Grzegorz Dąbek
© Marcin Kin
Offroad

Praca mechanika na Dakarze. Grzegorz Dąbek: „Człowiek jest, jak powerbank”.

Tak wygląda codzienność, kiedy pracujesz jako mechanik na najtrudniejszym rajdzie terenowym świata. Dakar to głównie ciężka harówka - nie tylko dla kierowców.
Autor: TD
Przeczytasz w 8 min
Dakar to największy i najtrudniejszy rajd na świecie. Przez dwa tygodnie pasjonujemy się walką na najbardziej wymagających i niemal nieprzejezdnych bezdrożach. Wstrzymujemy oddech, gdy o zwycięstwie na etapie liczącym kilkaset kilometrów, decydują sekundy. Podziwiamy umiejętności zawodników i niezawodność sprzętu. A czy zastanawialiście się, jak wygląda praca ludzi, którzy dbają o to, by pojazdy były sprawne i gotowe na największe wyzwania? Opowiedział nam o tym Grzegorz Dąbek, mechanik motocyklowy, który właśnie zmierza na ostatni biwak Dakaru.
Jak trafiłeś na Dakar?
Przez pasję. Już jako dzieciak śledziłem każdy rajd z wypiekami na twarzy. Zawsze trzymałem mocno kciuki za Marka Dąbrowskiego i Jacka Czachora. Wiele lat kibicowania i motocyklowa zajawka doprowadziły mnie w 2016 roku na Dakar, jeszcze w Ameryce Południowej.
To praca, dobra zabawa, przygoda, czy pasja?
To 100% pracy. Ale też… 100% przygody. Zostawiłbym też jakieś 10% dla dobrej zabawy. Wiem, że to daje jakieś 210%, ale w tym chyba jest sedno Dakaru – to gra na ponad 200%.
Pod jakim namiotem pracujesz na biwaku?
Pracuję dla zespołu Duust KTM Warszawa. Na tym Dakarze mieliśmy obsługiwać trzech zawodników. Mieliśmy, bo niestety tuż przed startem musiał wycofać się Konrad Dąbrowski. Miał zapalenie wyrostka i zamiast do Saudi trafił na salę operacyjną. W tej sytuacji zostało nam dwóch Amerykanów. Ja opiekuję się motocyklem Jacoba Arbubtighta. Jacob debiutuje w Dakarze, ale to świetny gość i dobry jeździec – przedostatni etap skończył na 15. miejscu. Praca mechanika i zespołu polega na pełnej, profesjonalnej obsłudze startu danego zawodnika. Rider ma myśleć tylko o jeździe. Ma wstać rano, zjeść śniadanie, wsiąść na przygotowany, sprawny sprzęt i dotrzeć do mety. Reszta go nie interesuje. Cały zespół odpowiada za to, by ten model mógł funkcjonować.
Grzegorz Dąbek na biwaku przed startem odcinka specjalnego

Grzegorz Dąbek na biwaku przed startem odcinka specjalnego

© Mika Pietrus

Kiedy zaczyna się Dakar?
Jakieś… dwa tygodnie po poprzednim (śmiech). Oczywiście to duże uproszczenie, ale prawda jest taka, że Dakar to bezsprzecznie najważniejszy, najbardziej prestiżowy i najtrudniejszy rajd w sezonie. Każdemu zależy na jak najlepszym wyniku w tych zawodach. Są inne rajdy, jest Puchar Świata itd., ale tak naprawdę dla topowych zawodników, to tylko forma przygotowań i testów przed styczniowym Dakarem. Mój Dakar też zaczyna się dużo wcześniej. Obsługując zawodników na imprezach w ciągu roku, cały czas dyskutujemy, wymieniamy się spostrzeżeniami i staramy się jak najlepiej przystosować motocykl do tego najważniejszego, styczniowego startu. Po ostatnim rajdzie w roku, moja praca nabiera tempa. Motocykl na Dakar przygotowuję w Europie. Sprzęt musi przejść badania techniczne – spełnić wszystkie regulaminowe wymogi i posiadać elektronikę niezbędną do instalacji urządzeń nawigacyjnych i systemów bezpieczeństwa. Jeśli wszystko gra, jedziemy na start i… zaczyna się orka (śmiech).
Na czym polega twoja praca w trakcie rajdu?
Najlepiej, gdy jest… monotonnie! Bo to znaczy, że wszystko gra, zawodnik jedzie dobrze, sprzęt spisuje się bez zarzutów, a ja codziennie dbam o to, by rano ruszył na kolejny odcinek specjalny. Kiedy zawodnik zjeżdża z oesu na biwak, przeprowadzam z nim krótki wywiad, żeby dowiedzieć się, jak spisywał się motocykl na trasie. I zaczynam najważniejszą część swojej pracy. Jeśli zawodnik zgłosił problemy, albo motor jest po wypadku, to wiadomo – za to biorę się w pierwszej kolejności. Jeśli nie ma większych uwag, sam dokładnie oglądam motocykl i wszystkie podzespoły, by wychwycić ewentualne uszkodzenia, albo zauważyć symptomy, które mogłyby do nich wkrótce doprowadzić. Czasem drobiazg może naprowadzić na dobry trop i uchronić przed dużymi kłopotami, a zawodnik nie zawsze zorientuje się, że coś jest nie w porządku. Dlatego uważne przejrzenie motocykla po etapie to podstawa.
Grzegorz Dąbek w strefie seriwsowej na oesie

Grzegorz Dąbek w strefie seriwsowej na oesie

© Mika Pietrus

Jeśli zawodnik pojechał bardzo dobrze, a sprzęt funkcjonował bez zarzutów, to znaczy, że masz wolne…?
Nigdy w życiu! Wtedy, po wspomnianych oględzinach, biorę się za serwis. Codziennie zmieniam opony, wraz z musami. Wymieniam płyny, klocki hamulcowe i filtry. Codziennie. Sprzęgło też, choć zdarza się, że jest w tak dobrym stanie, że wystarczy uważnie je skontrolować. Sprawdzam, czy nie ma niespodzianek, takich, jak np. woda w paliwie. Tankuję i przykrywam motocykl plandeką. Po przygotowaniu sprzętu do kolejnego etapu, pakuję wszystkie narzędzia i razem z resztą ekipy ładujemy cały nasz sprzęt na ciężarówkę. Jeśli czas pozwala, to jemy kolację i idziemy spać (śmiech).
O której wstajesz?
To zależy, o której rusza etap i z którego miejsca startuje mój zawodnik. To zawodnik determinuje wszystkie plany. Wstaję zawsze godzinę przed nim, zwykle to jest między 3, a 5 rano. Uruchamiam motocykl, włączam systemy nawigacyjne, wpisuję kody do GPS i jeszcze raz sprawdzam, czy wszystko wygląda w porządku. Przybijam piątkę z zawodnikiem, biegnę na błyskawiczne śniadanie i ruszamy na kolejny biwak. Tam, czekając na zawodnika, próbujemy zjeść obiad, bo to ostatnia szansa na posiłek tego dnia. Zawodnik zjeżdża i zaczyna się procedura, którą wcześniej opisałem.
Ale zdarza się pewnie, że…?
Że wszystko, cały ten plan, wywraca się do góry kołami. Na przykład w Arabii Saudyjskiej sporym problemem jest paliwo. Podczas ostatniej edycji leżałem już w namiocie, po pełnym serwisie, tankowaniu i kolacji, gdy dostaliśmy info, że trzeba sprawdzić paliwo, bo u któregoś z zawodników pojawił się jakiś kłopot. Z kolegą Pawłem obsługiwaliśmy wtedy trzy motocykle. Musieliśmy spuścić paliwo (każda fura zatankowana pod korek, ponad 30 litrów w baku) i wymienić we wszystkich układy paliwowe. Do startu zostało kilka godzin. Daliśmy radę, ale o śnie tej nocy mogliśmy tylko pomarzyć.
Biwak Rajdu Dakar

Biwak Rajdu Dakar

© Flavien Duhamel/Red Bull Content Pool

Inna sytuacja, jeszcze z Ameryki Południowej. Zawodnik na boliwijskiej strefie serwisowej na odcinku specjalnym zgłosił problem z silnikiem, motor gubił olej na potęgę. Szybka decyzja – wymieniamy silnik. Sprzęt właśnie zjechał z odcinka, więc był rozgrzany, jakby smażył się na patelni. Wyciągamy z kolegą ten silnik, uważając, żeby się nie poparzyć. Montujemy nowy i co? Nie pasuje dystansowanie. Reguluję, poprawiam – jest, pasuje! Skręcam wszystko, zalewam płyny – a pamiętajmy, że z nieba dosłownie leje się żar – okazuje się, że nowiutki silnik, wyciągnięty z pudełka, podcieka. Masakra. Zdiagnozowałem, że trzeba uszczelnić śrubę zaślepiającą otwory płynu chłodzącego. Rozkręcam, wymieniam oringi, skręcam i… gra gitara. Po 45 minutach zawodnik pojechał dalej. Ot, dzień jak co dzień na Dakarze.
To pewnie zawsze z utęsknieniem czekasz na rest day?
Dla mnie to dzień najbardziej wytężonej pracy. Odbudowuję wtedy motocykl. Wszystko, co się da i na co pozwala regulamin, wymieniam na nowe. Łożyska, elementy zawieszenia, linki, płyny, świece itp. Plus wszystko to, co w normalny wyścigowy dzień. To jest kilkanaście godzin pracy non stop.
Jakie są priorytety w takich trudnych sytuacjach?
Zawsze najważniejszy jest zawodnik, potem sprawny motocykl. Reszta, czyli drobiazgi typu jedzenie, sen, czy prysznic, są opcjonalne. Nie musisz jeść, ani spać, ale motor musi być gotowy.
Ile najdłużej nie spałeś w trakcie rajdu?
Nie mam chyba żadnej wyjątkowej historii, bo podobne przygody przeżyli pewnie wszyscy, którzy zaliczyli kilka Dakarów. Kilka razy nie spałem przez całą dobę. Pamiętam, że do jednego odcinka ruszaliśmy o 3 rano i potem, dokładnie po 24 godzinach, znów o 3 mogłem się położyć. Na godzinę! A potem znowu robota. Cóż, to jest Dakar…
Masz jakiś swój sposób na zmęczenie?
Zmęczenie trzeba zaakceptować, pogodzić się z nim i poradzić sobie. Uważam, że każdą wolną chwilę należy wykorzystywać na sen. Takie ładowanie baterii, dosłownie. Staram się zbierać każdą możliwą przespaną minutę, bo nigdy nie wiadomo, kiedy trzeba będzie zarwać noc. Człowiek działa, jak powerbank. Przesypiając choćby kilkanaście minut, doładowujesz parę procent, które mogą okazać się kluczowe, żeby jakoś przetrwać i dobrze pracować.
Dąbek bywa mylony z Tobym Pricem

Dąbek bywa mylony z Tobym Pricem

© selfie

Toby Price

Toby Price

© Flavien Duhamel/Red Bull Content Pool

Aha, jeszcze jedno – ile razy pomylono cię z Tobym Pricem?
Hahaha, faktycznie, kilka razy się zdarzyło (śmiech). Nie myślę o tym i na pewno nie staram się upodobnić do Toby’ego, ale jeśli już ludzie mają mnie z kimś mylić, to fajnie, że z tak genialnym zawodnikiem (śmiech).
* * *