalny głos, co też przecież nie jest bez znaczenia… i szczerze mówiąc mógłbym tak wymieniać długo, chociaż ogromnie nie lubię tego robić, bo ilu wykonawców byś nie wymienił, to zawsze o kimś zapomnisz, a ludzie od razu pytają „a gdzie X?”, „a czemu nie Y?” Ale dzisiaj coraz częściej i chętniej sięgam do starych polskich płyt i odkrywam rzeczy, które wtedy niestety przeszły mi pod radarem, podczas kiedy przy większości nowych polskich kawałków wytrzymuję maks dziesięć sekund. Czasem próbuję te braki nadrobić, sięgam więc np. po recenzje Flinta, wybieram to, co on najbardziej chwali, słucham, no i… okazuje się, że jednak miałem rację.
Mnie z kolei zaciekawiło, że DJ Decks zaprosił cię na swój nowy mixtape. Byłeś w szoku, gdy do ciebie zadzwonił?
Trochę rzeczywiście mnie zaskoczył, bo mnie już przecież od dawna na tej scenie nie ma, ale kiedy po chwili zorientowałem się o co chodzi, to… Trochę niezręcznie jest mi zachwalać coś, czego jestem jakąś tam częścią, ale kiedy załapałem, że Decks chce swój najnowszy mixtape osadzić w klimacie audycji w Radiostacji, to pomyślałem, że to fajny pomysł. Muzyka wykonawców, których Decks zaprosił na swój projekt, przynajmniej tych zagranicznych, pojawiała się przecież w mojej audycji, więc wszystko się fajnie klei. Ja nie mam z takimi rzeczami problemu. Jak znajdziesz w Polsce kogoś, kto kiedyś do mnie po coś zadzwonił, a ja mu powiedziałem że „nie, bo coś tam”, to stawiam ci kolację. Jak ktoś mnie o coś prosi albo uważa, że mogę w jakiś sposób wzbogacić jego projekt, to czemu nie. Mam tylko nadzieję, że wyszło to OK, a Decks jest zadowolony…
Pytanie kończące: ile w tej chwili masz płyt w swojej kolekcji?
Jestem właśnie w trakcie inwentaryzacji, bo sam widzisz, jaki tu panuje bajzel, ale myślę, że około 16 tysięcy. Nie aż tak dużo, ale niestety od jakiegoś czasu nie stać mnie na to, by kupować tyle płyt, ile kupowałem kiedyś. Mam jednak nadzieję, że to tylko stan przejściowy, bo mam przygotowaną listę kilku tysięcy płyt, które kupię jednego dnia, gdy będę już miał tyle pieniędzy, ile potrzebuję. Ale nawet jak nie mam kasy, to po drodze od czasu do czasu pojawiają się takie płyty, które i tak muszę kupić, bo… trzeba je po prostu mieć.