Holaki (wycinek z rodzinnego albumu)
© Elżbieta Holak
Muzyka

Z rodziną najlepiej wychodzi się na... płycie

Relacje ojciec-syn, brat-brat lub siostra-siostra to często bardzo udany sposób na muzyczny sukces.
Autor: Kacper Kapsa
Przeczytasz w 7 minPublished on
Wszystkim, którzy w to nie wierzą spróbujemy udowodnić, że talent to rzecz dziedziczna, a więzy rodzinne potrafią przynieść wspaniałe kompozycje. Bo każdy, kto choć trochę interesuje się muzyką, z łatwością może na pewno wymienić kilka muzycznych familii. Przykład sztandarowy to np. rodzina Waglewskich, gdzie z muzyki żyje ojciec Wojciech i dwójka jego synów, czyli Fisz i Emade. Równie popularne są siostry Przybysz, które do mainstreamu dostały się za sprawą wspólnego zespołu Sistars. Piękne to były czasy, za którymi tęsknią też same dziewczyny – jesienią 2018 roku ukazała się reedycja ich debiutanckiej płyty „Siła sióstr”, a Natalia z Pauliną ruszyły na wspólną trasę koncertową.
Na tych kilku udanych przykładach obrona naszej wyjściowej tezy wcale jednak się nie kończy, bo oto na scenę wjeżdżają...

Holak & Malarze i Żołnierze

Początkowo muzyczna droga ojca i syna szła bardzo blisko siebie. Senior Stanisław, w latach 80. zafascynowany gitarowymi kapelami pokroju The Smiths, grał i śpiewał w zespole Malarze i Żołnierze. Junior, a w zasadzie juniorzy – Mateusz wraz z bratem Kubą, zafascynowani indie rockiem, grali w zespole Kumka Olik. Jednak po tej przygodzie Mateusz postanowił postawić na rewoltę, wybierając hip-hop, a Kuba – jako KVBA – zaczął eksperymentować z elektroniką.
Później ten drugi grał w składzie koncertowym pierwszego, pod szyldem Holak, a Mateusz oprócz tego, że prężnie rozwijał działalność solową (np. wydał album „Dożyłem 25 lat i nie będę nic zmieniał” -- patrz klip wyżej) działał też w zespole Małe Miasta. Kombinacja i wymiana doświadczeń jest więc tu więcej niż dwuosobowa (warto nadmienić, że okładkę płyty „Pięćdziesiątka” Malarze i Żołnierze projektował właśnie Mateusz, wygrywając z nią zresztą konkurs na najlepszą polską okładkę 2014 roku) -- dlatego kwestią czasu jest chyba tylko, kiedy Holaki (ojciec plus synowie) nagrają wspólny album.
EDIT: Nasze przeczucia się spełniły! W maju 2019 roku ukazała się „Niewidzialna droga do domu” -- wspólna płyta Stanisława, Jakuba i Mateusza Holaków. Dla kogo nagrana? Jak mówią sami muzycy, po części dla siebie, ale też dla wszystkich, którzy w muzyce popowej lubią gitary i syntezatory. Warto sprawdzić.

Mateusz i Marek Pospieszalski

Rodziny Pospieszalskich też wstyd nie znać. W środowisku jazzowym i około jazzowym to sprawdzona marka. Mateusz, Marcin i Jan to pierwsza linia familii, drugą stanowią Franciszek, Marek czy Szczepan – ale wciąż oczywiście nie wszyscy, bo powoli dochodzi do głosu nawet kilkuletnie pokolenie wnuków. Bardzo ciekawa jest natomiast relacja pomiędzy ojcem, Mateuszem, a synem, Markiem. Obaj wybrali jeden instrument, czyli saksofon, przez co ich drogi często się spotykają, ale pomimo to kariery syna i ojca rozwijają się całkowicie niezależnie od siebie.
Marek Pospieszalski: „Nad tym, że ktoś mnie będzie porównywał do taty, nigdy się nie zastanawiałem, tym bardziej się nie bałem. Niech się boi ten, kto porównuje. Ojciec jest dla mnie ogromnym autorytetem. Ja nie tyle się na nim wzorowałem, ile wyrastałem w jego świecie dźwięków, więc on cały czas głęboko we mnie siedzi i stał się moją częścią. Podążam własnymi drogami, ciągle szukam swojego głosu, czego dowodem jest to, że możemy grać w jednym zespole, stać na scenie i się wzajemnie inspirować. Ojciec ma tyle energii, że cały czas myślę, że jest młodszy ode mnie”.

Maciek i Jacek Sienkiewiczowie

Można się domyślać, że dom Sienkiewiczów musiał być naszpikowany elektroniką. W końcu zarówno starszy Maciej, jak i Jacek, niemal od zawsze są obecni na polskiej scenie elektronicznej, kreując ją na różne sposoby, od lat dziewięćdziesiątych. Obaj są didżejami, obaj mają cenione wytwórnie (Fathers And Sons Records And Tapes i Recognition), obaj także produkują muzykę. Ale pomimo tego Maciej i Jacek działają na różnych frontach. Pierwszy woli raczej eksperymenty i czerpanie z muzyki disco, drugi natomiast zdecydowanie woli stawiać na cięższe brzmienia spod znaku techno.
Maciek Sienkiewicz: „Jako didżej chyba to ja zacząłem grać wcześniej, z kompaktów i kaset, na imprezach prowadzonych wspólnie z Sebastianem Imbierowiczem, później znanym jako DJ 600V, w klubach Alfa i Hybrydy. Graliśmy głównie hip-hop w stylu House Of Pain, Cypress Hill, Gang Starra, Public Enemy itd., graliśmy okolice grunge’u z Rage Against The Machine, Pearl Jamem i Therapy? na czele... Pamiętam, że w czasie jednej z imprez w Hybrydach ktoś przyniósł wiadomość o śmierci Kurta Cobaina, co z Sebastianem wyśmialiśmy jako „niemożliwe”! Jacek czy Mic Ostap wbijali się natomiast do nas „gościnnie”, aby puścić z kompaktów trochę techno. Ja wtedy w Hybrydach puszczałem pierwsze łamańce – DJ Crystl, 4Hero, zacząłem też kupować na poważnie winyle. Jacek zaś rozpoczął wyprawy do Hardwaxu po płyty Roberta Hooda, Terrence Dixona, chicagowskie bangery spod znaku Cajual/Relief Records itd. Chwilę potem d’n’b zaczął mnie nudzić, wsiąkłem na parę lat w muzykę czysto awangardowo-eksperymentalną i do tanecznej wróciłem po jakimś czasie, kiedy mój brat miał już na koncie kilka wydawnictw... Odpowiadając krótko – zacząłem puszczać płyty wcześniej, Jacek wcześniej został DJem, ale od początku lat 90. można mówić o naszych wzajemnych inspiracjach.

Old Spice i Niemoc

Za sprawą Maćka Sienkiewicza zrobiło się głośno m.in. o Niemocy, ponieważ to właśnie w jego wytwórni ukazała się jedna z pierwszych epek tego ciekawego zespołu. Jednym z członków postwave'owego trio jest Filip Awłas, syn Krzysztofa, lepiej znanego w świecie didżejskim jako Old Spice.
Podczas gdy syn skupia się głównie na tworzeniu własnej muzyki, ojciec poza miksowaniem jest uzdolnionym producentem. Na jego koncie jest m.in. słynny edit Maanamu „Chcę ci powiedzieć", który ukazał się nakładem serii The Very Polish Cut Outs. Kolekcja płyt Old Spice'a miała z pewnością niebagatelny wpływ na twórczość Filipa, co słychać zresztą w samych nagraniach Niemocy...

Filip i Karol Majerowscy

We Call It Sound też by nie powstał, gdyby nie więzi rodzinne. Zespół założyli kumple ze szkoły podstawowej w Wolsztynie, ale trzon formacji tworzyli bracia Majerowscy – Filip oraz Karol. I oni też przetrwali pod tym szyldem do dziś – zespół z biegiem lat z kwartetu zamienił się w duet, ale wciąż cechowało go odważne podejście do robienia muzyki. WCIS w oryginalny sposób łączy muzykę elektroniczną, a ostatnio także akustyczną z ludowymi melodiami. Jak twierdzą sami jego założyciele – starają się w ten sposób na nowo projektować wyobrażenie o polskiej wsi. Efekt jest niesamowity, a przy okazji stanowi jeden z ciekawszych przykładów braterskiej współpracy.
Filip i Karol (wspólne stanowisko): „W naszym przypadku wspólne działanie było zdecydowanie ułatwieniem i miało bezpośrednie przełożenie na kształt muzyki. Większość utworów, jakie napisaliśmy to utwory, gdzie każdy z nas miał swój twórczy wkład, a nawet jeśli piosenka została napisana tylko przez jednego z nas - drugi zawsze służył pomocą nie szczędząc krytycznych uwag, chociażby przy obiedzie u mamy. Ułatwienie wynika z tego, że spędzając wiele czasu razem również we wspólnej rodzinnej przestrzeni wykształciliśmy pewne wspólne mianowniki - doświadczenia, konteksty, inspiracje - oraz wspólną semantykę, za pomocą której porozumiewaliśmy się tworząc muzykę. Więc jeśli nie nastąpi jakiś kataklizm, to masz artystycznego partnera do końca życia. Minusem może być przenoszenie relacji zespołowych na rodzinne, ale u nas to się ostatnio prawie nie zdarza”. Tylko pogratulować.