Kali na Polish Hip-Hop Festival Płock 2018

Kali: bez gryzienia się w język

© Piotr Szapel

„Albo jesteś raperem i mówisz to, co myślisz, albo udajesz prawdziwego i za każdym razem gryziesz się w język" – mówi nam Kali kilka miesięcy po premierze swojej płyty „V8T”. Wybór należy do ciebie.

Spotkaliśmy się w dość gorącym okresie jego kariery – z jednej strony Kali niemal ciągle jest w trasie po Polsce, promując tegoroczny album, z drugiej – intensywnie pracuje nad filmem fabularnym, który w 2019 roku ma się pojawić we wszystkich multipleksach. Mimo napiętego terminarza udało nam się jednak go złapać i kto wie, czy nie mamy przy tym sporego szczęścia. Być może ustawiać się będą do niego także dziennikarze… filmowi? Zaczęliśmy jednak od innego tematu...
W maju miałeś okazję wystąpić na SuperHit Festiwalu Polsatu. Ciekawi mnie, jak oceniasz wizytę na tej imprezie z punktu widzenia... backstage'u? Mimo wszystko musiało to być dla ciebie coś nowego.
Cieszę się, że ktoś w końcu zapytał mnie o ten festiwal pod takim kątem. Pytania, które pojawiały się do tej pory, zahaczały raczej o to, jak bardzo występ na imprezie był dla mnie przypałowy. (śmiech) Powiem wprost: podobało mi się! Na backstage'u kompletnie nie było czuć żadnej presji i napinki na to, że to festiwal, który organizuje duża telewizja. Wręcz przeciwnie, panował tam spokój i nawet przez moment nie odczułem, że otaczają mnie celebryci. Publiczność przyjęła mnie dobrze, mimo że było tam niewiele osób, które znały moją twórczość. Należy jednak pamiętać, że impreza grana była głównie dla ludzi przed telewizorami. Sam festiwal przygotowany był na bardzo wysokim poziomie.
Chcesz powiedzieć, że to najlepiej zorganizowany festiwal, na jakim miałeś przyjemność zagrać?
Oczywiście. Polskim festiwalom hiphopowym dużo brakuje do osiągnięcia takiego poziomu. Tutaj możemy porównywać jedynie kwestię nagłośnienia, która na Juwenaliach czy dużych festiwalach rapowych jest na najwyższym poziomie. Cała reszta? Nie ma porównania. Wiesz, ta cała oprawa audiowizualna, scena, telebimy czy oświetlenie... to wszystko robiło niemałe wrażenie.
Mogłeś na miejscu nawiązać znajomości, które w przyszłości zaowocują wspólnym nagraniem.
Nie mam ciśnienia na takie celebryckie znajomości. I nie, nie poznałem nikogo, z kim mógłbym nagrać wspólny kawałek.
Udział w takiej imprezie na pewno pomoże ci w promocji twojego filmu.
Na pewno. Takie występy wyglądają dobrze w oczach inwestorów, którzy wykładają na tę produkcję pieniądze rzędu 5-7 milionów złotych. Nie dostajemy pieniędzy na film z żadnego instytutu, tylko od ludzi, którzy dysponują grubymi portfelami, a oni patrzą na produkcję inaczej – jak na inwestycję, która powinna się zwrócić. Więc takie rzeczy, jak festiwal w Sopocie, albo jedynka na OLiSie, zdecydowanie nam pomagają.
Kim jest osoba, która zwróciła się do ciebie z propozycją nakręcenia filmu, który będzie o twoim życiu?
Na ten moment nie mogę powiedzieć zbyt wiele. Jest to biznesmen, który wywodzi się ze świata polityki, ale od lat oscyluje w przemyśle filmowym – ma na koncie już kilka filmów. Jest kolesiem po pięćdziesiątce, z zupełnie innego świata niż ja. Zdradzić mogę jedynie, co nas łączy – on też siedział w więzieniu i tam po raz pierwszy spotkał się z moją muzyką. Na tę chwilę dogadujemy się świetnie. Gdybym chociaż przez moment odczuł, że jest to typowy biznesmen, który nawija makaron na uszy, to bym odpuścił współpracę. Ale jest w porządku, zaprzyjaźniliśmy się i chcemy ten film zrobić wspólnie. To nie jest tak, że on mi przykładowo mówi: masz iść do Kuby Wojewódzkiego, na wywiad, i ja tam idę. Nie, ja też mam coś do powiedzenia.
To prawda, że w ten film zaangażowany będzie Olaf Lubaszenko?
Tak, Olaf Lubaszenko na pewno będzie brał udział w projekcie. Przez kilka pierwszych dni będzie pomagał mi na planie w kwestii reżyserii. Można powiedzieć, że jest też opiekunem merytorycznym scenariusza, którego jestem autorem. Muszę od razu przyznać, że nieco opieprzam się z jego ukończeniem i dlatego nie możemy np. wystartować z obsadą aktorską. Zawaliłem kilka terminów i gdyby nie to, film mógłby trafić do kin już tej jesieni, a tak zapewne będzie to dopiero w przyszłym roku. Produkcję kręcimy w Krakowie (plenery) i Warszawie (wnętrza), a całość będzie można zobaczyć we wszystkich multipleksach w tym kraju. To naprawdę wielkie przedsięwzięcie.
Kali
Kali
Nie jesteś pierwszym reprezentantem Firmy, który jest bohaterem filmu. Co myślisz o produkcji „Popek za życia”?
To był film dokumentalny, produkcja o mnie będzie produkcją fabularną. Mówiąc szczerze – średnio oceniam ten film. Uważam, że był kręcony na szybko i przez nieodpowiednie osoby. W filmie jest zbyt dużo „brudu”, co dla jednych może mieć swój urok, jednak nie dla mnie. Wolę, gdy film ma odpowiednią jakość. Nad porządnym dokumentem powinno się pracować przez 2-3 lata. Takie jest moje zdanie w tej kwestii.
Przejdźmy do twojego albumu „V8T”. Jak trafiłeś na Flvwlxssa, nieznanego dotąd producenta, który w całości wyprodukował twój krążek?
Filip jest chłopakiem mojej szwagierki, więc znaliśmy się już wcześniej. Żona puściła mi kiedyś jeden jego utwór, ten mi się spodobał i poprosiłem, by przesłał mi paczkę z beatami. Z czasem miałem już tyle tych podkładów, że stwierdziłem, że szkoda przejść obok jego muzyki obojętnie i zaproponowałem mu zrobienie wspólnego albumu. Gdyby nie liczyć tego, że jeden instrumental Filipa trafił na projekt „Synesthesia”, można by powiedzieć, że jest absolutnym debiutantem, a ja pierwszym raperem, który ma przyjemność rapować na jego podkładach.
Wiele słyszy się o tym, że topowi raperzy, mówiąc wprost, wykorzystują młodych, mało znanych producentów i płacą im strasznie niskie stawki za podkłady. Jakie jest twoje podejście?
Nie jestem osobą, która wykorzystuje ludzi, to po pierwsze. Wprowadziłem do gry kilku znanych na ten moment producentów: Gibbsa, PSR-a, Sergiusza, I'Screama'... Można powiedzieć, że mam ucho do beatmakerów. Choć wolałbym mieć takie ucho do raperów... (śmiech) Ale wracając do twojego pytania – już Gibbsa, który był 18-letnim dzieciakiem z Kłobucka, traktowałem fair. Tak samo podszedłem do Flvwlxssa. Muszę jednak powiedzieć, że to też nie było tak, że oni oczekiwali tych pieniędzy – to są skromni i pokorni ludzie. Cieszyliby się nawet gdybym wypłacił im za te beaty po kilka tysięcy. Wiesz jak jest na początku – człowiek nawet nie myśli o pieniądzach, liczy się tylko zajawka i chęć działania. Ale ja podchodzę do ludzi fair i – mówiąc bardzo szczerze – ch**owo bym się czuł wiedząc, że zarobiłem na albumie dużo pieniędzy, a producentom wypłaciłem grosze.
Album promowałeś m.in. singlem „Piraci”, który jest hymnem wszystkich osób, które zamiast krwi mają w sobie... benzynę. Nie od dziś wiadomo, że jesteś fanem motoryzacji. Pytanie - dlaczego nagrałeś taki wyraźny numer dopiero teraz?
Złapałem ostatnio zajawkę na motocykle terenowe enduro. Mamy ekipę, z którą jeździmy po dzikich terenach, lasach, górach. Nie ukrywam, że się w to wkręciłem. Uważam, że takie wyprawy to fajny sposób na spędzanie czasu dla faceta w moim wieku. Nie wiem, może to już kryzys wieku średniego, ale oby nie. (śmiech) Choć nawet gdyby... ch*j z tym! Ja czuję się dalej młodo. Będę jeździł na motocyklu, dopóki pozwolą mi na to warunki fizyczne.
Jeździsz samochodem, który nie do końca jest powszechnym pojazdem na naszych drogach. Często zatrzymywała cię policja tylko po to, by to auto pooglądać?
Jasne, takich sytuacji jest mnóstwo. Często wypytują o liczbę koni i inne sprawy, związane z moim samochodem. Pamiętam, jak raz jechaliśmy z koncertu prosto do Warszawy, na Marsz Wyzwolenia Konopi. Auto prowadził mój przyjaciel. Wjeżdżamy do Stolicy nad ranem i budzi mnie ziomek, że kontrola. Mówię mu: „ja pie***lę, na chwilę dać ci samochód i już cię zatrzymuje policja”. A on wysiadł z samochodu, poszedł z nimi do radiowozu i po chwili... podszedł do naszego bagażnika i coś z niego wyciąga. Nie minęła minuta i był już z powrotem w aucie... Okazało się, że córka jednego z policjantów słucha mojej muzyki i chcieli od nas tylko dwie płyty. Obeszło się bez mandatu.
Kali, V8T
Kali, V8T
Słuchając twojej nowej płyty i oglądając ostatnie wywiady doszedłem do wniosku, że wręcz żalisz się, że media cię nie chcą. Mam rację?
Tu nie chodzi o to, czy one są mi potrzebne, czy nie. Tu chodzi o sam fakt, że jestem pomijany przez media – a to irytuje. Słuchaj, jaki sportowiec, który odnosi sukcesy i ma rzesze fanów, nie wkurzyłby się, gdyby media traktowały go jak powietrze? Ludzie, którzy słuchają moich kawałków, powinni mieć dostęp do moich wypowiedzi, należy im się to. To nie jest tak, że mam parcie na wywiady i pcham się do mediów, bo sam doskonale wiesz, jak ciężko mnie złapać na rozmowę. Poza tym nie udzielam wywiadu każdemu. Ale czy media są mi potrzebne? Faktycznie, nie są. Dawałem sobie radę bez nich przez wielu lat.
Z dala od blasku fleszy, na scenie dzieją się rzeczy, które mogą irytować czy śmieszyć. Dlaczego w kawałku „Całuj fingiel” postanowiłeś „wyróżnić” akurat Bedoesa i Otsochodzi?
Przede wszystkim warto zaznaczyć, że nie jest to diss, tylko – mówiąc w starym stylu – „moje myśli uwolnione”. W tym kawałku powinienem wypowiedzieć się o jeszcze paru innych raperach, ale numer trwa tylko kilka minut, więc odpuściłem. Bedoes podpadł mi słowami, które wypowiedział w warszawskiej Stodole. Po tej akcji dzwonił z przeprosinami do kilku raperów, m.in. do Bilona i Peji, ze mną się akurat nie kontaktował, trudno. Rozumiem, że poniosła go małolacka fantazja, ale wk**wiło mnie to i zalazła mi ta sytuacja za skórę. Śledziłem jego poczynania i wydawał się niepokorny, wyszczekany, zbyt pewny siebie. A ja niekoniecznie przepadam za takimi ludźmi. Udało nam się jednak ostatnio porozmawiać i mogę stwierdzić, że doszliśmy do porozumienia.
Rywalizujesz z Bedoesem?
Zdrową rywalizację to ja mam nawet z moim przyjacielem, Paluchem. Musi być taka rywalizacja, bo to nas wszystkich nakręca do działania. Każdy chce być najlepszy, każdy chce nawijać najlepiej, mieć największe wyświetlenia i grać koncerty dla największej rzeszy ludzi. Nie ma co pie***lić, że jest inaczej. Każdy chce czytać o sobie, że to on roz**bał ten rok. Rywalizacja jest wpisana w hip-hop. Gorzej, kiedy dochodzi do niezdrowej rywalizacji i dają o sobie znać zawiść, zazdrość, jakieś urojenia. My, starsi, nie możemy mieć cały czas zadartego nosa i – używając metafory – wystawiać fingiel, by młodzi klękali przed nami i całowali. Przyznaję otwarcie, że ja też mogę się dużo nauczyć od młodych raperów, bo oni są strasznie utalentowani. Problem tkwi w tym, że w ich kawałkach jest deficyt przekazu. Gdyby do ich numerów dołożyć treść, mielibyśmy do czynienia z „niuskulową złotą erą”.
Bedoesa mamy odhaczonego. Został Otsochodzi.
Płyta „Slam” i jego działania z tamtego okresu zasługiwały na szacunek. Otsochodzi dostał sporo pochwał od starszych raperów i świadomych słuchaczy. Był naprawdę na dobrej drodze, by zostać tym Joey Badassem, do którego tak często go porównywali. Widać było, że jest inteligentny, wie, co mówi i jest przed nim przyszłość. Ale nagle wykonał dziwny zwrot i wyszło, co wyszło. Nie widzę w jego nowych kawałkach niczego wartościowego. Nie podoba mi się forma, w jakiej jest to wykonane, ani treść. Przypuszczam, że jest to naprawdę miły chłopak. Gdybym go spotkał i porozmawiał z nim, na pewno zostawiłby po sobie miłe wrażenie. Jestem pewny, że tak by było. Ale jako artysta mnie po prostu bardzo irytuje. Stąd takie, a nie inne wersy. Zamykając ten temat – naprawdę zdawałem sobie sprawę z tego, że po puszczeniu kawałka „Całuj fingiel” mogę mieć beef z Bedosem i Otsochodzi. Tylko widzisz – albo jesteś, k**wa, raperem i mówisz to, co myślisz, albo udajesz prawdziwego i za każdym razem gryziesz się w język.
Że jesteś prawdziwy widać choćby po zdjęciach swoich bliskich, które chętnie w sieci udostępniasz. Nie boisz się, że za jakiś czas twoja żona lub córka stanie się obiektem żartów? Po premierze filmu staniesz się prawdopodobnie najpopularniejszym raperem w tym kraju, co pociągnie za sobą różne zjawiska, również te negatywne.
Ludzie się ze mnie rzadko śmieją, bo też nie daję im powodów. Ale nie przeskoczę tego, o czym mówisz. Nie mam zamiaru iść w skrajność i na siłę ukrywać swojej rodziny. Naprawdę bardzo autentycznie podchodzę do tego, co piszę i robię. Album „V8T” jest tego najlepszym przykładem. Wrzucam zdjęcia swojej córki i kobiety na Instagram, ale uważam, że mam do tego jak najbardziej zdrowe podejście. Instagram traktuję jako album, do którego będę mógł wrócić np. za 20 lat. Instagram też – w przeciwieństwie do Facebooka – nie jest dla mnie tylko polem promocyjnym. Chcę czuć się tam jak normalny koleś, nie chcę budować przed sobą jakichś ścian. Podejrzewam, że publikuję tyle samo zdjęć, co każdy inny Kowalski, który ma dzieci. To wszystko dzieje się naturalnie.