W czasach, w których przedstawicieli mojego pokolenia trudniej jest utrzymać przed ekranem dłużej niż przez długość instagramowej rolki, idea wyścigów sprinterskich wydaje się strzałem w dziesiątkę.
Potwierdzają to także liczy i wyniki oglądalności. Sprinty i kwalifikacje do nich ogląda więcej osób, niż odbywające się w tym samym czasie treningi podczas „zwykłych” rund Formuły 1.
Oczywiście puryści będą zdania, że sprinty to rozmienianie na drobne powagi i statusu „prawdziwego”, niedzielnego wyścigu Grand Prix, ale mi bardzo się podobają, nie tylko z perspektywy kierowcy, ale także kibica.
Dlaczego? Po pierwsze bardzo przypominają mi to, czego sam doświadczam na co dzień rywalizując w Formule 4. Nasze wyścigi są krótkie, pozbawione pit stopów i strategicznych komplikacji, a przez to dynamiczne i ekscytujące.
Jako kierowca nie możesz liczyć, że zyskasz pozycję dzięki strategii czy nietypowemu doborowi opon, a jednocześnie nie masz za dużo czasu, aby czekać z atakiem na rywala, dlatego musić brać się do pracy od pierwszych metrów wyścigu… a nawet już pod kwalifikacji, po wysokie pole startowe w krótkich sprintach dużo cenniejsze, niż na dłuższym dystansie.
Sprinty wprowadzono do Formuły 1 w 2021 roku. Z sezonu na sezon ich liczba w kalendarzu powoli rośnie. W przyszłym roku czeka nas aż sześć takich wyścigów, podczas gdy cały kalendarz liczy 24 rundy Grand Prix.
Sprinty obejrzymy więc w Szanghaju, Miami, Spa, Austin, Sao Paulo i Lusail, co wydaje się ciekawą i różnorodną mieszanką miejsc oraz torów.
Fakt, że aż dwa sprinty odbędą się w kochającej dobre show Ameryce, gdzie znajduje się także siedziba nowych włodarzy F1, także wiele mówi o statusie tego formatu.
Jak już mówiłem, polubiłem format sprintów także jako kibic, zresztą nie tylko w Formule 1. Od jakiegoś czasu z zapartym tchem śledzę także rywalizację w MotoGP.
Sobotnie sprinty bardzo ułatwiły mi „wciągnięcie się” w motocyklowy świat, a tam przecież takie zmagania odbywają się podczas każdej rundy.
Zanim jednak odpowiem na pytanie, czy sprinty powinny odbywać się podczas każdego weekendu Grand Prix Formuły 1, chciałbym poruszyć też ich minusy.
Jednym z nich moim zdaniem są dwie czasówki. Pierwsza decyduje o pozycjach do sprintu. Druga o pozycjach do wyścigu głównego.
Rozumiem plusy takiego rozwiązania, bo raz, że kibice mogą ekscytować się dwiema sesjami kwalifikacyjnymi (zamiast jedną czasówką i jednym „zwykłym” treningiem). Dwa, że kierowcy mają nieco większy komfort i wiedzą, że zepsuta kwalifikacja do sprintu czy sam sprint, nie psuje im niedzielnego wyścigu.
Wolałbym jednak sytuację, w której do wyniki sprintu decydują o tym, z jakich pozycji startuje się do wyścigu głównego. Na pewno zmuszałoby do kierowców do większego ryzyka, co przekładałoby się na jeszcze większe emocje dla kibiców.
Tutaj kryje się kolejny minus sprintów. Czasami kierowcy nie chcą w nich ryzykować, aby uniknąć poważnego uszkodzenia auta na zaledwie 24 godziny przed głównym wyścigiem.
Wróćmy jednak do pytania, które padło na samym początku. Jak często powinny odbywać się sprinty? W wyścigach motocyklowych MotoGP taki format rewelacyjnie sprawdza się podczas każdej Grand Prix, ale w przypadku F1 moim zdaniem optymalny byłby scenariusz „co drugą rundę”, czyli np. 12 sprintów.
Czy tak się stanie? Czas pokaże. Ja póki co walczę w swojego rodzaju sprintach praktycznie podczas każdej rundy hiszpańskiej Formuły 4. Każde zawody oznaczają dla nas bowiem aż trzy wyścigi, z czego ten środkowy jest o 5 minut krótszy od pozostałych, a punkty zgarnia w nim nie 10, a 9 kierowców.
To fajne urozmaicenie. Jeśli chcecie się przekonać, jak wygląda to w praktyce, to w tym sezonie czekają nas jeszcze dwie rundy, podczas których będę walczył o podium w klasyfikacji generalnej. Na początku października ścigamy się w Jerez, z kolei w drugi weekend listopada w Barcelonie.