Janusz Walczuk
© Piotr Rybiński @p_rybinski
Muzyka

Janusz Walczuk: Chcę mieć totalną swobodę wypowiedzi

Odrobił lekcję z klasyki polskiego hip-hopu, pomógł kolegom zrealizować złote i platynowe płyty, aż postanowił wydać solowy album. Sprawdź, czy Janusz Walczuk to twój nowy idol.
Autor: Tomek Doksa
Przeczytasz w 13 min
Szlafrok, w którym prezentujesz się na okładce swojej debiutanckiej płyty to twój nieodłączny element codziennej garderoby czy tylko taka stylizacja?
Janusz Walczuk: Na swojej drodze spotkałem wielu artystów, którzy wykreowali jakiś swój wizerunek i potem byli jego więźniami. Ja przy wymyślaniu zdjęcia okładkowego stwierdziłem, że zamiast specjalnie się stroić, pokażę się na niej tak, jak wyglądam przez 95 procent swojego czasu. Czyli: szlafrok i kubek z kawą czy kakao. Taki właśnie jestem. Naprawdę większość moich dni zaczyna się od tego, że wstaję z łóżka, idę pod szybki prysznic, po czym zakładam na siebie pierwsze ciuchy jakie wpadną mi do ręki i w nich idę do studia robić swoje. Nie są to rzeczy, które mają dla mnie jakieś mega duże znaczenie.
Po cichu wierzyłem, że może stoi jednak za tym szlafrokiem jakaś inna historia. Na przykład fascynacja postacią Tony’ego Soprano.
Oglądałem oczywiście „Rodzinę Soprano”, ale nie miałem jej na myśli przy wymyślaniu tej okładki. Ja lubię szlafroki od zawsze. U mnie w domu każdy musiał mieć swój. Ale Tony Soprano wiadomo – podoba mi się jako ten boss w szlafroku. Jeśli jednak chodzi o mój wizerunek to jest tak, jak nawijam na płycie: „nie mam image’u oraz planów na kolejny weekend”. Żyję z dnia na dzień i szlafrok dobrze to opisuje. Jestem czillerem, po prostu.
Białas rapuje u ciebie, że bywa smutny, bo ludzie nie ufają szczęśliwym poetom. Ale z tobą jest inaczej – ty na swojej płycie brzmisz, jakbyś głównie się uśmiechał. Można ci ufać? Nie wkręcasz mnie w swoją grę?
Nie, jestem sobą. Nie wczuwam się w coś takiego jak mocna kreacja wizerunku. Dobrze wiem, że są osoby, które na przykład ostro promują jakąś postawę życiową i potem niezbyt mogą się wychylić z czymś innym, bo już są mocno kojarzone z tą pierwszą. A ja nie chcę być niewolnikiem swoich pomysłów i chcę mieć totalną swobodę wypowiedzi. Moja okładka i cała oprawa płyty jest trochę prześmiewcza, bo samo hasło „Twój nowy idol” kojarzy się - przynajmniej ja tak mam - z jakimś piłkarzem, z jego idealną fryzurą i pięknymi ciuchami. Piłkarze najczęściej tak dziś wyglądają. A ja chciałem zrobić trochę na odwrót, coś jak błąd w Matrixie – zobacz, oto twój kolejny idol, u którego wszystko jest na odwrót. Roztargane włosy, szlafrok, te sprawy.
Janusz Walczuk
Janusz Walczuk
Ty sam miałeś jakichś idoli wiszących nad twoim łóżkiem?
Miałem plakat Ronaldinho i składy Barcelony. W „Bravo Sporcie” były takie rzeczy. Koleżanki kupowały „Bravo Girl” i tam były np. plakaty Jareda Leto.
Nie miałeś kogoś ze świata muzyki? No chyba, że zacząłeś się nią interesować później.
Interesowałem się muzyką od momentu, gdy tata puścił mi kawałek „Kochana Polsko” OSTR-a. Potem wjechał Eminem, którego kilka albumów mam cały czas w domu na kasetach. Można mu było zarzucać brak klasycznego, hiphopowego vibe’u i to, że nie robił typowej czarnej muzyki, ale dla mnie to był koleś, który niesamowicie rozkminił rap grę. Rapował tak jak nikt wcześniej i grubo rozje*ał. Dziś jak słucham jego kawałków to ociera się to już o szaleństwo, wszystko jest u niego tak poskładane, że dla mnie nawet za mocno. Za bardzo tam się wszystko składa, a ja jednak lubię, gdy muzyka nie jest taka perfekcyjna. Słuchałem też 50 Centa, przechodziłem fascynację rapem Tedego, Peji, Pezeta, Sokoła i wszystkiego, czego słuchało się wtedy na osiedlu: 600V, Deszczu Strugi, JWP.
Odrobiłeś lekcje, mówiąc krótko. Ale zanim zacząłeś robić własny rap, pracowałeś w studiu jako realizator i inżynier dźwięku.
„Cześć, jestem Jaś” jest pierwszym utworem na mojej płycie nie przez przypadek. Jest jednym z najstarszych kawałków i opisuje moje życie jeszcze sprzed udziału w Hotelu Maffija. Opowiada o kolesiu, który umie rapować, ale za bardzo nie wie, jak to robić, żeby mu fajnie wychodziło. Byłem wtedy czynnym realizatorem, kolesiem raczej od zaplecza. Miałem dryg do pisania wersów, ale musiałem w to włożyć jeszcze dużo pracy.
Wcześniej jeszcze tworzyłem pod ksywą Yah00, ale miałem poczucie, że muszę zrobić coś naprawdę mocnego, poważnego. Miałem bardzo zamkniętą głowę, choć do końca nie wiem dlaczego. Potem przyszła pandemia, zrobiliśmy z ziomalami projekt B24, pod którym nagrywaliśmy dość odklejoną muzykę i to mi trochę pomogło, otworzyło głowę. W trakcie powstawania płyty i pracy z producentem Pedro, odświeżyłem ten łeb i zacząłem traktować muzykę tak jak napisałem w opisie krążka: jako soundtrack do mojego życia. Podczas tworzenia mojego albumu tak naprawdę zacząłem cieszyć się życiem. Zobaczyłem, że moje ruchy i że to, co robię, może realnie wpłynąć na rzeczywistość, która mnie otacza. Przekminiłem to sobie tak, że muszę podchodzić do tego z dużym luzem i w ogóle się nie spinać, ale zacząć nawijać o swoim życiu, po prostu. Zrobiłem więc analizę socjologiczną: co mnie właściwie otacza? I tak nagrałem numer „Tak mi ucieka czas”, który jest o życiu na osiedlu, a numer „22” z kolei o tym, jak kiedyś widziałem rap grę, a jak na nią teraz patrzę z perspektywy 22-latka. Po wejściu w tę branżę zauważyłem, jak wielu osobom coś nie wyszło, bo poszły w złą stronę. Jak przepadł im cały ten hype. Dlatego nawijam: „Prawie wszystkich moich idoli mocno zryło życie / To przestroga żebym nie zrobił z mordy czterech liter”. Z Jankiem-rapowanie, który pojawia się w tym utworze, chcieliśmy podkreślić, że jesteśmy młodymi ludźmi, mamy wielkie ambicje, ale mimo dużej presji jaka na nas ciąży, chcemy pozostać zwykłymi, normalnymi ludźmi i wytrzymać psychicznie to, co się dzieje wokół. Wydaje mi się, że nauczyłem się to robić. Wiem, że muszę być twardy, jeśli codziennie dostaję – oprócz tych przyjemnych wiadomości – mnóstwo hejtu. Ludzie potrafią serwować ci rollercoaster, na który ty musisz nauczyć się być odporny. Musisz znać swoją wartość.
Muzyka · 4 min
Jan-rapowanie spełnia marzenia na Open'erze
To ciekawe, co mówisz. Myślałem, że wychodzisz ze swoją pierwszą płytą bez poczucia żadnej presji. Że ta pojawi się ewentualnie przy drugim, weryfikującym krążku. Znowu wrócę do twojej okładki – czy tak wygląda chłopak pod presją?
Pomimo tego, że to jest moja pierwsza solowa płyta, to ja muzykę robię już 10 lat. Rok temu, po Hotelu Maffija, byłem przez osiem miesięcy w trasie z Żabsonem. Moja osoba gdzieś tam więc się przewijała. Ty, jako niekoniecznie fan Żabsona, mogłeś mnie w tym wszystkim nie widzieć, ale w określonych kręgach fanów byłem postacią, która była ludziom dobrze znana.
„Piękna pani zaprasza na bal, muszę jej odmówić, bo muszę o siebie dbać” – opowiedz mi o tym, dlaczego dwudziestolatek nie chce korzystać życia?
Ja jestem zadaniowcem. Podchodzę do różnych tematów bardzo zadaniowo. Jeśli np. nadmierne picie i imprezowanie sprawi, że będę grał gorsze koncerty, to ja nie będę tego robił. Dla mnie ważniejsza jest muzyka, i to muzyka na dobrym poziomie, niż zabawa. Oczywiście zdarzają się w moim życiu balety, ale potrafię miesiąc w nich nie uczestniczyć, co w moim wieku, umówmy się, może być odbierane jako dość dziwne. „Muszę o siebie dbać” nie bez przyczyny wjeżdża na mojej płycie po numerach „MDK” i „Offside”, które odnoszą się do popularnych wśród moich znajomych używek. „Moje ziomki dobrze znają toczkę / Kiedyś ujebali moją platynę koksem”. Napisałem ten numer na chyba największym swoim kacu – napisałem go dla siebie, po prostu. Za każdym razem, gdy mam dylemat, czy gdzieś warto iść, czy nie, puszczam sobie ten numer i stwierdzam: dobra, nie warto. Jestem zwolennikiem podejścia, że jak już coś celebrować, to przy konkretnej okazji. Na przykład dzisiaj wyszła moja płyta, więc można się pobawić. Na pewno u mnie na pierwszym miejscu jest ciężka praca. Dopiero po niej wyjście i zabawa.
Pochodzisz z żołnierskiej rodziny, że jesteś taki na baczność?
A to ciekawe pytanie. Nie, nie pochodzę z żołnierskiej rodziny, ale moi rodzice uczyli mnie zarabiać od dziecka. Mówili mi, że nie muszę wcale myśleć tak, jak każą mi w szkole, nie muszę iść na studia tylko po to, żeby je robić. Studia są zależne od ścieżki twojego rozwoju. Tata powiedział mi kiedyś, że ciężką pracą i determinacją mogę w kilka lat przejść od poziomu absolutnego zera do osiągnięcia szczytu w danej dziedzinie. Zwłaszcza w Polsce, gdzie wciąż mamy mało zajebistych fachowców. I ja staram się tego trzymać. Jeszcze cztery lata temu nie wiedziałem zupełnie nic o realizacji dźwięku, nie robiłem pod nią żadnej szkoły, a dziś mam na swoim koncie 59 złotych i platynowych płyt za samą realizację. Dla mnie to jest dosyć szalone, ale nauczyłem się tego wszystkiego sam. Pracowałem po 12 godzin dziennie, szkoliłem w różnych studiach, rozmawiałem z wieloma realizatorami, chciałem być w tym po prostu najlepszy. Nadal chcę. Mam na swoje życie konkretne plany. Chciałbym kupić sobie fajne mieszkanie, fajny domek, zrobić dużo fajnych rzeczy. Jara mnie po prostu rozwój, jara mnie to, że mogę coś zrobić i będę coś z tego miał. Dla mnie to jest największa życiowa zajawa. Przykład? Wydałem teraz płytę i za trzy miesiące, jak przyjdzie rozliczenie, będę miał z niej kapitał, który będzie mój i będę mógł nim obracać.
„Nie potrzebuję sławy, tylko góry pieniędzy”.
Nie potrzebuję sławy, tylko góry pieniędzy i morze ludzi, którym będę śpiewał swoje teksty. Sama sława mnie nie interesuje. Bo co mi z tego, że każdy wszystko o mnie wie i może zrobić ze mną zdjęcie? Ja chcę fanów, którzy będą czuli moją muzę, a nie zabiegali tylko o foty. Takich ludzi chciałbym mieć. By słuchali moich kawałków, kupowali płyty i przychodzili na koncerty. Chciałbym też, chyba jak każdy, podnosić standard swojego życia. Bo dzięki temu będę mógł się rozwijać. Mając więcej pieniędzy, mogę więcej ich wydać np. na produkcję teledysku. I ciągle sobie podnosić poprzeczkę.
Janusz Walczuk
Janusz Walczuk
Poza rodzicami, szacunku do pracy, nauczyła cię też na pewno rola studyjnego realizatora, który musi pracować cierpliwie, w czyimś cieniu.
Tak. Dobry realizator musi umieć dogadać się z drugą osobą, z którą siedzi w studiu. Ta relacja to jest trzon współpracy. Ja zarówno z Matą, Żabsonem, jak i Jankiem-rapowanie znam się bardzo dobrze. Mówimy sobie praktycznie o wszystkim, bo kiedy chcemy zrobić jakiś zajebisty album, muszę być jak ich adwokat – muszę wiedzieć o wszystkim, żeby móc wykrzesać z naszej pracy, ile się tylko da. Miałem kiedyś, przy okazji miksowania płyty Janka dylemat: rzucić studia prawnicze i iść całkowicie w muzykę, czy nie. Zastanawiałem się, czy je rzucić, bo przecież w branży prawniczej też są dobre pieniądze. Ale stwierdziłem, że to jest takie środowisko, że musiałbym się do końca życia użerać z ludźmi, z którymi nie będzie mi w ogóle po drodze. W muzyce mam zupełnie odwrotnie. Wszystko udaje mi się robić z zajebistymi ludźmi i na pełnym luzie.
I planować kolorową przyszłość. Jeszcze jeden z ciebie cytat: „Kazik mi śpiewał, że każdy artysta jest prostytutką, ja chciałbym się rozwijać, a nie jeźdźić fiatem punto”. U ciebie rozwój równa się pieniądze?
Ja wiem, że jeszcze dziesięć lat temu na takie rzeczy patrzyło się źle, ale w zarabianiu pieniędzy nie ma przecież niczego złego. Ważne jest, co ty chcesz z tymi pieniędzmi zrobić. Bo ja na przykład nie chcę ich po prostu przejebać, ale chciałbym, żeby dzięki zarobionym pieniądzom moje ruchy były nieograniczone. Chcę nie tylko mieć pomysł na teledysk w Kalifornii, ale przede wszystkim możliwość jego realizacji. Bez zastanawiania się, czy starczy mi na to pieniędzy, czy nie. Moje wszystkie ruchy skierowane są tylko na to, by jak najbardziej się rozwinąć.
Zobacz – dziś duże firmy chcą współpracować z muzykami i nie ma w tym niczego złego. Jeżeli ja, młoda osoba, jestem użytkownikiem jakiejś danej rzeczy i lubię ją, dlaczego nie mam wejść w deal z jej producentem, by nagrać coś fajnego, np. na planie teledysku? Ja się akurat takimi akcjami jaram. Jestem zdania, że jeśli można w fajny sposób zrobić akcję na linii duża firma-artysta, to trzeba to robić. Uwielbiam reklamy, jestem wychowany na telewizji, na amerykańskich produkcjach i stąd to moje podejście. Ale oczywiście jestem przeciwny ingerowaniu biznesu w wizję artystyczną twórcy.
„Moją muzą chciałbym zamykać ludziom mordę” – odważne słowa. Masz problem z krytyką?
Mam świadomość, że mój fanbase tworzą ludzie, którzy naprawdę są mocno zajarani tym, co robię. Dostaję od nich wiadomości, że wierzą we mnie, dziękują za te numery i są mega w nie wczuci. Ale wiem też, że nie przekonam do siebie wszystkich. Człowiekowi, który na co dzień nie słucha takiej muzyki, jaką ja robię, ciężko będzie przestawić nagle na moje numery. Ale znam też ich wartość i wiem, że jeśli ktoś da im szansę, przesłucha całą moją płytę, to może się mile zaskoczyć. I na koniec powie: „o ku*wa, dobre”. Bo ja sam tak słucham muzyki – włączam np. jakiegoś artystę zupełnie nie z mojego klimatu, daję mu szansę i po jakimś czasie stwierdzam, że to jest naprawdę fajna muza. Kumam, czemu ktoś się nią jara. Weźmy taki przykład: Young Leosia. Ktoś mi kiedyś powiedział, że nie, ona nie potrafi śpiewać. A ja twierdzę, że to jest jedna z najlepszych młodych didżejek i jej muzykę poczujesz dopiero o drugiej w nocy w klubie! Tam gdzie ma ona największe pie*dolnięcie. Ja tak miałem z jej numerem „Szklanki”.
Na tym powinno polegać słuchanie muzyki w ogóle. By nie opierać się na opiniach innych, ale spróbować ją poczuć.
Dokładnie. Ja staram się w ogóle nie hejtować. Jak coś mi się nie podoba, to tego nie słucham. Po prostu. Nie chodzę i nie gadam dookoła, że ktoś wydał chujową płytę. W ogóle mnie to nie interesuje. Moim zdaniem mówienie negatywnie o muzyce jest zbędne. Jeśli ktoś lubi jakąś prostą melodię disco polo, jego sprawa. Woda stanowi do 70 procent masy dorosłego człowieka, muzyka wywołuje dodatkowo w nim drgania, więc jak coś jest catchy to sorry, nie oszukasz siebie. Jesteś biologicznie stworzony do tego, by się do niej bujać i czuć muzykę. A moja rada jest taka, żeby każdy to robił na swój sposób.