MotoGP
Niesamowita droga Jorge Martina do mistrzostwa świata MotoGP
Jorge Martin nie miał prostej drogi na szczyt MotoGP. Jego historia to opowieść o wyjątkowych powrotach, upadkach definiujących karierę i nieustannym dążeniu do celu.
Na tzw. "Wieży Mistrzów" MotoGP, czyli trofeum, które dostaje każdy czempion klasy królewskiej, pojawiło się nowe nazwisko. Jorge Martin sięgnął po tytuł w 2024 roku po epickim starciu w finale sezonu w Barcelonie, podczas którego pokonał ustępującego mistrza i zarazem swojego byłego współlokatora Pecco Bagnaię.
Marzeniem każdego motocyklisty jest zdobycie tytułu mistrza MotoGP, czyli bycie oficjalnie najlepszym zawodnikiem na świecie w danym roku. Dla Martina zdobycie tytułu jest dowodem na to, że pokonał demony z przeszłości lat, jakimi było popełnianie błędów w najgorszych możliwych momentach. To także historia niesamowitego "odrodzenia" po poważnym wypadku, który nieomal popełnionych w najgorszych możliwych momentach, a także zakończył jego karierę w wieku zaledwie 23 lat.
Odkąd MotoGP w sezonie 2023 wprowadziło sobotnie sprinty, zawodnicy rywalizują ze sobą co najmniej 40 razy w roku. Równa i konsekwentna jazda jeszcze nigdy nie była ważniejsza, bo teraz to dzięki niej można zdobyć tytuł. Co prawda w 2024 roku Martin wygrał "tylko" trzy niedzielne wyścigi i siedem sprintów, ale aż 32 razy finiszował w czołowej trójce. Wystarczy porównać to z wynikami Bagnaii, który przegrał mistrzostwo pomimo jedenastu wygranych niedzielnych wyścigów… Reguły gry się zmieniły, a Martin opanował je do perfekcji.
Na ostatnich okrążeniach w moich oczach pojawiły się łzy… To był emocjonalny wyścig!
Samo dotarcie na szczyt jakiegokolwiek sportu jest już nie lada wyzwaniem. Bycie tym jednym z 22 zawodników każdego roku, którzy ścigają się na najlepszych motocyklach w najlepszych zespołach na najlepszych torach, to już nie lada powód do dumy. Ale bycie na szczycie tej piramidy, to już kolejny poziom wtajemniczenia.
Historia Martina na dwóch kółkach zaczęła się jak u wielu innych, którzy podążali tą ścieżką, jeżdżąc na małym pocket-bike'u na pustych przysklepowyh parkingach. Wyścigi były jego naturalnym powołaniem:
"Zawsze lubiłem motocykle, to była świetna zabawa. Byłem coraz szybszy, awansowałem do kolejnych mistrzostw, potem do kolejnych..."
Dotarcie Martina na szczyt nie byłoby możliwe, gdyby nie ogromne zaangażowanie i poświęcenie całej jego rodziny: "Moja rodzina włożyła w to naprawdę dużo wysiłku. Pochodzę z Madrytu, więc jeżdżąc stamtąd na tory, które znajdowały się na wybrzeżu Morza Śródziemnego, w Walencji i Barcelonie, podróżowaliśmy w każdy weekend. Oboje moi rodzice pracowali od poniedziałku do piątku, więc było to naprawdę trudne wyzwanie, nawet jeśli dla mnie wciąż tylko zabawa".
Do czasu globalnego krachu finansowego wszystko toczyło się niezłym torem. Wtedy jednak ojciec Jorge stracił pracę, przez co zabrakło im pieniędzy na dalsze finansowanie kariery ich syna. Ostatnią opcją na kontynuowanie potencjalnej kariery było zgłoszenie się do serii Red Bull MotoGP Rookies Cup.
Jorge wspomina: "Starałem się być jak najlepszy podczas tzw. selekcji i myślę, że byłem najszybszy. Wybrali mnie i od tego momentu wszystko potoczyło się swoim torem".
Hiszpan zdobył mistrzostwo w Rookies Cup w swoim trzecim i ostatnim roku startów, torując sobie tym samym drogę do Mistrzostw Świata w Moto3 w 2015 roku. Jego mistrzostwo MotoGP uczyniło go z kolei pierwszym mistrzem Rookies Cup, który sięgnął po tytuł w tzw. klasie królewskiej.
Trzy lata po debiucie, w 2018 roku, Jorge zdobył mistrzostwo Moto3, a następnie przez dwa lata jeździł w kategorii Moto2, gdzie odnosił wiele zwycięstw, ale ostatecznie nie udało mu się zdobyć drugiego tytułu mistrza świata.
Martin zdobył pierwszy tytuł mistrza świata w klasie Moto3 w 2018 roku
© Gold & Goose/Red Bull Content Pool
Jego wyniki i potencjał wystarczyły, aby zapewnić sobie miejsce w klasie MotoGP, gdzie zadebiutował w 2021 roku wraz z ekipą Pramac Ducati. Stwierdzenie, że był to burzliwy początek w najwyższej klasie, byłoby sporym niedopowiedzeniem.
Chociaż był szybki od pierwszej chwili, gdy przerzucił nogę przez Ducati Desmosedici, na wyjściu z trzeciego zakrętu w Katarze zapewne wciąż jest ślad po ogromnym upadku, jaki Martin zanotował tam podczas pierwszych, zimowych testów. Nic nie wybacza błędów tak, jak motocykl MotoGP…
Czy to go spowolniło? Oczywiście, że nie! W rzeczywistości adaptacja Martina do klasy królewskiej jest nieco niedoceniana w erze błyskawicznych awansów, takich jak te, które widzieliśmy w przypadku Marca Márqueza czy Pedro Acosty. Już w swoim drugim weekendzie w MotoGP Jorge wywalczył pole position i był trzeci w wyścigu – dokładnie na tym samym torze, na którym niecały miesiąc wcześniej zanotował potężny upadek.
Zupełnie inaczej było jednak podczas kolejnej rundy w Portugalii. Jak wyjaśniał Jorge:
"Zaraz po wyjeździe z boksu, kiedy jechałem na nowych oponach i próbowałem je "wyczyścić", zanotowałem upadek. W tamtym momencie nie wiedziałem, że trzeba tak zrobić, ponieważ byłem debiutantem z zaledwie dwoma wyścigami w MotoGP na koncie, Teraz, gdy wyjeżdżam na tor, zawsze staram się jechać bez błędów i równo, a dopiero potem atakować. Ale jeśli naciskasz na nowych oponach… zrobi się nieciekawie!"
To nie był zwykły wypadek. Lista jego obrażeń była długa: złamany piszczel i kość strzałkowa, a także znaczna liczba złamanych kości w dłoniach, co stanowiło główny problem przy próbie powrotu na motocykl. "Najtrudniejszą rzeczą do pokonania był ból w całym moim ciele. Miałem pewne problemy nawet wiele tygodni później, gdy w tym samym sezonie wygrałem w Austrii mój pierwszy wyścig w MotoGP" – wspominał Jorge.
Z powodu rozległych obrażeń, jego kariera niemal dobiegła wtedy końca. Historia Martina może posłużyć na prezentację wyścigów motocyklowych w pigułce: od debiutanckiego podium w jeden weekend do szpitalnego łóżka dwa tygodnie później. Brutalne, ale prawdziwe.
Podejście Martína na torze to klasyczne "wszystko albo nic", od momentu, gdy tylko wyjeżdża z alei serwisowej na tor. Bez względu na to, czy jest to trening, kwalifikacje, czy wyścig.
Łatwo go zauważyć na torze, w sumie od zawsze tak było od czasu jego awansu do klasy królewskiej. Jego stylem jazdy zachwycony był nawet sam Will Smith, który przy okazji udostępnił klip na swoim Instagramie klip z "Martinatorem" w akcji! Ale na tym poziomie nie chodzi tylko o styl, ale przede wszystkim o efekt. Jorge wyjaśnia: "Ponieważ jestem naprawdę niskim zawodnikiem - mam 167 cm wzrostu, a to nie jest dużo, muszę naprawdę nisko schodzić, aby skręcać".
Od dawna Martin uchodzi za jednego z najlepszych na jednym okrążeniu. Po drodze zyskał sobie przydomki specja od kwalifikacji i "króla sprintów".
Kiedyś opisał swoje podejście jako "życie od zakrętu do zakrętu", wpadając motocyklem w zakręt tak szybko, jak to możliwe, nie wiedząc nawet, czy wyjedzie z niego na kołach, czy maszyna wystrzeli go w powietrze.
Najlepszy tego przykład? Niemcy 2023, hamowanie tak późno, jak to fizycznie możliwe do pierwszego zakrętu, tylne koło unosi się w powietrzu, prawa noga powiewająca na wietrze… i to wszystko przy prędkości 150 km/h.
Ale bycie jedynie szybkim nie jest tym, co pozwala zdobywać mistrzostwa.
Jazda w taki sposób może prowadzić do błędów, czasami wtedy, gdy ma to największe znaczenie. Tak właśnie wyglądała walka Jorge o tytuł w 2023 roku. Przez całą zimę prześladowały go błędy, takie jak kraksa podczas jazdy na prowadzeniu w Indonezji, w zaledwie 24 godziny po objęciu prowadzenia w mistrzostwach po tym, jak wygrał w sobotnim sprincie:
"Czasami muszę być bardziej opanowany, zrelaksować się i spróbować lepiej analizować sytuacje. Na przykład w sezonie 2023 w Indonezji prowadziłem w wyścigu z trzysekundową przewagą i upadłem. To było bez sensu… Ważniejsze jest ukończenie wyścigu na czwartym miejscu niż nieukończenie go wcale".
W 2024 roku musiał zmienić podejście: "Kontrola emocji i radzenie sobie w kluczowych momentach, to niektóre z aspektów, w których najbardziej się poprawiłem" – mówił.
Kiedy różnica między wygraną a przegraną może być równie mała, jak pociągnięcie dźwigni hamulca o dodatkowy milimetr bliżej kierownicy lub o pół stopnia większy obrót przepustnicy, zachowanie zimnej krwi jest najważniejsze.
Jeśli jest jedna rzecz, którą możesz stwierdzić po rozmowie z Jorge, to że jego przeciwnikiem numer jeden... jest on sam. "W nocy nie mam problemów z myśleniem o innych zawodnikach!" – żartował.
Nawet kiedy masz całą zimę na to, by dostroić się mentalnie, wprowadzenie zmian w życie, gdy na torze ścigasz się z ponad dwudziestką innych zawodników – to zupełnie inna sprawa. Zarówno Martin, jak i Bagnaia popełnili sporo błędów w 2024 roku, ale tym razem to Martín zachował zimną krew w kluczowych momentach.
W Jerez i Niemczech na początku sezonu doszło do poważnych błędów ze strony ostatecznego mistrza, który w obu przypadkach przewracał się, choć był liderem – dokładnie tak samo, jak w Indonezji w 2023 roku. W przerwie letniej w końcu jednak zapomniał o tych problemach. Po wakacjach jedyny poważny błąd popełnił tak naprawdę w Misano, gdzie lekki deszcz podczas wyścigu dał zawodnikom możliwość zmiany opon na deszczowe. Martin zjechał, podczas gdy jego rywale zostali na torze.
Ryzyko Jorge nie opłaciło się, bo była to tylko drobna, chwilowa mżawka. W takich sytuacjach granica między byciem bohaterem a zerem jest niezwykle cienka. Minuta więcej deszczu i tor mógłby być wystarczająco mokry, aby ta decyzja była uznana za genialną.
Były też inne okazje, w których Jorge pokazał wszystkim, jak bardzo się rozwinął. Niedzielne zwycięstwo w Portimão uśpiło demony z 2021 roku. Z tej okazji Martin zrobił sobie nawet nowy tatuaż, aby zaznaczyć koniec tego rozdziału: "Mam dużego feniksa na plecach, ponieważ poradzenie sobie z kontuzjami z Portimão 2021 i wrócenie po nich do wygrywania… czułem się jak feniks [powstający z popiołów]".
W maju odbyła się runda w Le Mans, podczas której Martin pokonał w uczciwej walce Bagnaię i Marqueza, podkopując nieco ich pewność siebie. Teraz wiedzieli, że "Król Sprintów" będzie stałym zagrożeniem także w niedzielnych wyścigach.
Niektórzy eksperci nazywają te mistrzostwa mistrzostwami tych, którzy popełnili najmniej błędów. Bagnaia popełnił kilka kluczowych błędów, które pomogły Martínowi przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść, jak wypadnięcie z drugiej pozycji w Misano, czy ze sprintu w Sepang. Na korzyść Jorge przemówiło jednak to, że Hiszpan doskonale wie, kiedy najlepiej jest naciskać i walczyć o zwycięstwo, a kiedy zadowolić się najlepszym możliwym wynikiem, takim jak drugie, trzecie, czy czwarte miejsce.
W mokrym niedzielnym wyścigu w Tajlandii ścigał się z Márquezem i Bagnaią o wygraną. Upadek Márqueza tuż przed nim wystarczył, by Jorge odpuścił i pewnie sięgnął po drugie miejsce, nie popełniając podobnego błędu co Marc.
Przedostatnia runda w Sepang była prawdopodobnie jego najlepszym weekendowym występem w całym sezonie, a może nawet w karierze. Bagnaia ustanowił nowy rekord okrążenia w kwalifikacjach, w których Martín był postrzegany jako murowany kandydat do pole position. Zastanawiano się, czy Hiszpan zdała utrzymać Pecco za plecami w sprincie? Jorge nie tylko poszedł na całość i wygrał, ale jego tempo doprowadziło Bagnaię do kolejnego błędu i upadku. Przewaga Martina wzrosła.
W niedzielę doszło walki, którą kibice zapamiętają na długo. Na pierwszych pięciu okrążeniach Martin i Bagnaia walczyli jak lwy, wyprzedzając się niemalże w co drugim zakręcie. To były wyścigi motocyklowe w najlepszym możliwym wydaniu. Ale nawet wtedy, Martín wiedział, kiedy powiedzieć pas. Ostatecznie po prostu odpuścił i chociaż Bagnaia odjechał i wygrał. Mimo że Martin był drugi, to i tak miał powody do zadowolenia – na finał sezonu do Barcelony jechał z pokaźną 24-punkową przewagą. A reszta… to już historia!
Wiedza, kiedy walczyć o wygraną, a kiedy po prostu trzeba zdobyć jak najwięcej punktów, okazała się kluczowa. Tak właśnie wyglądała walka o mistrzostwo MotoGP w sezonie 2024.
Co teraz? Nazwisko Jorge Martina na zawsze zapisało się w historii MotoGP, a jego samego czeka teraz nowe wyzwanie. W sezonie 2025 dołącza on do fabrycznego składu Aprilii, gdzie za team-partnera będzie miał Marco Bezzecchiego.
To jest moment, w którym "Martinator" wcale nie zamierza odpuszczać i przypomina sobie swoją mantrę: "Patrzę wstecz i widzę, co osiągnąłem i kim się stałem. Rozglądam się wokół i widzę zespół ludzi, których mam obok siebie, zarówno prywatnie, jak i zawodowo. A potem mówię sobie: „Musisz to kontynuować”.
Teraz czeka go powrót do intensywnych, zimowych treningów nie tylko na siłowni, a także praca z trenerem mentalnym, który okazał się kluczem do jego zwycięstwa w 2024 roku. Cel? Drugi tytuł mistrzowski MotoGP. Ale tym razem w roli pełnoprawnego zawodnika fabrycznego.
"Chcę cieszyć się całym tym procesem, treningami, a na koniec dnia zbierać żniwo tej konsekwencji. Jeśli wykonujesz całą pracę w dobry sposób, jesteś skoncentrowany, to w efekcie wygrywasz. Nie mam obsesji na punkcie zwycięstwa. Mam bardziej obsesję na punkcie drogi dochodzenia do sukcesu".