Jadąc tutaj do ciebie starałem się przeczesać internet w poszukiwaniu pikantnych historii z twojego życia i na temat Justyny innej niż ta z The Dumplings. Chyba za słabo szukałem...
Ja nigdy nie chciałam się całkowicie otwierać na ludzi. Uważam, że to nie jest dobry pomysł. Sama nie lubię czytać biografii, bo nie chce wiedzieć za dużo o ludziach-artystach, którzy mnie fascynują i których podziwiam za to, co robią na scenie lub o czym piszą w książkach. Pomiędzy tym, co robisz jako wokalista czy pisarz a tym, jak żyjesz prywatnie, powinna być jednak granica.
Wiem, że są ludzie, którzy chcą żyć życiem innych, zagłębiać się w cudze historie i są bardzo zaciekli w swoich obserwacjach, ale dla nich zdarza mi się na koncertach opowiadać między kawałkami, o czym jest dany utwór. Jaka stoi za nim historia. Myślę, że tyle powinno wystarczyć. To zresztą akurat lubię robić, bo moje piosenki są pełne różnych odniesień i inspiracji, np. książkami, i fajnie się nimi dzielić.
6 min
Prze-lotne Pytania: Justyna Święs
W drugim odcinku kolejnego sezonu Prze-lotnych Pytań pilot Łukasz Czepiela przepytuje wokalistkę Justynę Święs.
Czyli największa szansa, by cię gdzieś spotkać poza sceną to miła księgarnia. Nigdy klub z głośną muzyką?
Mam totalnie pół na pół. Mogłabym pójść teraz z tobą zarówno do księgarni, jak i do klubu. Ale muszę ci powiedzieć, że już się wyszalałam. Serio. Kiedy miałam 16-17 lat i startowała przygoda z The Dumplings, zaczęliśmy wyjeżdżać na koncerty, poznawać nowych ludzi, zaczęły się noce poza domem, pękały kolejne bariery. (śmiech) Dużo się wtedy bawiliśmy, imprezowaliśmy, mieliśmy wrażenie, że możemy się bawić jak tylko chcemy. Teraz przeprowadziłam się na Mokotów, gdzie prowadzę bardzo spokojne życie. Zdarza mi się imprezować, nawet do upadłego, ale jestem jednak bardzo spokojną dziewczyną.
Masz dopiero 21 lat, a zamykasz się w domu z książką?
Uwielbiam to! Kiedyś miałam mały kryzys i narzekałam, że kompletnie nie mam weny, że nie wiem o czym pisać, na co Kuba mówił mi: „A jak masz mieć wenę, jak z domu nie wychodzisz i cały czas czytasz książki?!”. Ale ja kocham to robić! I kocham właśnie z nich wyciągać różne historie. Wtedy ten kryzys nie był jednak spowodowany akurat brakiem jakiejś ciekawej lektury. Na brak lektur ja nigdy nie narzekam. To musiało być coś innego. (śmiech)
Trudno w to uwierzyć patrząc, co potrafisz wyrabiać na scenie...
U mnie jest tak, i Kuba Karaś wie o tym doskonale, że w życiu prywatnym jestem totalnie zamknięta w sobie i zupełnie w siebie nie wierzę. Wiem, że okropnie to brzmi i ktoś może to nawet uznać za zagranie pod publiczkę, ale wiele rzeczy w codziennym życiu mnie przeraża. Na przykład urzędy, komunikacja miejska w godzinach szczytu… To wszystko naprawdę sporo mnie kosztuje. Ale kiedy wychodzę na scenę i zaczynam śpiewać, wtedy... , zupełnie inna bajka. Wszystkie te stresy dookoła znikają i dostaję taką dawkę energii, której na pewno trochę brakuje mi w życiu. Na co dzień na pewno nie jestem taka jak na scenie. Na scenie jest mi super dobrze. Tam naprawdę mogę wszystko.
Nic cię wtedy nie stresuje?
No OK... Bywa, że stresują mnie znajomi wśród publiczności. (śmiech) Bo mam wrażenie, że oni trochę się wtedy ze mnie śmieją. Wiesz, znają mnie i na pewno inaczej odbierają koncert niż inni ludzie. Dlatego dużo lepiej gra mi się na przykład w Ełku, gdzie nikogo nie znam, niż w jakimś mieście, gdzie mam dużą paczkę znajomych. (śmiech)
Dużo masz takich miast?
(śmiech) Nie. Ja nie dopuszczam do siebie zbyt wielu osób. Nie potrzebuję tego. Mam grupę przyjaciół, kilka osób bardzo mi bliskich i dobrze mi jest w tym gronie. Na pewno jednak nie rzucam na prawo i lewo, że wszędzie mam przyjaciół. Ja dla słowa przyjaźń rezerwuję naprawdę poważną bliskość i uważam, że dziś ludzie mocno go nadużywają. „To mój przyjaciel, tam moja przyjaciółka”, choć nie ma za tym szczerej i autentycznie bliskiej relacji. A dla mnie to podstawa.
To kto ci sprzedaje te wszystkie, np. książkowe, inspiracje?
Wszystkie moje inspiracje i miłości książkowe zawdzięczam mojemu tacie. To on mi już od małego podrzucał różne książki Oczywiście, jak to dziecko, nie zawsze byłam z tego zadowolona. Bo wiesz, przychodził nagle do mnie i pytał: jaką teraz czytasz książkę? A jak akurat niczego nie czytałam, bo miałam tam jakieś inne zainteresowania. No i to szybko musiało się zmienić. (śmiech).
Pierwszą książką jaką przeczytałam była biografia Charliego Chaplina, potem był „Mistrz i Małgorzata”, „Sto lat samotności” Marqueza… Poważne tytuły, wiem. Ale ja się zakochiwałam w tych książkach! Siadaliśmy i rozmawialiśmy później o nich, tato mi wszystko tłumaczył i wprowadzał mnie w ten piękny, choć może nieco poważny wtedy na mój wiek, świat literacki. To jemu zawdzięczam teraz to moje małe popie*dolenie w głowie. (śmiech)
Książka o Chaplinie była twoją pierwszą?
Tak. Ale musisz wiedzieć, jak wyglądały na przykład w domu nasze czwartki czy niedziele. (śmiech) W niedziele oglądaliśmy filmy z Louise de Funesem, w czwartki – właśnie z Chaplinem. Tak na niego trafiłam. (śmiech) Miałam wtedy 10 lat i pamiętam, że przeczytałam ją dlatego, że zaczynała się od słów: „urodziłem się 16 kwietnia”. Czyli wtedy co ja! Miałam więc wrażenie, że to jest książka o mojej bratniej duszy. Pamiętam, że czytałam ją namiętnie, wiesz… na tyle, na ile oczywiście potrafiłam płynnie czytać. I na ile pozwalały mi warunki na planie, bo nagrywałam wtedy razem z moją mamą film „Ewa”, w reżyserii Adama Sikory i Ingmara Villqista.
Poważne sprawy jak na młodą dziewczynę...
Ja się karmię bardzo smutną sztuką. Nie lubię wesołych filmów, jeśli mam już coś wybrać z tej kategorii to tylko filmy Woody’ego Allena. Bo mam bzika na jego punkcie. Przy nim się dobrze czuję, jego filmy motywują mnie do działania. Ale Allen to nie jest mój ulubiony reżyser. Jest nim chyba jednak Charlie Chaplin, zdecydowanie. Kocham jego „Brzdąca”, „Światła wielkiego miasta”...
A ze współczesnych twórców, kto jest dla ciebie najciekawszy?
Lubię Gaspara Noe. Ale nie za „Love”, a tym bardziej nie za ostatni „Climax”, ale za wspaniałe „Wkraczając w pustkę”. Ten film zrobił na mnie tak duże wrażenie, że musiałam napisać inspirowaną nim piosenkę, w której pomaga mi śpiewać Tomek Makowiecki. Uwielbiam też „Nieodwracalne” oraz „Sam przeciw wszystkim” – bardzo stary, ale piękny i klimatyczny film o córce rzeźnika. Takie kiedyś były jego produkcje, a teraz mam wrażenie, że u Gaspara liczy się tylko kontrowersja. Dla mnie to jednak jest strasznie nudne.
Wróćmy na chwilę do dzieciństwa. Kiedy byłem w młodym wieku to namiętnie czytałem komiksy, Batmany, jakieś młodzieżowe książki...
W życiu nie przeczytałam żadnej młodzieżowej książki, serio. I może teraz trochę mi tego brakuje – tego Batmana i Supermana, o których mówisz, bo mam chyba za mało dziecka w sobie. Jak byłam dzieckiem, to nie interesowało mnie Lego, ale na przykład poważne książki i teatr. Mam na przykład zdjęcia z dzieciństwa, na których tylko siedzę i myślę. (śmiech) Bo tak faktycznie wtedy wyglądałam. Albo zdradzę ci pewną czynność, którą uwielbiałam w dzieciństwie – tylko nie mów, że byłam nienormalna (śmiech) – strasznie lubiłam płakać! Ale nie dlatego, ze ktoś mi robił coś złego, ale tak po prostu, sama z siebie. Siadałam, brałam dwie płyty: „The Time” Możdżera z Danielssonem, albo Wojciecha Kilara, odpalałam i... płakałam.
Gdybym tylko wiedział i ten wywiad przeprowadzał kilkanaście lat, wcześniej może zdążyłbym cię uratować.
Nie no, nie było ze mną chyba aż tak źle. (śmiech) Pamiętam, że miałam układ taneczny do każdej piosenki Black Eyed Peas. I bzika na punkcie Stinga. Miałam taką żółtą, ukochaną kasetę – nie pamiętam niestety już co to był za album – ale uwielbiałam brać kaseciaka, wspinać się na drzewo i tam jej słuchać. Zresztą powiem ci, że ja cały czas lubię tego gościa. Dziś na przykład inspiruje mnie do działania tym, co robi poza muzyką. Ja też uprawiam jogę, lubię medytować i nawet przychodzi do mnie joginka, która zna się z trenerem Stinga!
Co ci daje joga?
Joga daje mi przede wszystkim ucieczkę. Od codziennego stresu i zmartwień, bo ja jestem bardzo nerwowa. No i to, co robi ze mną moja joginka, to jest coś fantastycznego. Szczerze – to jedno z moich najlepszych odkryć w życiu!
Medytacja zajmuje ci większość wolnego czasu?
Zdarza mi się gotować, tak, prawie dobrze. (śmiech) Nie tak jak mój były chłopak, bo on to robił kosmicznie i trochę mnie tym stresował, że bałam się pokroić przy nim pomidora albo zrobić jajecznicę – ale paru rzeczy się nauczyłam. Jak się przyłożę, to zrobię fajną zupą tajską z ryba, fajne risotto z pieczonymi pomidorami... Ja to bardzo lubię, ale na pewno muszę mieć grupę ludzi, dla których mogę to zrobić. Jak jestem w domu sama nie chce mi się gotować. Ale a propos rzeczy, które robię w domu, gdy nie śpiewam – namiętnie słucham sobie wykładów, coś tam notuję…
Jakich wykładów?
Ja mam jedno wielkie niespełnione marzenie – ukończenie medycyny i bycie lekarzem. Mam bzika na tym punkcie! Średnio raz w miesiącu muszę pójść do lekarza. Kuba śmieje się, że zwariowałam, ale ja muszę. Jestem hipochondrykiem i muszę wiedzieć co mi jest, ale poza tym praca lekarza bardzo mnie fascynuje. Nie uwierzysz, ale poszłam np. na gastroskopię tylko po to, by przyjrzeć się, jak oni pracują, Oczywiście, trochę mnie przy okazji bolał żołądek, nie wyssałam sobie tego z palca, ale ci ludzie są dla mnie najwięksi, to wspaniali artyści. Jak byłam mała, mega chciałam być onkologiem. To było moje wielkie marzenie. Miałam mnóstwo książek o onkologii w domu i strasznie chciałam w to iść. W ratowanie ludzi.
Dziś wystarczyłoby mi jednak skończyć jakiekolwiek studia na Uniwersytecie Medycznym. Na przykład ratownictwo. Po co? Żeby czuć się spełnioną, właśnie po to. Założyłam profil w serwisie Teraz Wiedza i tam są liczne, ciekawe wykłady z biologii oraz materiały przygotowujące do matury. Bo ja mam tylko maturę humanistyczną, więc chciałabym też zdać taką z biologii i chociaż musnąć studia. Na razie jedyny kontakt z nimi mam taki, że chodzę na basen na Uniwersytet Medyczny. Przechodzę koło tych wszystkich studentów i strasznie im zazdroszczę, że oni tam mogę robić znacznie więcej niż tylko pływać.
Nie wiem co na to twoi fani. Gdybyś odpuściła The Dumplings przychodziliby pewnie do ciebie z każdym kichnięciem na wizytę kontrolną.
(śmiech) Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, co dzisiaj robię i raczej trudno byłoby mi się przyłożyć do nauki, jak wtedy gdy nie miałam jeszcze zespołu i nie śpiewałam tyle, co teraz. Ale mimo wszystko to wciąż moje wielkie marzenie. I mam nadzieję, że jednak kiedyś je spełnię. Cała ta medycyna i biologia to taka alternatywa dla humanizmu, który wypełniał zawsze moje życie. Ciebie to nie ciekawi, co masz w środku? Co się z tobą dzieje, gdy np. kichasz? Fascynująca przecież sprawa! Gdybyśmy tego nie wiedzieli, to dalej byśmy umierali w wieku 40 lat…
A masz jakieś inne, wielkie marzenia – np. muzyczne?
Marzy mi się teraz bardzo męska płyta – wiesz, taka jak u Toma Waitsa. Zakochałam się w nim w momencie, gdy mój tata robił kiedyś monodram „Underground”, w którym śpiewał właśnie utwory Waitsa i Nicka Cave’a. Powiedziałam mu wtedy: „tato, jakie to jest rewelacyjne!”. Jest zresztą u nas w domu gdzieś nagranie, jak sama próbuje śpiewać Waitsa – rodzice mieli kamerę wideo i kręcili niemal każdą sekundę mojego dziecięcego życia. Muszę kiedyś to znaleźć i zrobić z tego klip. (śmiech) Bo wiesz, ludzie często mnie pytają: „skąd ty tak śpiewasz? Gdzie się tego nauczyłaś?”. A ja śpiewam odkąd pamiętam! Nie ma u mnie jakiegoś jednego momentu, kiedy zaczęłam. Pamiętam, że ja śpiewałam zawsze. Nigdy specjalnie nie uczyłam się śpiewać, wręcz to ja uczyłam innych w szkole muzycznej.
Nie chodziłaś na koncerty, nie zazdrościłaś innym gwiazdom?
Nie, nie chodziłam jako dziecko raczej na koncerty, nigdy nie chciałam być jak jakaś moja ulubiona artystka. Nie szukałam na siłę wzorców. Raczej zawsze byłam odklejona. Miałam swój świat.
Dużo czasu wcześniej spędzałam natomiast w teatrze, bo to był świat moich rodziców. Przez wiele lat byłam świadkiem wielu różnych, mniej i bardziej szalonych sytuacji w teatrze, przez co też czuję się z nim mocno związana. Mam także plany połączenia mojej solowej płyty z teatrem.
Czyli, ty, Waits i teatr. Ciekawa konfiguracja.
Coś w tym klimacie. (śmiech) Widziałeś ostatni film braci Coen, „Ballada o Busterze Scruggsie”? Przecież ten epizod z Tomem Waitsem jest fantastyczny! Mnie nawet wystarczy, jak oglądam z nim wywiady wideo – potrafię godzinami siedzieć, patrzeć w niego i słuchać tego cudownego głosu. Kocham ten jego klimat. Albo Marianne Faitfhfull – to samo. Ten taki brudny klimat, a zarazem pełen wrażliwości w środku. To połączenie chropowatego, gitarowego grania z pięknymi tekstami i melodiami jest dla mnie czymś wspaniałym. Tak właśnie chciałabym teraz grać.
I śpiewać już tylko po polsku?
Strasznie się wkręciłam w śpiewanie i pisanie po polsku. Ale nie zawsze to było u mnie na poważnie. Na poprzednich płytach wiele z naszych tekstów powstawało przypadkiem, nawet było formą jakiegoś żartu. Pierwsze płyty to były jeszcze nasze młodzieńcze zabawy i poszukiwania, wiele z tych rzeczy robiliśmy po raz pierwszy. Gdy dziś słucham niektórych z tamtych piosenek to szczerze się uśmiecham, bo teraz na pewno tak bym ich nie napisała. Na przykład „Słodko-słony cios” – kurcze, przecież my go stworzyliśmy gdzieś na kawie, dla żartu, a nie siedząc po nocach i dobierając skrupulatnie słowa. Pierwsza i druga płyta to więc jeszcze taka nasza szkoła pisania tekstów, ale przy trzeciej mogę nareszcie powiedzieć, że to już dzieło świadomej dziewczyny, która dokładnie wiedziała, czego na niej chce. Siedziałam nad tymi tekstami i bardzo się starałam, żeby były one poważne, żeby były o czymś. Żeby niosły coś ze sobą. I faktycznie jest w nich dużo mnie. „Przykro mi” to najbardziej osobista piosenka. Tak bardzo nawet osobista, że mój były chłopak, przez którego ją napisałam, chodzi teraz po Warszawie i mówi: „no i co? I co? Ma mi co jednak zawdzięczać”. Wyobrażasz sobie?
Słowa w tej piosence są twojego byłego?
Kiedy ze mną zrywał to na koniec powiedział tylko: „przykro mi”. I wyszedł. A ja taka zapłakana złapałam szybko za telefon i zanotowałam sobie tylko te słowa. Potem napisałam o tym całą piosenkę. Jakby jego głosem. Zresztą ja bardzo lubię takie utwory, w których odwracam osoby. Wiesz: „Łamiesz jej kości / Wyrywasz włosy, uderzasz głową...”. Dzięki temu mężczyźni mają szansę utożsamiać się z moimi piosenkami.
Od początku naszej rozmowy przewijają się w niej książki. Możesz ocenić, jak dużo jest ich w twoich tekstach?
Bardzo dużo! Na przykład w wersie: „w rękach pochwała cienia” przewija się tytuł eseju Jun'ichirō Tanizakiego o estetyce japońskiej. Bo kocham książki, ale kocham też Japonię! Mam tam sporo znajomych i mogę chyba nawet powiedzieć, że to takie moje miejsce na ziemi. Byłam tam trzy razy, ale porządnie, więc czuję się tam jak w domu. Fascynują mnie tamtejsi ludzie, fascynuje mnie to połączenie dwóch światów – z jednej strony okropnego, technologicznego pędu, a z drugiej spokojnego, minimalistycznego. Spałam kiedyś z Rysami w mieszkaniu Japończyka i zgadnij ile on miał mebli w domu? Jedną szafkę, dosłownie jedną szafkę! Miał w niej sake i ubrania, tyle. Tamtejsi ludzie są wspaniali w pielęgnacji swojego wnętrza. Bardzo dbają o to, żeby ich ciała i dusze były spokojne. Bardzo mi się to podoba.
Gdzie jeszcze czułaś się tak dobrze?
Cudownie mi było na Krymie. Mam tam rodzinę i uwielbiałam tam jeździć kiedy byłam dzieckiem. Do teraz pamiętam ten cudowny zapach… Cyprysów i fig. To był dla mnie raj na ziemi, obłędne miejsce.
Może więc warto pisać też piosenki inspirowane podróżami?
Nie jestem aż takim podróżnikiem, żeby nagrywać o tym płyty. Piosenki wolę jednak pisać w oparciu o te ukochane filmy i książki. Ale te prawdziwe. Nie uznaję żadnych czytników, kindli, niczego takiego. Ja podczas czytania potrzebuję cały czas notować, wyciągać zdania z książek, pojedyncze słowa i zapisywać je na boku. Teraz na przykład czytam fascynującą książkę „Trzy pstre tygrysy” Guillermo Infante i zdradzę ci mały cytat, żeby oddać jej klimat: „pierdnięcia są westchnieniem ciała, a westchnienia są pierdnięciem duszy”. Kocham też oczywiście Marqueza, Cortazara, uwielbiam Tołstoja, czego upust dałem w piosence „Uciekam” na ostatniej płycie The Dumplings, która opowiada historię 80-letniego pisarza, który uciekł z domu.
A czemu dasz upust na kolejnej płycie, już swojej, płycie? Może, skoro mają być gitary, będą też protest songi?
Uznaję sztukę za taką przestrzeń, w której nie napinam się na kaznodziejstwo i usilne przeciąganie ludzi na swoją stronę. Lubię dzielić się emocjami, ale nie nakazami. Nie chcę w swoich piosenkach moralizować, nigdy mnie to nie interesowało. Zdecydowanie bardziej wolę tym, co robię, wyciągać ludzi w inną przestrzeń niż to, z czym zmagają się na co dzień. Ja przynajmniej tego właśnie szukam w cudzej sztuce i piosenkach.
43 min
Albo Inaczej - Koncert w Teatrze Roma
Niesamowity koncert z udziałem wielu gwiazd polskiej muzyki. Hiphopowe klasyki odświeżają w nowych wersach m.in. Ten Typ Mes, Justyna Święs, Igo, Andrzej Dąbrowski i Krystyna Prońko.