Powrót do przeszłości, czas start!
© Universal Picture
Film

W czasie podróże, małe i duże

Widzieliście już serial „Dark”, prawda? To na pewno nie odmówicie sobie innych podróży w czasie.
Autor: Krzysztof Sokalla
Przeczytasz w 8 minPublished on
„Dark” okazał się nie tylko pierwszym udanym niemieckim serialem Netfliksa, ale przede wszystkim jedną z najlepszych telewizyjnych produkcji 2017 roku, która na pewno spodoba się sierotom po „Zagubionych”, a wcale niekoniecznie fanom „Stranger Things” i „Tego”, co zdaje się sugerować zwiastun. A to dlatego, że serialowi „Dark” bliżej do greckiej tragedii niż do beztroskich przygód dzieciaków walczących z potworami i klaunami o nad wyraz rozbudowanym uzębieniu.
O „Dark” trudno pisać bez spoilerów. Ale spróbujmy. Serial generuje więcej pytań niż odpowiedzi – podobnie jak wspomniani „Zagubieni”, którzy poza ostatnim sezonem i dyskusyjnym finałem, trzymali wysoki poziom i wraz z rozwiązaniem jednej intrygi zadawali co najmniej dwa nowe pytania. Co więcej, gdy już wydaje nam się, że przejrzeliśmy zamysły scenarzystów i rozwiązaliśmy zagadkę w połowie sezonu, okazuje się, że odpowiedź przychodzi w następnym odcinku, a my zostajemy z ręka w nocniku i... kolejnymi pytaniami kołaczącymi się w głowie. Niewiele współczesnych seriali to potrafi.
Z grecką tragedią „Dark” łączy przede wszystkim fatum. Fatum czyli, według definicji „Słownika mitologii greckiej i rzymskiej” Joela Schmidta, personifikacja nieuchronnego, nieodwracalnego losu; nieodwołalna wola bogów, na którą nikt nie ma wpływu. Fatum niweczy wszystkie zamierzenia bohatera prowadząc go do zguby. W serialu Barana Bo Odara śledzimy historie kilu pokoleń mieszkańców niewielkiego niemieckiego miasteczka Winden, akcja rozgrywa się w trzech płaszczyznach czasowych, które dzielą 33 lata. Im dalej, tym bardziej widać, jak błędy młodości mogą ciągnąć się przez całe dorosłe życie, a trupy zamknięte w szafie przed laty, wychodzić na światło dzienne w najbardziej nieoczekiwanym momencie.

Oryginalny Red Bull

Red Bull Energy Drink

Red Bull Energy Drink
Rozwiązaniem problemów mieszkańców Winden wydaje się być… podróż w czasie, w którą – świadomie lub nie - wyrusza kilkoro bohaterów. Jednak zgodnie z zasadami greckiej tragedii, fatum prowadzi do perypetii – przełomu w życiu głównego bohatera, po którym jest już tylko katastrofa – zwykle wiążąca się ze śmiercią protagonisty, lub jak w „Dark”, z czymś znacznie gorszym.
Możliwość zmiany teraźniejszości i przyszłości to najczęstszy i zarazem najbardziej atrakcyjny wątek książek, filmów i seriali o podróżach w czasie. Któż z nas nie chciałby uniknąć błędów młodości? Uratować bliskich przed śmiercią, albo przestrzec przed zdiagnozowaną zbyt późno chorobą? Lub też bardziej samolubnie – poznać zwycięskich numerów Lotto na dzień przed losowaniem? Jako że w kwestii budowy wehikułu czasu rzeczywistość na razie nie dogoniła fikcji, można swobodnie zastanawiać się co by było gdyby? Czy uratowanie bliskich, zmiana decyzji sprzed lat czy wygranie we wspomnianego totolotka nie pociągnęłoby za sobą innych konsekwencji?
Na to pytanie starał się odpowiedzieć Stephen King w powieści „Dallas 63”, którą serwis Hulu zekranizował obsadzając w roli głównej Jamesa Franco. Żyjący współcześnie Jake Epping odkrywa, że może przenieść się do roku 1960 i – zgodnie z ostatnią wolą swojego przyjaciela – zapobiec zamachowi na Kennedy'ego. Spore wyzwanie, jak na małomiasteczkowego nauczyciela języka angielskiego. Epping próbuje, wielokrotnie ponosi klęskę i wraca do swoich czasów (każda kolejna podróż w przeszłość „wymazuje” zmiany, których dokonał wcześniej). Kiedy jego kilkuletnia misja nareszcie dobiega końca, a Kennedy zostaje uratowany, nowa rzeczywistość 50 lat później okazuje się daleka od ideału – ziemia jest pogorzeliskiem, a naiwne próby naprawienia historii nie miały najmniejszego sensu, na co King oferuje charakterystyczne dla siebie, dość skomplikowane wyjaśnienie.
Odwrotny efekt osiągnąć stara się grany przez Arnolda Schwarzeneggera Terminator, który wyrusza w przeszłość, by zamordować matkę przywódcy ruchu oporu, walczącego w przyszłości z maszynami. Jego śladem podąża członek rzeczonej partyzantki, który ma mu to zadanie uniemożliwić, a przy okazji spłodzić wspomnianego przywódcę. Niby skomplikowane, ale w wersji Jamesa Camerona i z nieśmiertelnymi cytatami Schwarzeneggera całkiem rozrywkowe.
Komplikacje związane ze związkami międzyludzkimi „w poprzek czasu”, a w szczególności dziećmi będącymi ich owocami to kolejny popularny temat filmów o podróżach w czasie. W „Dark” został przedstawiony w sposób dość ekstremalny, czyniąc żywot bohaterów jeszcze bardziej udręczonym, zahaczając o kompleks Edypa i raz jeszcze pokazując, że z przeszłością, niezależnie od dobrych chęci, nie należy igrać.
W znacznie lżejszej i dla odmiany optymistycznej odsłonie, temat pokazuje najpopularniejsza trylogia o podróżach w czasie – „Powrót do przyszłości” Roberta Zemeckisa. W części pierwszej Marty McFly próbując ratować własnego ojca przed śmiercią, nieoczekiwanie staje się obiektem westchnień swojej przyszłej matki. Chcąc uniknąć kolejnych „zakłóceń kontinuum czasoprzestrzennego”, McFly stara się zeswatać swoich przyszłych rodziców, aby zapobiec sytuacji, w której sam zostałby wymazany z historii. Sytuacja podoba jak we wcześniejszych przypadkach, z tym, że podana w sposób familijny.
Tak optymistyczne podejście do podróży w czasie zdarza się jednak rzadko, choć niektóre z założenia poważne filmy takie jak „Jeszcze raz Pearl Harbour” można by wrzucić do jednego worka razem z absurdalną historią podróżujących w czasie karłów, którzy spotykają Napoleona i Robin Hooda („Bandyci czasu” Terry’ego Gilliama) czy kultową „Armią ciemności” Sama Raimiego, w której znany z „Martwego zła” Ash z piłą mechaniczną zamiast dłoni musi walczyć z… średniowiecznymi krzyżowcami.
Podróże w czasie mogą być też pretekstem do poważniejszych rozważań na temat kierunku, w którym zmierza ludzkość, a zarazem przestrogą przed tragicznymi konsekwencjami decyzji światowych przywódców. Groźba zagłady nuklearnej, szczególnie bliska w okresie zimnej wojny, dziś gdy Kim Dzong-Un i Donald Trump przerzucają się groźbami użycia broni jądrowej znowu majaczy na horyzoncie. W latach 60. filmowcy nawiązywali do tematu na różne sposoby. W eksperymentalnym filmie „Filar” Chrisa Markera z 1962 roku, główny bohater, który przeżył nuklearny kataklizm, chce cofnąć się w czasie do okresu przed katastrofą. Marker pokazuje jego próby wyłącznie za pomocą stopklatek, łącząc eksperymentalną formę z narracją dokumentalisty. Z zupełnie innej perspektywy, dalekosiężne konsekwencje ludzkiej bezmyślności pokazywała pierwsza „Planeta małp” z 1968 roku. Finał obrazu Franklina J. Schaffnera, w którym grany przez Charltona Hestona główny bohater uświadamia sobie, że trafił nie na inną planetę, a do przyszłości, w której z ludzkości pozostała jedynie grupka dzikusów, to jeden z najbardziej sugestywnych obrazów ku przestrodze w historii kina.
Wehikuł czasu świetnie sprawdza się też w formie rozrywkowej. Szczególnie doprawionej czarnym humorem. W filmie „Na skraju jutra” z Tomem Cruisem i Emily Blunt przez dwie godziny śledzimy pełną wybuchów, robotów i scen walki z obcymi akcję zgodnie z mottem filmu: „żyj, umrzyj, zacznij od nowa”. Główny bohater grany przez Toma Cruise'a wielokrotnie ginie (co dla niektórych może być dodatkową atrakcją) i odradza się, aby w końcu po n-tym powtórzeniu tego cyklu przechytrzyć kosmitów i uratować świat. Trochę jak gra w strzelankę sprzed 15 lat, ładowaną na nowo w kółko aż do przejścia danego poziomu. Albo bardziej współcześnie - jak machine learning, tyle że na opak, z człowiekiem w roli głównej.
Znacznie bardziej niepoprawny, sarkastyczny i nieprzewidywalny jest Rick – szalony naukowiec alkoholik, który w każdym odcinku serialu „Rick & Morty” zabiera swojego wnuka w podróże w czasie i przestrzeni, w których regularnie pojawiają się starsze, młodsze, zmutowane i zmultiplikowane klony głównych bohaterów. Serial jest pozornie zabawny, jednak gdy bliżej przyjrzymy się głównym bohaterom, dostrzeżemy istotę ich wzajemnej relacji – wykorzystywanie słabszego, głupszego i naiwnego Morty’ego, który jest wyłącznie narzędziem do osiągania celów swojego dziadka - cynicznego drania.
Nieraz odpowiednia narracja potrafi stworzyć iluzję podróży w czasie. Christopher Nolan „Incepcją” wyznaczył nowe standardy inteligentnego, wysokobudżetowego kina z wielopłaszczyznową narracją, w ramach której przenika się kilka horyzontów czasowych. Podobne podejście zaprezentował nawet w „Dunkierce”, która daleka jest przecież od tematyki podróży w czasie. Ewakuacja aliantów stała się pretekstem do prezentacji akcji z kilku równoległych perspektyw, w których widzowie odrywający wzrok od ekranu, lub wychodzący w trakcie seansu do toalety, mogli się zwyczajnie pogubić. Podobny zabieg w najlepszej części serii „X-men” – „Przeszłość, która nadejdzie” zastosował Bryan Singer, weteran filmowych twistów i autorskiej narracji, ubóstwiany przez filmoznawców za „Podejrzanych”.
Dwie ostatnie pozycje pokazują, że manipulacje czasem nie zawsze są skazane na porażkę, a fatum można pokonać. W serialu „Dark” każde światełko nadziei, pojawiające się na horyzoncie, okazuje się tylko nikłym ognikiem w tytułowej ciemności, z którą nie mają szans nawet bohaterowie o najczystszym sercu. Na szczęście wehikułów czasu, jak widać,  jest sporo. Można wybrać swój ulubiony.