Kamil Leśniak ukończył GSB w rekordowym czasie
© Michał Loska
Ultramaratony

Nowy rekordzista GSB: Nawet przy biegach 100 i 170 km, ten jest kosmiczny

Kamil Leśniak o tym, co przeżywał na GSB bijąc biegowy rekord (FKT) - czyli opowieść o 500 km bólu, zmęczenia i niepewności oraz jednej, wyraźnej halucynacji.
Autor: Krystian Walczak
Przeczytasz w 17 minPublished on
19 października, o 6:00 rano, w Ustroniu ultramaratończyk Kamil Leśniak wyruszył na Główny Szlak Beskidzki. Po 93 godzinach i 42 minutach biegu przez Beskid Śląski, Beskid Żywiecki, Gorce, Beskid Sądecki, Beskid Niski oraz Bieszczady, po pokonaniu na własnych ponad 500 km dotarł do Wołosatego. Tym samym, zaledwie o 2 minuty pobił rekord szybkości (popularnie zwany FKT – od ang. Fastest Known Time) na tej trasie – w formule ze wsparciem. Jaki to był wysiłek? Skąd tak mała różnica na tak dużym dystansie? Czy spał, kiedy jadł? I wreszcie, czy da się to zrobić szybciej? Odpowiedzi na te i inne pytania w naszej rozmowie z Kamilem.
Jak biegłeś, to miałeś zaplanowane tempo na rekord, czy po prostu zacząłeś z takim nastawieniem, że sprawdzisz jak ci się będzie biegło i zobaczysz jak wyjdzie?
Tak i tak. Cały czas miałem w głowie kalkulator. Jestem taki, że jaram się cyframi, międzyczasami i kontroluję to. Przed startem miałem spisane międzyczasy Romka Ficka (dop. poprzedniego rekordzisty). Wiedziałem gdzie się zatrzymywał, gdzie miał postój na drzemkę - przynajmniej teoretycznie, bo dokładnie nie wiem, gdzie spał. Dlatego wiedziałem, gdzie tracę i gdzie zyskuję względem Romka. Oczywiście bieg biegowi nierówny. Każdy ma swoje mocne strony i swoje kryzysy, dlatego patrzyłem na to z przymrużeniem oka, ale zdecydowanie miałem to z tyłu głowy. Od początku byłem jednak mocno w tyle względem rekordzisty i nie chciałem się tym stresować. Wiedziałem, że dużo rzeczy dzieje się dopiero od 400 kilometra. Rafał Bielawa (dop. jeden z poprzednich rekordzistów) mówił mi, że można biec na rekord, mieć sporo zapasu, ale Bieszczady i tak robią swoje.
Z mojego punktu widzenia to ważne pytanie, ponieważ różnica dwóch minut w wyniku względem poprzedniego rekordu, na tak dużym dystansie wydaje się po prostu nieprawdopodobna! Dlatego zastanawiałem się, jak do tego doszło. Długo zajęły ci przygotowania - nazwijmy to merytoryczne?
Miałem plan na 85 godzin. Wiedziałem, że sporo osób, które pokonywało GSB miało problemy w drugiej części. Ja akurat miałem dużo problemów gdzieś w środku. Między Krynicą a Komańczą straciłem bardzo dużo czasu, który ciężko było mi nadrobić – tym bardziej, że warunki były bardzo trudne. Nawet gdy miałem siły, teren mi to uniemożliwiał. Czy przygotowania trwały długo? Dziubałem ten projekt w Excelu w wolnych chwilach, kiedy jeszcze trwał mój sezon startowy. Wizję tego biegu tworzyłem sobie jakby przy okazji. Nie mniej GSB było dla mnie wisienką na torcie po całym sezonie. Z tego powodu wystartowałem w październiku. 500 km to bardzo dużo i nie wiedziałem jak organizm zareaguje na taki dystans i czas wysiłku. Co do przygotowań fizycznych, trochę je zaniedbałem. Myślałem, że z całego sezonu zawodów ultra-szybkiego biegania po górach zostanie mi trochę pary, więc szybciej poszedłem na roztrenowanie i bardzo mocno cierpiałem z tego względu. Jeśli chodzi o logistykę, bardzo dużo zawdzięczam supportowi, który w dużej mierze ogarniał się sam - decydując co trzeba zrobić, a gdzie można odpuścić. Wielkie podziękowania dla Piotra, Sergiusza, Przemka, Marty i całej reszty ekipy, która sama się zorganizowała w trakcie wyzwania i pomogła mi. Podsumowując, choć ja sam się nie do końca przygotowałem, wspólnymi siłami wyszło bardzo profesjonalnie.
To tak trudny szlak, że samo dobicie od kropki do kropki już jest wyczynem
Kamil Leśniak
Skąd pomysł, żeby zmierzyć się z GSB? Jesteś profesjonalnym biegaczem. Za Główny Szlak Beskidzki nie dają nagród, a 500 km (nawet na koniec sezonu), to coś, po czym niełatwo się zregenerować, żeby potem błyszczeć w tradycyjnych biegach górskich.
Wizje challenge’ów ultra siedzą mi w głowie. To na pewno jest coś ciekawego. Sam Kilian Jornet wielokrotnie bił rekordy różnych szlaków – czy to na Korsyce, czy wchodząc na różne szczyty. Sama idea FKT (dop. Fastest Known Time) inspiruje do takich wyzwań, a w Polsce najbardziej popularnym FKT jest właśnie ten na Głównym Szlaku Beskidzkim i to od lat. Maciek Więcek, Rafał Bielawa, Jarek Gonczarenko, Roman Ficek – jeśli oni robią takie challenge, to samo w sobie jest bardzo inspirujące i niesie element rywalizacji. Jeśli coś jest powtarzalne i można się z kimś porównać, to pojawia się rywalizacja. Próbowałem tego szlaku parę lat temu z Piotrkiem Bętkowskim – dla funu, bez supportu, chcieliśmy przebiec z Bieszczad do Ustronia. Nie udało nam się to wtedy, ale też nie mieliśmy bardzo ambitnych planów. W zeszłym roku w Bieszczadach siedzieliśmy z Piotrem Winterem przy piwku i stwierdziliśmy, że można by było spróbować. Właśnie wtedy ten szlak robił Roman Ficek i tknęło mnie, żeby zaatakować ten rekord. Twierdzę, że dużo czasu można jeszcze urwać. Nie mniej po wszystkim, jednocześnie uważam, że jest to tak trudny szlak, że samo jego ukończenie – dobicie od kropki do kropki – już jest wyczynem.
Spontaniczny support był potrzebny

Spontaniczny support był potrzebny

© Michał Loska

Opowiedz więcej o supporcie. W socialach pisałeś, że to był niezły spontan.
Pierwszy raz się z czymś takim spotkałem. Ciężko na zawodach spotkać sytuację, w której tyle osób zjawiło się, urwało się z pracy, czy z randki – bo taką historię też poznałem – żeby pokibicować mi, przebiec parę kilometrów, czy pomóc na szlaku. Choć ogłosiłem ten projekt, do końca dalej nie wiedziałem jak się do niego przygotować, a także co i jak zorganizować. Na dwa tygodnie przed tak naprawdę byliśmy w tym projekcie we dwóch – ja i Piotr Winter, który miał mnie supportować jeżdżąc za mną samochodem. W końcu gdzieś po drodze parę osób zgarnąłem i zebrała się 4-5-osobowa ekipa na całość, a na poszczególne etapy dołączały kolejne osoby. Dzięki temu, że ktoś cały czas pisał w social mediach, na trasie pojawiali się nowi ludzie. Od początku do końca miałem towarzystwo, co było dla mnie dużym szokiem. Jestem bardzo wdzięczny, że tak dużo osób poświęciło swój czas, żeby przebiec ze mną kilka kilometrów, ponosić mi bidony, podać żele, pogadać i poopowiadać o swoim życiu. To ostatnie było dla mnie dość ważne, ponieważ nie chciałem się zamykać w sobie - nie mogłem sobie pozwolić, żeby przysnąć w nocy. Potrzebowałem bodźców w postaci rozmowy. Policzyłem, że uzbierało się około 50 osób, o ile nie było ich więcej. Tak naprawdę nie wiem ile jeszcze osób truchtało mi za plecami i krzyczało dopingujące teksty. Choć nie było to zorganizowane, wyszło bardzo fajnie.
Kamil Leśniak na szlaku

Kamil Leśniak na szlaku

© Michał Loska

Rzucił mi się na twarz jakiś potwór... Darłem się na siebie, krzyczałem, gadałem głupoty
Kamil Leśniak
Z tyłu, bo pewnie trudno było cię dogonić.
(śmiech) Aż tak, to nie. Miałem takie momenty, gdzie wydawało mi się, że pędzę naprawdę szybko, ale kiedy się nad tym zastanowiłem, okazało się że osoba obok mnie wyciąga telefon, coś tam sobie na nim pisze, robi zdjęcia… (śmiech) Jak patrzyłem na Stravę, potem zobaczyłem w tych miejscach 6-8 min/km, a mi się wydawało, że gnam jak na zawodach. Na zmęczeniu biegnąca osoba ma o tym wszystkim trochę inne wyobrażenie.
Nogi Kamila Leśniaka podczas bicia rekordu GSB

Nogi Kamila Leśniaka podczas bicia rekordu GSB

© Michał Loska

No to opowiadaj: kryzysy, metafizyczne doznania, legendarne ultramaratońskie haluny?
Trochę tego było! Nie ukrywam, że bardzo szybko przyszło zmęczenie. O ile w tym sezonie „setki” na zawodach biegało mi się bardzo dobrze i bez kryzysów, tak tutaj pierwszy kryzys pojawił się już na 70-tym kilometrze. To mnie trochę zaniepokoiło, bo miałem przed sobą jeszcze ponad 400 km. Obstawiałem, że pierwszy kryzys przyjdzie dopiero drugiego dnia, a tu już na tak wczesnym etapie przyszła myśl żeby zejść z trasy. Pierwsza i ostatnia zarazem. Wzięła się właśnie z tego, że do mety miałem jeszcze tak daleko. Potem były mniejsze kryzysy, ale myśl o zejściu nie wracała. Raczej to było coś w stylu: „dobra, nie będzie rekordu, ale muszę dobić do tej kropki”. Miałem jedną bardzo wyraźną halucynację. Biegliśmy przez jakieś miasto i połączył się cień rzucany przez jakiś obiekt, odbicie światła latarni oraz efekt dźwiękowy jaki dawało szczekanie psa. Z tego połączenia rzucił mi się na twarz jakiś potwór. Był bardzo wyraźny i naprawdę się przestraszyłem. Były też momenty, gdy czułem niepokój, że ktoś mnie śledzi. Pojawiał się lęk, jakby mnie ktoś łaskotał po plecach. To było bardzo dziwne. Miałem bardzo dużo kryzysów wewnętrznych. Starałem się rozmawiać ze sobą i przełamywać w tym bólu. Pewnie dużo osób było świadkami, jak płakałem, czy darłem się na siebie, krzyczałem, gadałem głupoty. Nie wiem już co dokładnie, ale zdarzało mi się to – głównie w nocy. Gdy tylko zachodziło słońce, od razu pojawiał się kryzys i zmęczenie. Niby chciało mi się spać, ale na postojach nie zawsze udawało mi się zasnąć. Trudno tak od razu zapaść w sen gdy ciało jest rozgrzane, a w głowie siedzą emocje. Miałem też zupełnie odwrotną sytuację. W Bieszczadach miałem już mocno spuchnięte kostki – to był największy problem podczas tego wyzwania. Wtedy czułem ból, ale nie reagowałem na niego. To było zabawne, bo stwierdziłem, że teraz to już mogę biec 500 i 700 km. Przez 30-40 km towarzyszyło mi uczucie, w którym z jednej strony coś mnie bolało, ale ja tego totalnie nie czułem, tak jakbym nie był w swoim ciele, tylko obok. Trochę się tego uzbierało. Takie wyzwanie to emocjonalny rollercoaster. Wierzę, że inni rekordziści robili to z większym komfortem i pewnie lepiej sobie z tym poradzili. Ja cierpiałem na własne życzenie. Miałem świadomość, że tyle osób przyjechało tam dla mnie. Będąc już tak daleko po prostu nie chciałem odpuszczać, tym bardziej że nie urwało mi nogi i nic mi nie pękło. Wszystko było kwestią głowy, która po prostu przeszła poważny sprawdzian. Nie chciałem też kończyć sezonu odpuszczając, bo to byłby dla mnie bardzo duży cios na kolejny. Przed nami jesień i zima, a ja chciałbym się przygotowywać na przyszły rok w komforcie psychicznym. I tak teraz będzie. Czuję się dużo bardziej pewny siebie wiedząc, że udało mi się wywalczyć choćby te dwie minuty. To była determinacja, walka do końca i wiara w swoje możliwości. Wbiegając do Ustrzyk Górnych, niecałe 30 km przed metą, byłem naprawdę daleko od tego rekordu i musiałem się naprawdę sprężyć, żeby urwać te dwie minuty.
Obraz ci się rozlewa, organizm jest otępiały, a głowa nie myśli trzeźwo. Z każdym krokiem masz coraz mniej pewności, czy jeszcze go ustoisz
Kamil Leśniak
Jak daleko? Ile ci brakowało na te 30 km przed metą?
Patrząc na wynik Romana, strata wynosiła wtedy około dwóch godzin. Roman spokojnie podchodził, zatrzymywał się, a ja zaliczyłem tam najszybszy fragment. Ostatnie 8 km w dół i po płaskim - po szutrze i asfalcie - tam miałem prędkość na poziomie 4:20-4:30 min/km. Dla mnie na co dzień to jest spokojne wybieganie, ale po 500 km to było naprawdę szybkie tempo. Miałem nawet takie uczucie, że biegnę poniżej 3:30, choć to było tylko 4:30. To jest złudne. Dociskasz na maksa, obraz ci się rozlewa, organizm jest otępiały, a głowa nie myśli trzeźwo. Z każdym krokiem masz coraz mniej pewności, czy jeszcze ustoisz na tej nodze. Końcówka była naprawdę dramatyczna, dlatego jestem bardzo zadowolony, że to się udało. Nawet jeśli są to tylko dwie minuty, a nie dwie godziny, czy nawet pięć, to pokazuje, ile dałem z siebie na trasie. To dla mnie naprawdę emocjonalny, osobisty sukces. Stawiam to wyżej niż typowe wyniki sportowe, wysokie miejsce w zawodach, czy życiówkę. To jest coś innego. Coś ponad to.
Kamil Leśniak podczas posiłku

Kamil Leśniak podczas posiłku

© Michał Loska

Dużo spałeś?
Na 5 postojów na spanie 3 były planowane i 2 nieplanowane. Łączny czas postoju to 12 godzin i 17 minut. To sumaryczny czas na spanie, jedzenie, umycie się, przebranie, wejście, wyjście… Jak pamiętam, 9 godzin spędziłem w łóżku, ale to nie był czas samego snu. Były momenty, gdy ból był na tyle silny, że tylko przekręcałem się z boku na bok. Podczas pierwszych postojów miałem wrażenie, że tylko położyłem się i zaraz mnie ktoś ściągał z łóżka. 9 godzin to tyle ile planowałem przed startem – tylko w 3 postojach, a nie w pięciu. Musiałem dospać na trasie – a to w kamperze znajomego, a to pod cerkwią w Chyrowej na deszczu…
Chyrowa… Czy ty miałeś takie chwile „wow, jak tu ładnie!”, czy cały czas pełne skupienie?
Tempo było bardzo wolne i były takie zachwyty. W pierwszej części miałem bardzo dużo takich momentów, że stwierdzałem, że jakaś miejscówka jest fajna, żeby tam posiedzieć i pobiegać po okolicy. Był czas, żeby się obrócić i coś sobie lepiej obejrzeć. Bieg Głównym Szlakiem Beskidzkim to świetna okazja, żeby zobaczyć wszystkie góry. Początek szczególnie mi się podobał. Okolice Węgierskiej Górki są świetne, zwłaszcza że trafiliśmy na doskonałe warunki. Widoki koło Baraniej Góry są przepiękne. Niestety miałem pecha w Bieszczadach – była mgła i deszcz. Łemkowyna, czyli Beskid Niski, jak zwykle był błotnisty. Patrzyłem tylko na nogi Maćka i Kasi, więc nie pozwiedzałem. Większość tych gór znam jednak dobrze z różnych zawodów, dlatego aż tak nad tym nie ubolewałem.
Kamil Leśniak na Głównym Szlaku Beskidzkim

Kamil Leśniak na Głównym Szlaku Beskidzkim

© Michał Loska

Strona (z której zaczynasz) ma znaczenie… ?
Nie jestem tak doświadczony jak Rafał Bielawa, który biegł w dwie strony i ma więcej przemyśleń na ten temat, ale wydaje mi się, że tak. Również termin ma znaczenie, pora startu… Drugim razem poeksperymentowałbym i pokombinował trochę. Drugiego razu na razie nie będzie, dopóki ktoś nie poprawi mojego wyniku. Nie mniej odwróciłbym sobie trasę. Beskid niski wolałbym mieć na początku, żeby trochę pobiegać na świeżości, zamiast klapać z nogi na nogę. Na koniec zostawiłbym sobie trudny teren, gdzie tempo biegu i tak jest wolne – niezależnie czy robisz ten fragment na świeżości, czy na zniszczeniu. Po sobie widziałem, że nawet pod koniec dobrze podchodziłem. Problemem było jednak utrzymanie tempa na płaskim, łatwym terenie i na zbiegach. Na pewno zmieniłbym godzinę startu. Chciałbym wystartować w nocy, a nie rano, żeby pierwszą noc mieć bez kryzysu, a dopiero w drugą wejść na zmęczeniu. Miałem tak, że gdy przychodziła noc, automatycznie przychodził kryzys. Gdybym zaczął w nocy, przynajmniej jeden by odpadł. To trudno wytłumaczyć, ale ktoś, kto będzie rozważał start, może weźmie pod uwagę moje przemyślenia. Wybrałbym też inny termin – zmienił go na lato. Dni są wtedy dłuższe, organizm nie wycisza się tak szybko i pewnie byłoby mniej błota na trasie, byłoby bardziej sucho. Teraz, już w Beskidzie Żywieckim szukałem trasy po bokach i patrzyłem tylko, żeby nie wdepnąć w kałużę. Noga ciągle gdzieś się osuwała. Takie mikro skurcze są ryzykowne. Kiedy to się stanie 500 razy, to ślad na organizmie zostanie. Myślę, że zapamiętam to doświadczenie. Gdybym miał robić to drugi raz, wyszłoby to dużo lepiej.
Cały sezon biegam - tutaj 100 km, tam 150, najdłuższe zawody 170 km. Przy tym wszystkim GSB wygląda kosmicznie
Kamil Leśniak
Stwierdziłeś też, że GSB da się zrobić poniżej 80 godzin. Gdzie widzisz możliwość zaoszczędzenia czasu?
To dosyć zaczepne, ale myślę że dobrze przygotowany zawodnik może pokusić się o taki wynik. Myślę o tych 80 godzinach. To jest ogromna różnica. Ktoś może się z tego śmiać. Ja na początku też trochę się uśmiechałem pod nosem, ale jeśli wszystko by wyszło tak jak powinno, to można zyskać bardzo dużo. Czas snu zostawiłbym na obecnym poziomie, ale ograniczył czas postojów. To o czym mówiłem wcześniej, o błocie, o godzinie startu, to są rzeczy, które zabierają sporo. Tak samo jak omijanie kałuż, czy związane z tym, częste zmienianie butów. Każda z tych rzeczy trwa 5 minut, ale jeśli przemnożysz to 12 razy, to już robi się godzina. Przebierałem się 5 razy a nie 3 itd. To wszystko są stracone minuty. Do tego samo odpowiednie przebiegnięcie etapów, choćby pod kątem wspomnianej już kolejności, dałoby urwanie kilku dobrych godzin. Jeśli dobrze mogłem pobiec końcówkę, to wierzę w to, że środek też dałbym radę. Na razie jednak o tym nie myślę. Rzuciłem to trochę zaczepnie. Rekord póki co jest mój i niech kto inny się martwi. (śmiech) Dopóki ktoś go nie pobije, skupię się na bieganiu zwykłych ultramaratonów, na przygotowaniu do sezonu, do UTMB i kwalifikacji na mistrzostwa świata. GSB było niezłą przygodą, w dodatku wspólną. Jeszcze raz chciałbym podziękować wszystkim za kawał roboty. Myślę, że ta przygoda będzie nam długo siedziała w głowach.
Kamil Leśniak na GSB

Kamil Leśniak na GSB

© Michał Loska

Po biegu wrzuciłeś takie zdjęcie zegarka, gdzie jest napisane „Najdłuższy bieg”. Jakie odznaki na platformie Garmin Connect udało ci się zdobyć tym biegiem?
To ciekawe. Musiałbym zobaczyć, jakie są te odznaki. Jak patrzę na statystyki, to dosyć zabawnie wygląda. Choć cały sezon sobie gdzieś tam biegam - tutaj 100 km, tam 150, najdłuższe zawody 170 km – to przy tym wszystkim GSB wygląda kosmicznie, a reszta to tak jakbym sobie gdzieś truchtał. Muszę się jakoś postarać to uśrednić w Garminie, żeby nie było, że cały rok nic nie robię. (śmiech)
Tam jest na przykład odznaka za ultramaraton, powtarzalna (każdorazowo warta 8 punktów). Za GSB zdobyłeś pewnie niestety tylko jedną, a znam takich, którzy z tego powodu rozdzieliliby zapis treningu – żeby zdobyć więcej punktów.
Chyba muszę poprosić Garmina, żeby zrobili osobną odznakę GSB. To by było dosyć ciekawe.
To by było piękne. Myślisz, że odznaki Garmina kiedyś mogłyby zastąpić odznaki PTTK?
Przez chwilę się tym interesowałem. Może moje GSB powinienem zgłosiłbym też do PTTK? Nie wiem tylko, czy nie powinienem mieć książeczki i zbierać pieczątek po drodze. Ale może, gdybym im przesłał tracka z Garmina… ?
Skoro mowa o Garminach, jesteś kapitanem drużyny Garmin Polska na Wings for Life World Run. Zapisy ruszają 8 listopada, punktualnie o 12:00. Tam jest ponad 700 osób. To jeden z największych polskich teamów, bodajże drugi po Drużnie Kapitana Wąsa, która ma ponad 1000 osób. Jesteś gotowy, żeby zachęcić wszystkich do rejestracji i poprowadzić swoją ekipę w 11. edycji największego charytatywnego biegu na świecie?
Teraz ze zdwojoną mocą będziemy gonić Kapitana Wąsa i dobijemy do tysiaka. Myślę, że wspólnie przebiegniemy trochę kilometrów. Mam nadzieję, ze więcej niż na GSB. Jestem pod wrażeniem. Dałeś mi do zrozumienia, że przez kilka lat stworzyliśmy naprawdę dużą ekipę – nie wiem, który rok jestem jej kapitanem. Ta liczba jest naprawdę ogromna i motywuje do działania, do pisania o biegu, do tworzenia teamu. Mam nadzieję, że znów w fajny sposób pokażemy się na Wings for Life World Run. Dzięki za przypomnienie o zapisach, bo przecież też muszę to zrobić.
Wings for Life World Run 2023 w Poznaniu

Wings for Life World Run 2023 w Poznaniu

© Damian Kramski

Jak daleko będziesz uciekał przed ruchomą metą w maju 2024 roku?
Niech w końcu ta wróżka wygra! Mam marzenie, żeby trochę zaczarować, odstawić na chwilę skrzydełka. Cały czas próbuję, próbuję, ale nie mogę odlecieć przed Samochodem Pościgowym. Do tego strój wróżki jest już trochę wysłużony. A ja chciałbym trochę w końcu powalczyć. Mam nawet taki plan, żeby na początku sezonu przygotować się do biegów ulicznych i wystartować w Wings for Life World Run z myślą o ściganiu się – może z Dariuszem (dop. Nożyńskim), może z Błażejem (dop. Brzezińskim), a może w Polsce wystartuje ktoś nowy, jeszcze mocniejszy. Chciałbym trzepotać swoimi skrzydełkami dłużej. Choć ten rok już i tak był szybki i mocny. Wyniki były bardzo dobre. Będzie ciężko je pobić, więc trzeba trzymać kciuki, żeby forma przyszła. I choć to nie jest najważniejsze, to zobaczymy, jak to wyjdzie dopiero w maju.
Materiał we współpracy z Garmin