Żużel
„Żużel to nałóg. Bywam na głodzie” - Ziółkowski, menedżer mistrzów Polski
Pasja, poświęcenie i… dobry humor. Jacek Ziółkowski, menedżer żużlowego Platinium Motoru Lublin, zdradza, co jest najważniejsze w jego pracy.
Chodzi na żużel rok krócej, niż grają Rolling Stonesi. Widział i przeżył w tym sporcie wszystko. Pracuje w nim zawodowo od blisko czterech dekad, a najszczęśliwsze momenty przeżywa właśnie teraz. Słynie ze znajomości regulaminów, znakomitej pamięci, wszechstronnej wiedzy (wygrał m.in. teleturniej 1 z 10!), optymizmu i poczucia humoru! Od lat jest menedżerem Platinum Motoru Lublin – ekipy, która sięgała po złoto w dwóch ostatnich sezonach PGE Ekstraligi. Człowiek – encyklopedia opowiedział nam, na czym polega jego praca, w czym pomaga dobry żart i który żużlowiec robił najlepsze dowcipy.
Red Bull: Jakie funkcje pełniłeś, działając zawodowo przy sporcie żużlowym?
Jacek Ziółkowski: Oj, łatwiej chyba byłoby wymienić te, których nie pełniłem. (śmiech) Żartuję, że nie byłem tylko wirażowym, kierownikiem startu i nie jeździłem polewaczką! Pracowałem przy speedwayu w naprawdę wielu rolach. Byłem spikerem, sekretarzem zawodów, sędzią, kierownikiem zawodów, kierownikiem drużyny, menedżerem.
Ile czasu potrzebowałeś, żeby skompletować tak imponujące CV?
Na stadionach żużlowych jestem dokładnie od 60 lat. Właśnie zacząłem 39. rok pracy przy tej dyscyplinie. Wcześniej byłem oczywiście kibicem. Pierwszy mecz, który pamiętam bardzo dokładnie, to feralny sparing Motoru Lublin ze Stalą Rzeszów w 1966 roku. Niestety, doszło w nim do śmiertelnego wypadku Tadeusza Tkaczyka, ale wspominam ten dzień z innego powodu. Przed pierwszym wyścigiem ze środka murawy startował balon. Taki klasyczny balon z koszem i workami balastowymi. Dla mnie, małego dzieciaka, było to wielkie przeżycie. Nagle, w tej mojej szarej codzienności pojawił się kolorowy, wielki, latający obiekt. Dlatego tak dokładnie zapamiętałem ten dzień.
Jaka była twoja droga z trybun do parku maszyn?
Wiodła przez małą, podlubelską wieś. Pracowałem jako nauczyciel. Pewnego dnia znajomy powiedział, że potrzebuje ludzi do pracy przy drużynie żużlowej. Wiedział, że jestem absolutnie zaczadzony tym sportem i nie będzie miał najmniejszych problemów, żeby mnie namówić. Zrobiłem przyspieszony kurs na kierownika zawodów i zacząłem pracę. Tak na próbę, żeby zobaczyć, czy się nadam i czy mi się spodoba. I tak zostałem. Na 38 lat…
Dzisiaj jesteś menedżerem Motoru Lublin - drużyny, która w dwóch ostatnich latach wygrała ligę. Jakie wymagania musiałeś spełnić, by objąć to stanowisko?
Formalnie, co roku muszę odnawiać swoją licencję. Wspólnie z kolegami z innych drużyn przechodzimy szkolenia, śledzimy wszystkie zmiany w przepisach, omawiamy interpretację poszczególnych zapisów i finalnie zdajemy egzamin ze znajomości regulaminów sportu żużlowego.
W tej pracy trzeba umieć zachować spokój w najbardziej stresujących sytuacjach. Trzeba lubić działanie pod presją czasu. Trzeba mieć grubą skórę.
A nieformalnie?
Trzeba mieć szereg umiejętności „niemierzalnych”, które nie są certyfikowane żadnym przepisem. Z mojego wieloletniego doświadczenia wynika, że właśnie one są najważniejsze. Oczywiście, kwity trzeba mieć, bez dwóch zdań, ale nie ma kursu teoretycznego i egzaminu na… umiejętność życia i współpracy w parku maszyn. A to jest bardzo specyficzne środowisko. Trzeba znać regulamin i umieć błyskawicznie reagować na wydarzenia torowe, przewidywać bieg wydarzeń, na bieżąco analizować kilka możliwych scenariuszy i antycypować konsekwencje każdego z nich, działać rozsądnie i metodycznie w nieprzewidywalnym, głośnym i bardzo dynamicznym otoczeniu. Trzeba umieć zachować spokój w najbardziej stresujących sytuacjach. Trzeba lubić działanie pod presją czasu. Trzeba mieć grubą skórę. Trzeba ryzykować i brać na siebie odpowiedzialność za śmiałe decyzje. Trzeba być oswojonym z pracą pod lupą mediów i kibiców. I, co być może najbardziej istotne, w tym całym szaleństwie trzeba pozostawać naturalnym i komunikować się z ludźmi w prosty, jasny i zrozumiały sposób. Jaka książka i jaki egzamin miałyby do tego przygotować?!
Co w takim razie pomaga?
Doświadczenie. I osobiste predyspozycje. No i szczera pasja, bo bez niej nie da się pracować w sporcie tak specyficznym, jak żużel. Ja kocham tę dyscyplinę całym sercem, żyć bez tego nie mogę. Koncentruję się i skupiam na tym, co ważne, ale to nie znaczy, że jestem sztywniakiem, ciągle marszczę czoło i nie pozwalam sobie na luz. Przeciwnie! Uważam, że luz i poczucie humoru najlepiej pozwalają przetrwać w parku maszyn. Przez wiele dekad pracy sprawdziłem to na swoim organizmie. Teraz mam to absolutne szczęście, że współpracuję ze wspaniałymi ludźmi. W drużynie mamy świetnych chłopaków, a trener Maciek Kuciapa i kierownik Marcin Świderski to goście, dla których aż chce się przychodzić do roboty!
Na czym polega twoja praca?
Przed meczem trzeba wybrać skład i przyporządkować numery startowe zawodnikom. To szalenie ważne, bo program żużlowy jasno determinuje, w których wyścigach i przeciwko jakim rywalom jedzie zawodnik spod danego numeru. Przy ustalaniu składu trzeba wziąć pod uwagę mnóstwo czynników: czy jedziemy w Lublinie, czy na wyjeździe, z jakim rywalem, na jakim torze, przy jakiej pogodzie, w jakiej formie na dany moment jest każdy z zawodników, kiedy wypuścić tych, którzy preferują starty, a kiedy tych lubiących walczyć na trasie itd. Drukuję sobie wiele wersji programu i po analizie wszystkich, konsultuję swoje propozycje z trenerem. Ustalamy skład i czekamy na mecz.
A wtedy…?
A wtedy wszystko może się zmienić w każdej sekundzie, a nawet najbardziej misternie ułożony plan może legnąć w gruzach. Bo to jest żużel… Ale wiesz, co? Właśnie to w tym całym szaleństwie jest najfajniejsze! Możesz przygotować się na mnóstwo wariantów, założyć zmiany, rozpisać sobie kilka możliwych scenariuszy, a życie i tak cię zaskoczy. I wtedy właśnie zaczyna się tak naprawdę moja robota. Nieprzewidywalne sytuacje pokazują, czy ktoś się do tego nadaje, czy nie. Oczywiście, to jest bardzo stresujące, ale daje ogromnie dużo satysfakcji.
Jakiś przykład?
Proszę bardzo. Rok temu jechaliśmy na półfinał w Toruniu. Bardzo ważny mecz, w rozpiskach mieliśmy kilka naprawdę dobrze przemyślanych wariantów wydarzeń. Musieliśmy tak podchodzić do tematu, bo przez cały sezon korzystaliśmy z „zastępstwa zawodnika”, więc margines błędów taktycznych był minimalny. I co? I na próbie toru wypadkowi uległ i nogę złamał nasz lider, Mikkel Michelsen! Czy można było to przewidzieć i przygotować się na taki scenariusz? Oczywiście, że nie…
Red Bull Juniorskie Asy - zobacz, jak przez cały sezon dodajemy skrzydeł młodym żużlowcom w specjalnym programie
I co zrobiłeś?
Poprosiłem o… kilka minut samotności. Nie wiedzieliśmy jeszcze nawet, co dokładnie stało się Mikkelowi i czy będzie w stanie nam pomóc. Jasne było jedno – że nie wystartuje w pierwszej serii. Powiedziałem więc, by na szybko zastąpił go Dominik Kubera (który był szykowany do wyjazdu na tor w innej części zawodów), żeby po tej zmianie pierwszą serię pojechać według założonego scenariusza, a mi dać chwilę na ułożenie sobie wszystkiego w głowie. Wziąłem czysty program i w kilka minut wygenerowałem kilka zupełnie nowych scenariuszy. Pokazałem je Maćkowi i Marcinowi, bo sam nie byłem pewien, czy w tym stresie nie popełniłem głupiego błędu. Zaakceptowali nową strategię i tak odjechaliśmy ten mecz. Chyba była dobra, bo awansowaliśmy do finału, a w nim sięgnęliśmy po pierwszy w historii klubu tytuł mistrzowski. Myślę, że w komfortowych warunkach, w domu, w ciszy, nie wykonałbym tej pracy tak szybko i tak dokładnie. To wyjątkowe okoliczności, presja czasu i pozorny chaos wymusiły na mnie takie działanie.
Zdarza się, że wszystko idzie zgodnie ze scenariuszem?
Jeśli scenariuszy jest kilka i są dobrze przygotowane, to oczywiście może zdarzyć się tak, że mecz potoczy się zgodnie z którymś z nich. Ale to w żadnym wypadku nie zwalnia z koncentracji, stałego pilnowania programu i przebiegu spotkania. Non stop muszę być czujny. Mam to szczęście, że współpracuję z fantastycznymi ludźmi. Z Maćkiem i Marcinem rozumiemy się doskonale, szanujemy i wspieramy. To nie znaczy jednak, że zawsze się zgadzamy! Bywa, że mamy odmienne opinie i różne pomysły taktyczne – wtedy dyskutujemy i wspólnie ustalamy jedną wersję. I taką wypracowaną decyzję przekazujemy zawodnikom. Jako naszą, wspólną. Dla nich jesteśmy zawsze jedną, zgodną instancją decyzyjną. Myślę, że to ważne.
Mylisz się?
Jasne, że tak! Jak każdy człowiek. Kiedyś przegrywaliśmy dość wysoko w Tarnowie. Sytuacja była niemal beznadziejna, ale to jest sport i trzeba walczyć do końca. Wymyśliłem cały szereg rezerw taktycznych, żeby wyjść z tego z twarzą. Pojechaliśmy pierwszą rezerwę, potem drugą, idę zgłaszać sędziemu trzecią, a ten… mówi mi, że przecież nie mogę. Okazało się, że wygraliśmy wyścig, a ja tego nie zauważyłem, tak byłem zaabsorbowany generowaniem kolejnych wariantów taktycznych! Trzeba zawsze być skupionym na swoich zadaniach. Nie uważam, że pozjadałem wszystkie rozumy i nie popełniam błędów. Dlatego tak bardzo cieszę się, że współpracuję z Maciejem i Marcinem, o których już wielokrotnie mówiłem. Co trzy głowy, to nie jedna. Żaden z nas nie może zakładać, że zawsze ma rację. Wszyscy tak do tego podchodzimy i staramy się wspierać i odciążać nawzajem, choć w meczach domowych nie jest to takie proste.
Łatwiej pracuje się na wyjazdach?
Mi tak! Zawodnicy mają pewnie zupełnie odwrotnie, bo wolą ścigać się na swoim, dobrze znanym torze. Trener musi ten tor przygotować i dbać o niego, co jest szalenie trudne, ale wie o nim zdecydowanie więcej i przez to łatwiej mu reagować. W trakcie meczu musi zapewnić wykonanie wszystkich poleceń sędziego i dopilnować naprawdę wielu spraw, więc kontakt z nim jest ograniczony. A ja? Ja, niezależnie od tego, gdzie jedziemy, robię swoje. Podczas meczów wyjazdowych mam do dyspozycji więcej czasu z trenerem i zwykle jest więcej roszad taktycznych, więc wtedy ta moja robota jest bardziej esencjonalna. Ja to naprawdę kocham.
To miłość dojrzała, prawda?
Zdecydowanie. Dojrzała, świadoma, a jednocześnie młodzieńczo szalona. Słuchaj, ja mam 65 lat. Od kilku dni pracuję z jednego powodu. Bo chcę! Formalnie mógłbym przejść na emeryturę, ale… myślę, że gdybym się zatrzymał, stało by się coś niedobrego. Nadal chcę w tym być, żyć w ciągłym ruchu, emocjach, pozytywnym napięciu. Mam wrażenie, że ta karuzela, która rozpędziła się ponad pół wieku temu, trzyma mnie w formie.
Fizycznej, czy psychicznej?
Jednej i drugiej. Fizycznie czuję się całkiem w porządku. Żużel mnie konserwuje. Psychicznie? Jeszcze lepiej. Ciągłe analizy, liczenie, generowanie różnych wariantów itd. – wszystko to sprawia, że mój umysł stale pracuje na wysokich obrotach. Przez tę pasję moja pamięć czasem mnie zaskakuje. Obudzony w środku nocy będę wiedział, jaki numer jedzie w każdym wyścigu, z którego pola startowego, w zależności od wylosowanego zestawu. Ja doskonale pamiętam, okrążenie po okrążeniu, wyścigi sprzed kilkudziesięciu lat! Pamiętam kaski, numery startowe, ataki, upadki… Wyścig Tadka Bereja z Bogusławem Nowakiem, kiedy Tadziu pojechał za szeroko w pierwszym łuku ostatniego kółka, Boguś wszedł pod niego, a nasz Tadek odzyskał prowadzenie szalonym atakiem „pod zegarem”. Ten wyścig odbył się pół wieku temu, a ja mam go przed oczami, jakby to było przedwczoraj!
Pracujesz w żużlu blisko cztery dekady. Ile meczów opuściłeś?
Jeden.
Jeden?!
Tak. I wiem, że to był fatalny pomysł. Miałem trudniejszy okres i postanowiłem skonsultować się z lekarzami. Doktor zrobił mi serię badań i złapał się za głowę. Stwierdził stan przedzawałowy i kategorycznie zabronił mi się denerwować, o wyjeździe na mecz nie było mowy. A ja, głupi, posłuchałem go… I wtedy denerwowałem się najbardziej w swoim życiu! Drużyna pojechała do Częstochowy, a ja oglądałem mecz w telewizji. Nigdy wcześniej tak się nie stresowałem. Odpalałem papierosa za papierosem, ręce mi się trzęsły, serce łomotało i myślę, że naprawdę niewiele brakowało, żebym się przekręcił. To było koszmarne i powiedziałem sobie: o nie, tak nie może być, wracam do roboty! Na następnym meczu byłem już w pracy i wszystko wróciło do normy. Była adrenalina, pośpiech, presja czasu, emocje, nerwy – czyli moje naturalne, ukochane środowisko. (śmiech) W parku maszyn nie ma czasu na stres. Stres może sprawić, że podejmiesz złą decyzję, przez co ucierpi drużyna, a na to nie można sobie pozwolić. Ja się w trakcie meczu nie denerwuję. Nazwałbym te emocje inaczej – to jest taki fajny dreszczyk, ekscytacja, pozytywne pobudzenie. W domu, przed telewizorem, to są dopiero nerwy! A żeby było już całkiem ciekawie to powiem, że… jak jestem na stadionie, to też oglądam mecz w telewizji! (śmiech)
Nic z tego nie rozumiem!
Nie dziwię się. (śmiech) To się zmieniło kilka lat temu, wraz z postępem technologicznym telewizji, która transmituje mecze. Odkąd wziął się za to Canal+, relacje weszły na niewyobrażalny jeszcze kilka lat wcześniej poziom. Liczba kamer, mnogość powtórek, ujęć w zwolnionym tempie i danych telemetrycznych sprawiają, że dla mnie bardziej opłacalne jest zostanie w parku maszyn. Wtedy nic mi nie umknie. Pozostaję przy zawodnikach, którzy akurat nie jadą i z nimi mogę wymienić sporo uwag. Od razu dostaję do analizy mnóstwo danych, widzę, jak idzie w górę taśma, mam wszystkie czasy, ujęcia slow motion itd. Trener śledzi oczywiście wydarzenia na żywo, ale ja wolę zostać w parku maszyn.
A co robi menedżer po powrocie do domu?
Najczęściej… ogląda jeszcze raz powtórkę meczu, na którym właśnie pracował! (śmiech) Serio! Chociaż człowiek zawsze stara się koncentrować na 100% i nie przegapić żadnego istotnego szczegółu, to jednak nie jest robotem. Zawsze oglądam transmisję z odjechanego meczu, żeby się upewnić, czy wszystko zrobiliśmy prawidłowo, czy może czegoś nie wychwyciliśmy i w jakimś momencie mogliśmy zareagować inaczej. Tak samo jest zimą. W listopadzie i grudniu nie mam problemów i odpoczywam po intensywnym sezonie. Ale od stycznia żużla zaczyna brakować w krwioobiegu.
I jak sobie wtedy radzisz?
Oglądam powtórki meczów z ostatniego sezonu. Spotkanie po spotkaniu, cały rok przerabiam jeszcze raz. Speedway to jest narkotyk, zimą i wczesną wiosną ja jestem na głodzie. Ale to oglądanie powtórek ma swoje dobre strony. Po upływie czasu, z odpowiedniej perspektywy, można na wszystko spojrzeć zupełnie spokojnie. Wtedy rodzą się czasem nowe pomysły. Tak było kilka dni temu. Oglądając jedno ze spotkań, przyszedł mi do głowy pewien pomysł, jak poprawić nasz wynik w jednym konkretnym meczu, przeciwko konkretnemu rywalowi, na konkretnym stadionie. Sam pomyślałem: jak mogłem wcześniej na to nie wpaść?! Zadzwoniłem do trenera i spytałem go o zdanie. Zgodził się i w nowym sezonie prawdopodobnie zastosujemy ten manewr. Gdyby nie zimowe oglądanie powtórek, być może żaden z nas nie wpadłby na to. W tej robocie jest się przez cały rok. Myślę o zawodnikach, rozgrywam w głowie mecze, sprawdzam różne ustawienia itd.
Potrzebujesz odskoczni od żużla i napiętej atmosfery, która towarzyszy lidze?
Jak wspomniałem, po sezonie mam trochę oddechu. Ale nie potrzebuję mentalnie odpoczywać od meczowego klimatu, bo ja to napięcie uwielbiam, ono mnie nakręca. Poza tym, staram się zachowywać naturalnie i być sobą. A jestem dość pogodnym facetem, więc często rozładowuję atmosferę. Swoje już przeżyłem, wszystko chyba widziałem, więc łatwiej mi odnaleźć się w wielu sytuacjach. Powtarzam chłopakom: słuchajcie, my chcemy wygrać i oni też; dajmy z siebie wszystko, żeby mieć czyste sumienie i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Jak jedzie czterech, to nie ma siły – ktoś musi być czwarty. (śmiech) Poczucie humoru i odpowiednio dobrany żart naprawdę potrafią świetnie rozładować napiętą sytuację.
Zawodnicy mają poczucie humoru?
Każdy jest oczywiście inny i z każdym pracuje się inaczej, ale generalnie to pogodni ludzie. Mistrzem nad mistrzami był Jerzy Mordel. Z Jurkiem nigdy nie było nudno. Wiele lat temu mieliśmy mecz w Grudziądzu. Przed spotkaniem ktoś z ekipy gospodarzy podbiega do mnie i mówi, że na stadion chce wjechać jakiś wariat i mówi, że jest od nas. Idę pod bramę i co widzę? Jurek przyjechał na mecz… karawanem! Zepsuł się jego bus, a jeden z jego sponsorów i przyjaciół pracował w usługach pogrzebowych i pożyczył mu taki właśnie pojazd. Wyobrażasz to sobie?! Gość przyjeżdża na mecz karawanem, w miejscu na trumnę są motocykle, a kask i kombinezon leżą tam, gdzie powinny być wieńce! Jurek, wołam, czyś ty oszalał – a on, spokojnie, jak to Jurek: co miałem zrobić, tylko taki miałem; samochód, jak samochód. (śmiech) Innym razem, po skończonym treningu, siedzieliśmy na tarasie budynku klubowego w Lublinie. Funkcyjny z sekcji piłkarskiej wyszedł akurat malować na boisku linie przed meczem. Kiedy doszedł do półkola przy polu karnym, Jurek krzyknął, że mu pomoże i zaczął go instruować: trochę dalej, bardziej w lewo itp. Oczywiście Mordel robił sobie żarty i tak go pokierował, że facet przy tym polu karnym wymalował jakieś fale Dunaju. (śmiech) Najpierw myślałem, że pęknę ze śmiechu, ale jak piłkarze zorientowali się, do czego doszło, to bałem się wyjść z budynku! Jurek był nie do podrobienia. Tak, poczucie humoru jest doskonałym katalizatorem emocji, a tych w speedwayu nie brakuje.
Które z tych żużlowych lat wspominasz szczególnie?
Jestem ze speedwayem 60 lat, pracuję w nim blisko 40, a najfajniejsze chwile przeżywam właśnie teraz! Długo musiałem na nie czekać, ale było warto. Pochodzę z Lublina, więc tytuły mistrzowskie Motoru są dla mnie absolutnie szczególne. Wspominałem o balonie startującym ze stadionu w 1966 roku, prawda? Gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że Motor będzie najlepszą drużyną na świecie, a ja będę miał swój wkład w jego złote medale, uznałbym to za urojenie. Minęło 55 lat i… proszę bardzo! (śmiech) Nie ukrywam, kiedy sięgaliśmy po pierwsze złoto, ścisnęło mnie w gardle. Po wywalczeniu tytułu poszliśmy na rundę honorową. Ludzie płakali ze szczęścia i wzruszenia. Ja też. Spędziłem na tym stadionie sześć dekad swojego życia, jako kibic i pracownik klubu. Wiele twarzy rozpoznałem, wiem, że ci ludzie całe życie czekali na takie chwile. Nie da się tego opisać, to trzeba przeżyć, posmakować. Warto bawić się w sport, żeby doświadczyć takich emocji.
Jesteś dumny?
Bardzo. Jestem dumny z miasta, klubu i ludzi. Z ludzi najbardziej. Nigdzie w świecie nie ma takich kibiców. Oni naprawdę kochają żużel do szaleństwa i co roku szokują wszystkich swoim dopingiem i zaangażowaniem, ale też kulturą i otwartością. W klubie pracują genialni, oddani ludzie. Nigdy nie byłem częścią tak dobrze zorganizowanej drużyny, a widziałem naprawdę wiele. Zawodnicy chyba lubią u nas jeździć, bo wielu właśnie w Motorze wykręca swoje najlepsze wyniki. To wszystko składa się na to, że sportowo jestem naprawdę dumny i szczęśliwy.
Co jest najważniejsze w twojej pracy?
Suma czynników, o których już wspomniałem. Znajomość regulaminów i umiejętność logicznego myślenia w warunkach, które dla większości ludzi byłyby anormalne i zdolność błyskawicznego podejmowania decyzji. Chęć brania na siebie odpowiedzialności, pewna skłonność do ryzyka. Ale bezapelacyjnie najważniejsza jest pasja. Miłość do żużla. Bez niej to wszystko nie miałoby żadnego sensu.
* * *
Znasz pracownika zasługującego na wyróżnienie?
Uskrzydlij wybraną osobę z pracy za jej patenty na ogarnianie roboty. Wejdź na redbull.pl/patent i stwórz spersonalizowany certyfikat. Przesyłkę z graficznym trofeum uzupełnimy o dwie puszki Red Bull’a, aby jej patenty dostały dodatkowych skrzyyydeł.