Joanna Mostowska na Głównym Szlaku Beskidzkim
© Jakub Karp
Bieganie

Kobiecy rekord Głównego Szlaku Beskidzkiego pobity!

Z Joanną Mostowską o bólu stóp i nie tylko…
Autor: Krystian Walczak
Joanna Mostowska pokonała charytatywnie Główny Szlak Beskidzki. Liczący około 500 kilometrów, najdłuższy szlak w polskich górach, przebiegła i przeszła w 209 godzin i 48 minut – nieco ponad 8,5 dnia. Przy okazji pobiła poprzedni kobiecy rekord o niecałą dobę. Porozmawialiśmy z Asią o celu, w jakim podjęła wyzwanie oraz logistyce i praktycznej stronie ścigania się z czasem na naszym podwórku.
15 czerwca wyruszyłaś na Główny Szlak Beskidzki „dla Mikołajka” – żeby nagłośnić zbiórkę funduszy na rehabilitację dziecka dotkniętego rzadką chorobą genetyczną. Jednak planowałaś to już od dawna. Jaki był pierwotny powód, dla którego postanowiłaś spróbować?
Pomysł powstał już ładnych kilka lat temu, ale ponieważ na świecie pojawiły się moje córki, plan trzeba było odłożyć na później. Szczerze mówiąc ten rok wcale nie był najszczęśliwszy. Nie miałam zbyt wiele czasu na przygotowania. Moja forma była daleka od szczytowej. Ale pomyślałam, że wcale nie wiadomo czy w kolejnych latach będzie lepiej.
Od początku myślałaś o rekordzie GSB, czy to, że jest szansa na jego pobicie dotarło do ciebie podczas planowania biegu?
Przez ostatnie lata śledziłam czasy na trasie GSB. Bicie rekordu nie było moim głównym celem, ale wiedziałam też, że w przeciwieństwie do męskich rekordów, damskie czasy nie są bardzo wyśrubowane. Co więcej, jestem pewna, że jeśli nie w tym, to w przyszłym roku jakaś mocniejsza dziewczyna pokona tę trasę szybciej. I wcale nie będzie mi przykro! Wręcz przeciwnie - chętnie pomogę każdej kobiecie, która będzie chciała pobić ten rekord.
Czy jesteś w stanie oszacować, ile z ponad 500 km przebiegłaś, a ile przeszłaś?
Myślę, że przebiegłam nie więcej niż 25% trasy. Być może ktoś tutaj pomyśli: jak to? Niby bieg, a szła? A moim zdaniem liczy się skuteczność. Nikt nie pyta maratończyka, a tym bardziej ultramaratończyka ile szedł a ile biegł. Na biegach ultra nawet zawodowcy podchodzą pod stromsze góry.
Joanna Mostowska na Głównym Szlaku Beskidzkim
Joanna Mostowska na Głównym Szlaku Beskidzkim
Czy miałaś czas podziwiać krajobraz, czy widoki były pierwszego i drugiego dnia, a potem wzrok wbiłaś w ziemię i oglądałaś tylko jak stawiasz krok za krokiem?
Widoki podziwiałam do ostatniego dnia. To były niezwykłe dni spędzone w górach. Większość czasu na szlaku byłam sama. Turyści zdarzali się jedynie w najbardziej popularnych miejscach – na przykład pod Babią Górą, gdzie na szczycie z powodu pory już nikogo nie było, albo na Baraniej Górze, czy na Turbaczu. Największe tłumy były w Bieszczadach. Ale głównie była cisza, świergot ptaków, szum wiatru czy deszczu. Miałam też bardzo wiele spotkań ze zwierzętami. Cały szlak przebiegłam samotnie - poza kilkoma kilometrami z kolegą Markiem oraz kilkunastoma z Kubą (dop. supporterem, a prywatnie mężem Asi).
Wiem, że pokonanie GSB nie było aż tak trudne, jak kłopoty logistyczne, które były efektem problemów z autem?
Tak, po drodze samochód odmówił współpracy. Na start, do Ustronia dojechałam autostopem, późnym wieczorem. Wystartowałam więc później niż planowałam. W dodatku nieco niewyspana. Pierwszego dnia miałam ze sobą cały sprzęt, bo nie wiedziałam jak rozwinie się sytuacja z autem. Nasi znajomi pożyczyli swój samochód, za co bardzo dziękujemy. Od drugiego dnia biegłam już ze wsparciem.
Joanna Mostowska na Głównym Szlaku Beskidzkim
Joanna Mostowska na Głównym Szlaku Beskidzkim
Przed próbą rozmawialiśmy o tym jak zdecydowałaś się na przejście ze wsparciem. Doszedłem w tej rozmowie do wniosku, że w polskich górach wersja przejścia "solo, unsupported" praktycznie nie ma racji bytu. Trzeba sobie zadać pytanie, czy jak nie niesiemy ze sobą jedzenia, ale kupujemy gotowy obiad w schronisku, który ktoś nam przyrządzi, to czy to jest przejście bez wsparcia i czym to się różni od zatrudnienia prywatnego kucharza? Czy jak wchodzimy do baru na szlaku, gdzie brakuje wolnego stolika i trzeba się do kogoś dosiąść, a przez to słowem odezwać, często nawiązać jakąś relację międzyludzką, to czy to jest solo? Pytanie grubszego kalibru jest takie, czy wersja z jednym supporterem w postaci męża, który musiał wiedzieć gdzie jesteś, dotrzeć do ciebie, gotował ci i organizował nocleg, nie jest nawet trudniejsza niż z góry nastawienie się na porezerwowane noclegi, poznane wcześniej menu schronisk oraz portfel, który załatwia niemal każdą sprawę… ? Co o tym sądzisz teraz, kiedy masz to już za sobą? Chciałabyś kiedyś spróbować wersji „samotnej”?
O tych niuansach rozmawiałam przed GSB z Krzyśkiem Dołęgowskim, biegaczem, który supportował rekordzistów na GSB. Bieg bez supportu zakłada korzystanie ze wszystkiego co i tak jest przy szlaku - schroniska, sklepy, przypadkowo spotkani ludzie. Natomiast gdy ktoś znajomy opiekuje się biegaczem to już to jest support, który oczywiście może różnie wyglądać. Od pełnej ekipy pace makerów, fizjoterapeutów itp. do właśnie jednej osoby jak było w moim przypadku. Na pewno było mi łatwiej ze wsparciem. Bardzo dużą rolę odgrywała możliwość zmiany butów. Miałam ich 7 par, sporo skarpetek, koszulki na zmianę itd. Przy biegu bez wsparcia mogłabym mieć maksymalnie 2 pary butów. Trzeba by też poświęcić czas na pranie skarpetek czy koszulek. Ja się tym nie musiałam zajmować. Co do jedzenia, uważam, że z tym nie byłoby aż takiego problemu jak z butami i ubraniami. W czasie biegu i tak mało jem, a po drodze jest sporo schronisk i sklepów. Co do pytania, czy kiedyś to zrobię bez wsparcia, to nie wiem czy w ogóle wrócę na ten szlak.
Dlaczego?
GSB dało mi popalić bardziej niż myślałam. I to nie kondycyjnie, bo dobiegłam w całkiem dobrej formie i nie byłam wybitnie zmęczona. Ale zmasakrowałam sobie stopy. Już od połowy szlaku bolały bardzo, a ostatnie dni były katorgą, każdy krok bolał. Gdy przed startem myślałam o biegu, wyobrażałam sobie że dobiegnę półprzytomna ze zmęczenia i niewyspania. Wyobrażałam sobie, że mogę mieć rozmaite kłopoty. Ale ze stopami nie miałam nigdy problemów, więc nie przewidziałam, że będzie to główny hamulec przedsięwzięcia - początkowo planowałam dobiec w poniżej 192 godzin. W takich ekstremalnych sytuacjach najbardziej zastanawia mnie co się dzieje z głową człowieka. Bo to, że ciało jest zmęczone czy obolałe, to jest oczywiste. Ponieważ biegałam już trochę biegów ultra, a także jeżdżę na wyprawy w Arktykę, dość dawno nauczyłam się uważnie obserwować swój organizm i psychikę. I na przykład, jeśli zaliczam jakiś kryzys, to nieco sobie odpuszczam. Patrzę, czy jestem w stanie kontrolować sytuację. Na biegu na 150 km miałam lekkie halucynacje spowodowane brakiem snu. Co chwila wydawało mi się, że ktoś stoi na ścieżce. Wiedziałam jednak, że to tylko przywidzenie i nie przejmowałam się tym. Skupiałam się na tym, żeby nie zasnąć i trzymać się wyznaczonej trasy. Podczas biegu GSB po raz pierwszy od wielu lat momentami traciłam to opanowanie. Kilka razy wybuchłam niekontrolowanym płaczem, ze zmęczenia, bólu i bezsilności. Raz, ostatniego dnia, w pewnej chwili zorientowałam się, że mamroczę coś pod nosem. To było bardzo ciekawe doświadczenie. Nie tylko zobaczyć ile mój organizm wytrzyma, ale właśnie, co się dzieje w głowie. Z pewnością podczas GSB przesunęłam jakieś swoje granice. I chociaż w trakcie biegu zaklinałam, że już nigdy nic podobnego nie zrobię, to już kilka dni później zaczęły pojawiać się nowe pomysły...
Czy masz sygnał od rodziny Mikołajka, że twój wysiłek i energia w jakiś sposób, choćby na te kilka dni, nadały tempa zbiórce pieniędzy?
Tak. Wiem, że wpłynęło sporo wpłat w czasie biegu. To mnie ogromnie cieszy i nadaje tej całej akcji sens.
Joanna Mostowska na Głównym Szlaku Beskidzkim
Joanna Mostowska na Głównym Szlaku Beskidzkim
Główny Szlak Beskidzki dzień po dniu – trasa Joanny Mostowskiej (z Facebooka projektu):
  1. dzień: Ustroń -> Stacja Turystyczna "Słowianka" (64 km)
  2. dzień: Stacja Turystyczna "Słowianka" -> Schronisko na Hali Krupowej (55,5 km)
  3. dzień: Schronisko na Hali Krupowej -> Przełęcz Knurowska (55,8 km)
  4. dzień: Przełęcz Knurowska -> Rytro (50,6 km)
  5. dzień: Rytro -> Hańczowa (53,8 km)
  6. dzień: Hańczowa -> Chyrowa (oraz fragment szlaku do Pustelni Św Jana, gdzie nie mogłam znaleźć przejścia) (63,9 km)
  7. dzień: Od drogi przy Trzcianie do Pustelni Św Jana i z powrotem -> Komańcza (61,1 km)
  8. dzień: Komańcza -> Smerek (48,6 km)
  9. dzień: Smerek -> Wołosate (47,2 km)
Polub stronę Joanny Mostowskiej na Facebooku: https://www.facebook.com/ZimowyHoryzont/