Zostałaś nominowana do Paszportów „Polityki”. Czy ta nominacja dla ciebie coś znaczy?
Oczywiście, że tak. Paszporty „Polityki” to obok Fryderyków chyba najbardziej prestiżowa nagroda w polskim środowisku artystycznym. Poza tym podoba mi się multidyscyplinarny wymiar tego wydarzenia. W tym roku pojawiło się sporo pozytywnych komentarzy, również specjalistów, na temat mojej twórczości – jestem ogromnie wdzięczna, ale momentami czuję, że to wszystko przydarza się... komuś innemu. Mam mocno rozgraniczone życie prywatne i to sceniczne. Wydaje mi się, że dzięki temu spokojniej przyjmuję sukcesy, ale i porażki. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że każda nominacja czy nagroda nieustannie mnie zaskakują. Nadal czuję się „początkującym” adeptem w zakresie muzyki i widzę jak wiele mam jeszcze do zrobienia. Jeśli można nazwać to jakąkolwiek formą pokory i skromności, to jest to jedynie wynik mojej długoletniej edukacji w zakresie muzyki klasycznej, gdzie konkurencja jest naprawdę olbrzymia, poziom niesamowicie wysoki, a talentów cały ogrom. Nadal obserwuję moich znajomych, którzy zdecydowali się kontynuować karierę w zakresie muzyki klasycznej i podziwiam ich, ponieważ wiem z jakim nakładem pracy wiąże się każdy mały sukces na tym polu. W Konkursie Chopinowskim startuje tysiące młodych pianistów, każdy z nich poświęcił życie, by zgłębić muzykę Chopina, a kto zwycięży? Tylko kilku wybrańców. Swoją drogą, jednym z nominowanych do Paszportów „Polityki”, w zakresie muzyki klasycznej, jest mój długoletni przyjaciel Jakub Józef Orliński. To moja wielka inspiracja. Wiem, ile pracy i pasji poświęcił, aby być w tym miejscu, w którym obecnie się znajduje. Nie mówię, że u mnie nie było podobnie, ale od kiedy zajmuję się twórczością „poza-klasyczną”, mam wrażenie, że mimo częstych nieprzespanych nocy, to i tak jestem na pięknych wakacjach.
Co zdecydowało o tym, że postanowiłaś pójść w kierunku, jak to nazwałaś, twórczości „poza-klasycznej”?
To był powolny proces, wiele lat i znaków. Muzyka, również ta rozrywkowa, towarzyszy mi od kiedy pamiętam. Moi rodzice dopilnowali, abym oprócz edukacji klasycznej poznawała też twórców z innych gatunków muzycznych. Więc zgłębiałam wszystkie muzyczne rewiry niejako równocześnie i tak też zawsze postrzegałam muzykę – jako jedną wielką kosmiczną przestrzeń, w której niektóre rzeczy rezonują z nami lepiej, a inne nie. Między Bachem a Mozartem lubiłam próbować naśladować dźwięki, znane mi z ulubionych piosenek. W wieku 13 lat powoli zaczęłam odkrywać jazz i na horyzoncie pojawiła się cała masa nieznanych dotąd rozwiązań harmonicznych i rytmicznych. Wszystko, co tworzyłam, działo się jedynie w obecności czterech ścian ćwiczeniówki, nie widziałam potrzeby, aby dzielić się tymi prostymi melodiami z kimkolwiek. Ale powoli zaczęły pojawiać się znaki i przypadki. Na początku studiów przypadkowo poznałam Justynę Chowaniak z Domowych Melodii. Była w trakcie nagrywania pierwszej płyty i poprosiła mnie o pomoc przy kilku aranżacjach. Nie wiedziałam nic na ten temat, ale ciekawość i chęć spróbowania była tak silna, że się zgodziłam. Potem pojawiła się propozycja zaaranżowania kilku piosenek Grzegorza Ciechowskiego, razem z moją przyjaciółką i doskonałą wiolonczelistką Dobrawą Czocher. Przypadkowo projekt usłyszał redaktor Radia Gdańsk Kamil Wicik i postanowił dać nam szansę na przygotowanie pełnego koncertu z takimi opracowaniami. Szybko potem padł pomysł nagrania płyty z tym materiałem. W międzyczasie zauważyłam, że wykonując na scenie własne kompozycje lub aranżacje, jestem innym człowiekiem – wolnym, szalonym, pozbawionym granic, a przede wszystkim szczęśliwym. Nadal kontynuowałam studia, co więcej, zdecydowałam się rozpocząć kolejne w Berlinie, w prestiżowej uczelni Hanns Eisler Musikhochschule. Było to spełnieniem moich marzeń.
Pomiędzy bardzo intensywnymi sesjami ćwiczeniowymi tworzyłam dalej własne kompozycje, szukałam ludzi i okazji. Ciągnęło mnie do tego innego świata i coraz bardziej czułam, że chyba bardziej pasuję do dżinsów i białej koszulki, niż do eleganckiej sukni i obcasów. W końcu zdecydowałam się na urlop w studiowaniu. Uznałam, że nareszcie byłam gotowa, aby rozpocząć nagrania autorskich utworów. Tak właśnie zostały zarejestrowane pierwsze utwory na album „Esja”. Po pół roku wróciłam na studia, chciałam skończyć je tak, jak należy, bo nie lubię zostawiać rzeczy niedokończonych. Napisałam pracę dyplomową, zagrałam ostatni egzamin i na tym skończyła się moja blisko 20-letnia przygoda z muzyką klasyczną. Nadal ją uwielbiam, słucham i chodzę na koncerty, ale zrozumiałam, że nie muszę jej wykonywać i że jestem potrzebna gdzieś indziej.
Mówisz, że bardziej pasują ci dżinsy i biała koszulka, ale chyba był moment, że też nie przeszkadzały ci szerokie spodnie. Podobno lubisz słuchać Paktofoniki?
Paktofonikę pokazał mi kilka lat temu przyjaciel, który odpowiada za sporą część mojej muzycznej edukacji. Pierwszy utwór, jaki mi puścił, to „Powierzchnie tnące”. Trudno było się nim nie zachwycić, bo brzmiał po prostu genialnie - zarówno pod względem muzycznym, jak i tekstowym. Nie wykluczam żadnego gatunku muzycznego. Staram się szukać tego, co ma w sobie jakąś wartość, treść, coś „wspak”. Z polskich artystów reprezentujących hip-hop bardzo cenię również przykładowo Łonę i Webbera oraz, pewnie jak każda dziewczyna, Fisza i Emade. To są rzeczy ponadczasowe, nadal zaskakujące i satysfakcjonujące głowę, uszy i ducha.
Zdradzisz mi swoje guilty pleasures? Nie mam na myśli tylko rzeczy muzycznych...
Zawiodę cię pewnie, ale nie mam czegoś, czego się wstydzę, jeśli chodzi o filmy, książki, czy nawet muzykę. Nie lubię zaśmiecać sobie i tak prześladowanej już głowy. Jeżeli to się wpisuje, to przesłuchałam kilka utworów Billie Eilish i niektóre rzeczy naprawdę mi się podobają. Tak samo, jak stare kawałki hiphopowych wymiataczy pokroju Eminema czy Tupaca. Nie nazwałabym siebie fanem, moja znajomość jest niewielka, ale przyznam, że lubię się przy tym pobujać. Podobnie, kiedy na imprezie leci Balkan Beat Box. Serialu „Przyjaciele” przykładowo, niestety, choć bardzo się starałam, nigdy nie zaczęłam oglądać na poważnie. Zazwyczaj usypiam po pięciu minutach. Obejrzałam kiedyś trochę „Plotkary”, ale również w pewnym momencie znalazłam sobie lepsze zajęcia. Zazwyczaj życie wydaje mi się nieco ciekawsze od tych serialowych, więc... wybieram życie. Nie do końca trawię mainstreamowe kino, ale „Avatar” bardzo mnie wzruszył. Nie widziałam „Dnia Świra” ani „Chłopaki nie płaczą”, nie słucham Taco Hemingwaya, ani nie podziwiam Rihanny. Lubię za to dobre techno i hippisowskie festiwale w środku lasu.
Wspomniany przez ciebie Taco Hemingway zapracował na to, by wypełnić po brzegi PGE Narodowy. Ty z kolei zapracowałaś na coś innego twoja muzyka dotarła np. do Tokio. Jakie wrażenie zrobiła na tobie Japonia?
Japonia to dla mnie nieustanny ciąg pozytywnych zaskoczeń. Od nieznanego mi dotąd poziomu gościnności i życzliwości, aż po planowanie przestrzeni. W skrócie – wszystko było dla mnie nowe, egzotyczne i zachwycające. Razem z Agatą (moim inżynierem dźwięku) spędzałyśmy dni, włócząc się tam, gdzie nas tylko poniosło i obserwując z zachwytem wszystko dookoła: ludzi, ich sposób ubierania się, obyczaje, domy, samochody, posiłki... Najbardziej chyba jednak zaskoczyła mnie życzliwość, wnikliwość i otwartość Japończyków. Nasz hotel znajdował się w rozświetlonej tysiącem świateł i neonów dzielnicy Shibuya. Po przylocie, a była to godzina bliska północy, postanowiłyśmy przejść się po okolicy, ponieważ sen nie bardzo wchodził w grę. Zaraz obok słynnego skrzyżowania, skręciłyśmy w jedną z uliczek. Przez zaparowane szyby można było dostrzec sylwetki osób gromadzących się wokół stołu. Pomyślałyśmy, że to może prywatne mieszkania, ale po chwili okazało się jednak, że to miniaturowe bary, w których mieści się dosłownie kilka osób. Co więcej, jeśli już uda ci się zmieścić do środka (pozostawiając przed wejściem buty), to nie dość, że musisz podjąć interakcję z właścicielem baru (jako że siedzisz naprzeciwko), to jeszcze prawdopodobnie będziesz „skazany” na pogawędkę z sąsiadem, siedzącym obok. Nigdy nie spotkałam się z takim barem w Polsce, w którym wchodząc do lokalu, decydujesz się na interakcje z wszystkimi. Bardzo mnie to zaskoczyło i zachwyciło.
Okazało się, że Japończycy to bardzo otwarci ludzie, chętnie spędzający czas poza domem, wśród ludzi. Mój występ w Tokio był jednym z najwspanialszych doświadczeń w karierze. Grałam w przepięknej sali dla 1200 zasłuchanych par uszu. Podczas koncertów Japończycy są bardzo skupieni, nie robią zdjęć, nie filmują. Podobnie w muzeach. Po koncercie wyprzedałam rekordową ilość płyt, a następnego dnia, udzielając wywiadów dla lokalnych dziennikarzy, usłyszałam najbardziej interesujące i wnikliwe pytania dotyczące mojej twórczości. Po festiwalu organizatorzy zaprosili wszystkich wykonawców i współpracowników na kolację, a kiedy kilka dni później wyjeżdżaliśmy, wszyscy pojawili się, aby nas pożegnać i odprowadzić. To się naprawdę zdarza bardzo rzadko lub wcale. Nadal mam w pamięci tamtejsze obrazy i zapachy. Chciałabym tam jeszcze kiedyś wrócić i zwiedzić inne miejsca.
Zobacz Japonię oczami innej zdolnej artystki - Moniki Brodki:
Brodka w Japonii: zobacz video 360°
Japonia jest tym krajem, w którym twoja muzyka rozlała się najszerzej?
Chyba wciąż największy odzew jest z Polski. Tutaj najszybciej wyprzedaliśmy wszystkie pięć koncertów w dużych salach. Patrząc na inne miejsca, to na pewno takimi punktami będą: Niemcy, na czele z Berlinem, gdzie wyprzedaliśmy dwa koncerty miesiąc po miesiącu, Londyn, w którym grałam w Southbank Centre obok Rhye czy Olafura Arnaldsa, ale też Holandia i Belgia. W Japonii festiwal odbywał się w wypełnionej po brzegi sali koncertowej na 1200 miejsc. Tak naprawdę jestem zaskoczona odzewem w każdym miejscu, które odwiedziłam, tym bardziej, że większość z nich była wyprzedanych. Nawet egzotyczny Istambuł. Podróżując po świecie, odczuwam, jaki jest on różnorodny, każdy skrawek inaczej pojmuje rzeczywistość i ma inny gust. Dlatego niczego nie oczekuję, mam w sobie nawet poczucie, że jeśli na mój najbliższy koncert przyjdzie dosłownie garstka osób, to i tak dam z siebie wszystko. Na razie przecieram szlaki, aby przyszłoroczna trasa miała może jeszcze większą skalę. Trzeba być cierpliwym.
Dlaczego zaskoczona? Skąd ta skromność?
Nie nazwałabym tego skromnością, a zimnym spojrzeniem na rzeczywistość. Polska to duży kraj ze stosunkowo małym rynkiem muzycznym. Na festiwalach powtarzają się te same nazwiska, a raz na jakiś czas robi się miejsce nowym twarzom. Wychodzenie z tego bezpiecznego domu to spora zmiana. Rynek europejski, nie mówiąc już o dalszych terytoriach, funkcjonuje na własnych zasadach i wymaga odrębnego planowania i znajomości jego specyfiki. Konkurencja jest ogromna, a osób, które robią podobne rzeczy do mnie jest mnóstwo. U mnie nie udałoby się wejść tak gładko w ten obszar bez współpracy z bardzo doświadczonym agentem koncertowym, managementem i dobrą, zagraniczną wytwórnią. Dzięki ich zaufaniu i wielkiemu wkładowi pracy nie byłabym w tym miejscu, w jakim jestem teraz.
Miałaś okazję rozmawiać z ludźmi z wytwórni Gondwana, dlaczego postawili akurat na ciebie? Wiesz, czym ich urzekłaś?
Nie mam pojęcia, ale historia naszej współpracy jest dość filmowa. Wysłałam im demo, a w zasadzie dwa dema – albumu na piano solo oraz demo, które zawierało moje inne kompozycje. Odezwali się następnego dnia, tydzień później pojechałam do Londynu spotkać się z szefem artystycznym i jednocześnie jednym z moich ulubionych artystów Matthew Halsallem. Wydaje mi się, że mój język muzyczny, choć stosunkowo minimalistyczny, wydał im się wystarczająco wyjątkowy. Muszę powiedzieć, że nie spodziewałam się tak ciepłej reakcji na tak oszczędną muzykę. To była dla mnie duża zmiana po działaniu w Polsce, gdzie zazwyczaj moją muzykę uznawano za zbyt mało komercyjną.
Współpraca wydawnicza z jednym z ulubionych artystów niesie za sobą jakieś wady?
Mam takie spostrzeżenie, że naprawdę wielcy artyści to też wielcy ludzie: skromni, obserwujący i mądrzy. Oczywiście każdy ma wady, ale wydaje mi się, że ludzie, którzy mają w sobie coś z wieczności, inaczej promieniują. Matthew to człowiek wielkiej wrażliwości, który dzięki tej czułości osiągnął to, o czym marzy wiele małych wytwórni: grono wiernych słuchaczy i markę, która jest znakiem jakości. Mam wrażenie, że jeśli trzymamy się w 100 procentach pewnych wartości, które są ponadczasowe, to i nasze dzieło będzie ponadczasowe. Byłam pod wrażeniem, jak wielką uwagę przykłada się w Gondwanie do jakości nagrań, aranżacji, oprawy graficznej i wizualnej. Każdy mały szczegół ma znaczenie, bo właśnie jakości oczekują odbiorcy tego labelu. Wiele osób przychodzących na koncert mówi mi, że znają mnie dzięki wytwórni. Oni ufają kuratorskiej ręce Halsalla i dzięki temu są ciekawi nowych propozycji. Inna rzecz, że wchodząc na rynek zagraniczny, mamy też szansę dotrzeć do fanów danego gatunku nie tylko w jednym kraju. To trochę poszerza bazę słuchaczy. Wydaje mi się, że wtedy nie skupiamy się na tym, by dostosować naszą twórczość do rynku, ale aby dotrzeć do potencjalnie zainteresowanej takim stylem publiczności. Podobnie sprawa ma się, jeżeli chodzi o mojego agenta Ralfa Diemerta czy menedżment. To, co czuję, pracując z nimi, to przede wszystkim 100 procent odpowiedzialności za decyzję współpracy z danym artystą. Jesteśmy bliskimi przyjaciółmi. Daję z siebie wszystko, ale wiem też, że tego samego mogę oczekiwać od drugiej strony. Jest to dla mnie wielka odmiana.
Chyba nie jedyna, jaka ci się przytrafiła w tym roku...
2019 rok zdecydowanie zmienił moje życie o 180 stopni. Bardzo cierpliwie na to czekałam i pracowałam, ale zawsze będę podkreślać, że mam naprawdę sporo szczęścia w życiu, szczególnie do ludzi. 2019 to przede wszystkim wydanie pierwszej solowej płyty, pierwsza trasa - najpierw wiosenna, potem jesienno-zimowa, licząca kilkadziesiąt koncertów. Dzięki niej odwiedziłam m.in. Moskwę, Tokio, Istambuł i większość europejskich stolic: Londyn, Berlin, Paryż, Lizbonę, Brukselę. W tych miastach często grałam dla wypełnionych po brzegi sal. 2019 to też supporty przed koncertami w Polsce Olafura Arnaldsa. Ich wynikiem stała się przyjaźń z artystą i zaproszenie na pierwszą edycję festiwalu Opia w Londynie, którego jest szefem artystycznym. Miniony rok to także wspaniałe koncerty w Polsce – Open’er na prestiżowej Tent Stage, OFF Festival, Spring Break i wyprzedana prawie w całości trasa koncertowa. Nie mogę zapomnieć o nagrodach i wyróżnieniach: Sanki „Gazety Wyborczej”, nominacje do Paszportu „Polityki”, recenzje i wywiady dla liczących się magazynów. Ale i również moja pierwsza muzyka do filmu pełnometrażowego, którego premiera zapowiedziana jest na 2020. Remiksy dla Luka Howarda, Meli Koteluk i Misi Furtak. Druga edycja festiwalu Tchnienia, którego jestem częścią i wydanie książki z partyturami moich utworów, którego drugi nakład właśnie się wyczerpał. W międzyczasie zrezygnowałam z wszystkich innych projektów i w końcu skupiłam się na swoim. Tak, to był bardzo ważny rok!
Domyślam się, że też odkryłaś niejedno. Co zapadło ci szczególnie w pamięć?
Moim muzycznym odkryciem roku jest Kate Tempest. Śmieszna sytuacja, bo grałyśmy razem na XJazz Festiwalu w Berlinie, a ja ominęłam jej występ, bo nie wiedziałam wtedy jeszcze co to za niesamowita artystka. Słuchałam też solowego albumu Thoma Yorka i nowej płyty Michaela Kiwanuki, która była podczas trasy chyba najczęściej graną płytą w naszym aucie. Poza tym filmowo zachwycałam się „Wysoką dziewczyną”, „Pod dziką gruszą” oraz „Amazing Grace” z Arethą Franklin. Byłam na wspaniałym i maleńkim festiwalu w saksońskim lesie Blickinsfreie, ale i na Primaverze, gdzie w końcu na żywo usłyszałam Erykę Badu. Na OFFie z kolei do upadłego tańczyłam przy SAMA'. Jeśli chodzi o książki: zdecydowanie polecam dzieło autorstwa Agnieszki Pajączkowskiej „Wędrowny zakład fotograficzny” i „Podróż zimowa” Ian’a Bostridga. Odwiedziłam też kilka wystaw. Zachwycałam się np. Olafurem Eliassonem w Tate Modern, fenomenalnym muzeum w Susch, założonym przez Grażynę Kulczyk, ale i „Tajemniczym ogrodem” szalonego szwajcarskiego artysty Not Vitala. Architektonicznie oddawałam się przyjemności przebywania w kilku budynkach jednego z moich ulubionych architektów, czyli Petra Zumthora. Nareszcie udało mi się zobaczyć muzeum Kolumba, kaplice Bruder Klausa i Termy w Vals. W Tokio miałam szczęście odwiedzić muzeum designu autorstwa Tadao Ando, a w Eindhoven poznać i grać w studio Pieta Hein Eeka.