Muzyka
Cień strasznego potwora
„Ludzie są bardziej życzliwi” – KęKę o swojej codziennej walce i trudnych zmianach na lepsze.
W swoich tekstach mówisz tylko prawdę?
Ostatnio narzeczona zarzuciła mi, że od pół roku nie zrobiłem jej budyniu. (śmiech) A więc kawałek „Miłość” przedstawia wyidealizowaną wersję naszego życia. Rzeczywistość nie zawsze tak wygląda. Zdarzają się lepsze i gorsze dni. Nigdy jednak w sposób intencjonalny nie przeinaczam faktów. Pewnie nie wszystko o sobie mówię, ale specjalnie nie kłamię.
Nie wszystko, ale czy i tak nie za dużo? Gdzie masz granicę intymności? Marta nie negocjuje z tobą niektórych linijek: „Wiesz, o tym akurat nie musisz mówić całemu światu”?
Nie zdarzyło się. To się wydaje takie otwarte, bo ja o sobie mówię otwarcie, nie skrywając sfery uczuciowej, emocjonalnej. Może z zewnątrz wygląda to tak, jakbym wyrzucał na wierzch wszystkie bebechy, ale dużo z mojego życia zostawiam tylko dla siebie. Nawet nie dlatego, że coś świadomie ukrywam, ale dlatego, że o wszystkim nie da się napisać. Kiedy jednak o czymś mówię, jak już jakiś temat jest na tapecie, to się w niego wwiercam, wwiercam i wywiercam. Do swojego życia staram się podchodzić teraz bardziej autorefleksyjnie, stąd też może odczucie dużego obnażenia.
Jak odbierają cię obcy ludzie to jedno, ale… ile lat ma teraz twój starszy syn?
Jedenaście.
To pewnie jeszcze nie…
Już, już… Słucha i większość rozumie. Dużo o tym z Bartkiem rozmawiamy.
Co nie zmienia faktu, że za pięć lat może do ciebie przyjść i powiedzieć: „Tato, o tym i o tym nie musiałeś rapować”.
Jeżeli miałbym już mieć takie dylematy, to parę lat temu. Przy wcześniejszych nagraniach, które czasami zamieniały się w pijacki, nieprzemyślany bełkot. Kiedyś żyłem inaczej i tego nie ukryję, ani przed najbliższymi, ani w swojej twórczości. Tamtego życia mogę się wstydzić, nie tego, a skoro o tamtym mówiłem, to i teraz gram w otwarte karty.
Jak ważny jest dla ciebie walor terapeutyczny „Trzecich Rzeczy”? Bo ta płyta czasem brzmi jak wyznanie: „Cześć, jestem KęKę i jestem alkoholikiem”.
Alkoholu więcej jest na pierwszej płycie, bo to była oś mojego życia. Druga płyta to szamotanina, to nerwy. Miałem nadzieję, że mi się uda, bo miałem tyłek zaszyty. Na terapię nie chodziłem, bo myślałem, że to wystarczy. Dlatego „Nowe Rzeczy” są tak skrajnie rozemocjonowane – albo wielki napęd, albo dół. Trzecia płyta jest bardziej przemyślana, a ja nabrałem pokory. Co do waloru terapeutycznego, to każda twórczość, ekspresja artystyczna jest formą wywalania z siebie uczuć. A podstawą leczenia jest po pierwsze uświadomienie sobie problemu, po drugie nazwanie go, po trzecie – powiedzenie o tym. W moim wypadku także słuchaczom. Tak więc sporo racji pewnie masz.
Zobowiązanie zaciągnięte przy tysiącach świadków trudniej złamać.
Próbowałem to robić już przy drugiej płycie, ale wtedy jeszcze się szamotałem. Mówiąc o swojej chorobie publicznie mam świadomość, że w razie wpadki nie tylko zawiodę siebie i rodzinę, ale i trochę byłoby wstyd przed odbiorcami. Dla mnie to taka kolejna bariera, którą sobie stawiam. Kiedy jest nawrót, trzeba się pokłócić z żoną – żeby był pretekst. Dzieciak musi dostać jedynkę w szkole, szef musi zdenerwować, musisz sobie znaleźć tysiąc powodów. Tutaj na dodatek masz świadomość, że deklarowałeś się publicznie… Z drugiej strony trochę się też tego boję, dlatego staram się mówić tylko o sobie, nie dawać rad. Zdaję sobie sprawę z podstępności tej choroby. Bo co jeśli – tfu, tfu! – noga mi się powinie? Podważyłbym wtedy zasadność terapii czy całego sensu wychodzenia na prostą?
Typowego dla hip-hopu dydaktyzmu więc unikasz?
Hip-hop jest teraz bardzo szeroki. Nowy hip-hop nie do końca jest dydaktyczny. (śmiech) Owszem, w rapie zdarza się pouczanie. Plus wiesz, jesteś w dupie, a potem nagle coś osiągasz, to ci się wydaje, że twój sposób działania jest jedynym skutecznym, więc będziesz mówił całemu światu, że trzeba tak robić. A to chyba jednak trochę bardziej skomplikowane. Jedyna taka rzecz, która gdzieś się przez moją twórczość przewija, a która może o dydaktyzm zahaczać, to wielokrotnie powtarzane „trzeba zapie***lać”. (śmiech)
O ile na poprzednich płytach szukałeś sobie wrogów na zewnątrz, na „Trzecich Rzeczach” skupiasz się na walce z samym sobą. A więc program pozytywny.
Program? Brzmi, jakby to była płyta coachingowa. (śmiech) To nie tak, że na końcu drogi jest słoneczko, a ja zachęcam, żeby iść tą drogą. Moje życie takie nie jest. Po półtora roku niepicia mogę powiedzieć tylko tyle: „Nie pij, ciężko pracuj żeby utrzymać abstynencję, zmień diametralnie swoje życie… a potem się okaże, że i tak trzeba o wszystko walczyć dzień po dniu”. (śmiech) Często też ludzie pytają, jak to jest, że życie tak mi się układa, a ja widzę więcej złych rzeczy, niż tych dobrych.
Bo na trzeźwo się po prostu więcej widzi.
To też. Ale co ja poradzę, że akurat tak widzę świat? Doceniam to, co dobre, ale skupiam się na rzeczach, nad którymi wciąż muszę popracować.
Być może „program” to złe słowo, ale nie zaprzeczysz, że płytę wypełnia wiara w siłę miłości i rodziny, jako fundamentu, na którym można wszystko budować. Z drugiej strony, bardzo dużo na „Trzecich Rzeczach” lęku. O którym mówisz bardzo otwarcie. A przecież facet w Polsce nie powinien publicznie przyznawać, że się boi.
Może i tak… Swoją męskość staram się potwierdzać w życiu codziennym. Zarabiam, staram się dbać o rodzinę, należycie wykonuję swoją pracę, chcę być słowny i rzetelny. Nie widzę też niczego złego w mówieniu o sobie otwarcie. Gdybym się z tym wszystkim chował, gdybym się sam przed sobą nie przyznał, to nigdy bym z tego nie wyszedł. Musisz rozpoznać, co jest źródłem twoich problemów. A że jestem raperem to później słyszysz o tym na płycie. Pewnie gdybym był rzeźbiarzem, rzeźbiłbym straszne rzeczy. (śmiech) Rozpoznanie lęków i nazwanie ich na własny użytek – to był najtrudniejszy etap. Opowiedzenie o nich już nie było takie skomplikowane. Poza tym, jak się już to przezwycięży i się o nich powie, to co ci mogą zrobić? Lęki to wielki balon, który daje cień strasznego potwora. Wystarczy go przekłuć. Miewam słabsze momenty, zdarzają mi się ciężki stany, ale mówienie o tym wcale tego nie pogarsza. Nie jestem też drwalem, który nie może się do tego przyznać, bo kumple z tartaku będą się śmiali. Zresztą na grupę ze mną chodzą i ci z tartaku, i budowlańcy, i przedstawiciele wszystkich innych arcymęskich zawodów. Alkoholizm to demokratyczna choroba, może dotknąć każdego, więc nie musze udawać z obawy przed oceną kogokolwiek.
Co nie zmienia faktu, że jesteś oceniany. O tym jest choćby „Arrivederci”.
Trochę tak. Chociaż nie wiem, czy „Arrivederci” nie jest najbardziej do mnie sprzed lat.
Nie przepadasz za tym KęKę sprzed lat?
Nie przepadam. Staram się mądrze wyważyć pomiędzy rozpamiętywaniem, które mnie do niczego dobrego nie prowadzi, bo odbiera radość życia – a bezrefleksyjnym pójściem do przodu. No bo skoro właściwie nic się nie stało, jeśli można po prostu machnąć ręką, to dlaczego kolejnych paru lat nie pożyć sobie jak król taboru? Chcę więc pamiętać, mieć to wszystko gdzieś pod czaszką, ale nie na tyle, żeby się dołować. Przyznaję jednak, że czasem wahadło wychyla się w stronę dołowania…
Twoje pierwsze dwie płyty są przepełnione żalem i gniewem. Na nowej żal zamienił się w melancholię, a gniew kompletnie wyparował.
Okazało się, że żal do całego świata wynikał z myślenia alkoholika, który musi mieć wielkie poczucie krzywdy. Ja alkoholik, uwielbiam się w tym taplać, jak w bagnie, bo to daje świetny pretekst do picia. Jesteśmy najbardziej skrzywdzoną grupą społeczną w Polsce. (śmiech) My, narkomani, hazardziści… a jak są uzależnienia krzyżowe to już w ogóle! Matka jest winna, świat jest winny, kumple do dupy, słuchacze są beznadziejni, bo się nie znają na muzyce, kobieta nie taka… Wystarczy nie pić – w cudzysłowie wystarczy, bo to nie takie proste – żeby się okazało, że ten twój żal służył do tego, żeby chlać.
A gniew?
Gniew podobnie, chociaż na drugiej płycie wynikał z tego, że miałem ciśnienie w głowie, żeby się napić, ale nie piłem ze strachu, bo miałem zaszytą dupę. Wtedy gniew cię rozsadza. Zresztą do tej pory mam momenty, kiedy mnie łapie złość. To jeden z podstawowych objawów głodu alkoholowego… Jesteś kłótliwy, dążysz do sprzeczki, bo sprzeczka zawsze kończyła się zapiciem. Niektórzy są nagle bardzo zasadniczy wobec dzieciaków, krzyczą. Nie było cię w ich życiu przez 12 lat, ale przecież jesteś trzeźwy od miesiąca, więc się wk**wiasz, że świat się nie chce do ciebie dostosować. (śmiech) Plus masz poczucie winy i chcesz być super mężem, super ojcem, super pracownikiem. Chcesz wszystko nadrobić. Natychmiast!
Jak sobie z tym poradzić?
Idź do specjalisty. Ja poszedłem wielu negatywnych emocji już we mnie nie ma, ale melancholia i smutek pozostały. Wiąże się to pewnie z tym, że piłem naście lat, a jestem trzeźwy raptem półtora roku. W skali mojego życia to jest nic. Wciąż działają stare mechanizmy, a ja staram się powoli je wyłuskiwać i rozbrajać. Wiem jednak, że to robota na kolejnych naście lat…
Jak bardzo trudno jest pozostać czynnym, koncertującym raperem i zachować trzeźwość?
(westchnienie) Więcej trudności sprawiały mi ciągi alkoholowe… Odzyskujesz świadomość po trzytygodniowym piciu, jednej zupce chińskiej na pięć dni, przeziębiony, wychudzony, przestraszony. Nie wiesz co się dzieje, boisz się ludziom spojrzeć w oczy, a masz wyjść na scenę – to dopiero trudne! Oczywiście, trzeźwość nie jest łatwa, ale nasza branża nie jest najgorsza. Są chłopaki, co pracują w barze i dają radę. Natomiast w życiu prywatnym całkowicie unikam sytuacji alkoholowych. Ludzie, z którymi łączył mnie tylko alkohol, zniknęli. Omijam miejsca, w których kiedyś piłem, w domu alkoholu nie ma, a jak ktoś jest pijany, to z nim nie gadam. Praca? Do niej mogę się inaczej nastawić psychicznie, ale też staram się zapewnić sobie jak najbezpieczniejsze warunki. Na backstage’u jest więc całkowity zakaz picia, a jak ktoś do mnie przychodzi na zdjęcie, to proszę, żeby odstawił browar. Ale i tak ciężko przeżywam te weekendy. Daję radę, ale przyznaję, jestem trochę spięty.
Naprawdę byłeś oazowiczem?
Tak, pięć lat chodziłem na oazę. Zaczęło się w piątej klasie.
Od czego?
Przy kościele były dyskoteki. (śmiech) Chodziły na nie dziewczyny z innej szkoły. Do tego były cotygodniowe spotkania i jeśli chodziłeś regularnie, mogłeś pojechać na dwutygodniowy turnus oazowy. Dziewczyny w sumie zeszły na dalszy plan, ale te wyjazdy były ważne, bo trzeba było dopłacić tylko 100 złotych, a więc były to jedyne wakacje, które były w zasięgu finansowym moich rodziców. Do tego trzy razy byłem na pielgrzymce do Częstochowy. Pierwszy raz poszedłem, gdy miałem 12 lat. Wybraliśmy się we czterech: ja, dwóch kumpli w moim wieku i dwa lata młodszy kolega. Powiedzieliśmy, że się nim będziemy opiekować. (śmiech) Oczywiście, byli też starsi i mieli na nas baczenie.
Ale nie chodziło tylko o tańce i wyjazdy?
Nie. Myślę, że dla mojego młodego serca i młodej głowy również duchowość, czy po prostu religijność, miała duże znaczenie. Dobrze się tam czułem.
Dziś niektórzy zwą cię katotalibem…
Wiesz, zdarza mi się odmówić wywiadu niektórym gazetom. (śmiech) Jedni uważają mnie za katotaliba, dla innych jestem zbyt liberalny. Dla tych pierwszych już sam fakt, że w tekstach używam słowa „Bóg” jest dyskredytujący, drugich pewnie oburzy, że w ogóle gadamy. (śmiech)
Cóż, takie czasy. Niezależnie od tego, jakie mamy poglądy, coraz trudniej jest nam po prostu przyjąć do wiadomości, że ktoś może mieć inne.
To jest też kwestia pokory. Możemy się przecież mylić, możemy nie mieć racji. Nasza wizja świata to tylko nasza wizja świata, nie prawda objawiona. Nie chcę wszystkiego tłumaczyć moim wychodzeniem z nałogu, ale naprawdę, terapia wpływa na każdy aspekt życia. Bo tam nie chodzi się po to, żeby nie pić, ale żeby zmienić swoje życie… Musisz na przykład nauczyć się poszanowania dla drugiego człowieka. Nie możesz innych łatwo oceniać i jednocześnie oczekiwać, że sam nie będziesz łatwo oceniany. Ja jestem raper i alkoholik – weź takiemu zaufaj. Rób z takim interesy, mieszkanie mu wynajmij, umawiaj się z nim na coś… Jeśli wymagasz szacunku, musisz go mieć dla innych. Moje myślenie o świecie i o sobie nie byłoby koherentne, gdybym pozostał przy wszystkich swoich poglądach z dawnych lat.
Czyli co, „Krucjaty” albo „Iskry” byś dzisiaj nie napisał?
Może nie każde zdanie, może napisałbym je inaczej. „Fala” z nowej płyty to przecież nowe wcielenie „Krucjaty” – choć nikt jej jeszcze w ten sposób nie zinterpretował. Może dlatego, że jest bardziej wyważona? „Fala” jest o tym zagrożeniu, które nadchodzi i aż się dziwię, że nikt tej ksenofobii jeszcze nie wyłapał. (śmiech)
Bo wiesz, jest fundamentalna różnica pomiędzy obawami wyrażanymi w taki sposób, w jaki robisz to w „Fali”, a linijką „śmierć obcego to nie grzech, to błogosławieństwo” z „Krucjaty”.
Różnica jest duża, bo tak jak mówiliśmy, zmieniło się moje życie. Gniew zniknął. I choć wiele moich poglądów z dawnych lat – na politykę czy historię – nie uległo zmianie, to zmieniło się dużo w wymiarze ludzkim. Moim nadrzędnym celem teraz jest trzeźwienie i muszę to ogarnąć. Nie mógłbym zmieniać siebie, chcieć być w porządku, ale dalej nienawidzić. Tak się nie da. To cię w końcu zeżre.
A więc na „Trzecich Rzeczach” jesteś mniej radykalny z pobudek egoistycznych? Bo dbasz o siebie?
To też nie działa aż tak łatwo. „Od dziś nie nienawidzę”. (śmiech) To są procesy, które powoli, powoli zmieniają człowieka.
A nie zastanawiałeś się nigdy nad tym, gdzie ta twoja iskra pada? Kiedy w „Jednym kraju” mówisz: „bez agresji, ale dajcie to, co Polskie” – jestem pewien, że nie wszyscy słyszą, że ma być „bez agresji”.
Idąc tym tropem przyjmijmy, że w 1999 roku Marilyn Manson zastrzelił te dzieci w szkole w Columbine, bo przecież ci dwaj, co to zrobili, słuchali jego muzyki.
Touché.
Odpowiedzialność za słowa pojawiła się u mnie w związku z tym, że mój syn dorasta i dlatego, że sam się zmieniłem. Nie było myśli w rodzaju: „O, już tyle osób mnie słucha, to już nie są przelewki, muszę uważać”. Po prostu dostrzegłem wartość w bardziej wyważonym sposobie przekazywania myśli. Swoją drogą, sam w życiu nie poszedłbym za raperem, żeby zrobić to czy tamto. Jeśli rodzona matka nie jest w stanie cię przekonać, to raper cię przekona? To tylko muzyka rozrywkowa. Dociera do kogoś, wpływa pozytywnie? Fajnie. Wywiera negatywny wpływ? Przykro mi, ale co ja mogę zrobić? Odpowiedzialność niech spoczywa tam, gdzie powinna, a więc na rodzinie i najbliższym otoczeniu.
Nie wyobrażam sobie natomiast, że mógłbym robić jedno, a nawijać drugie. Mój syn tego słucha, obserwuje mnie. Co, miałbym mu powiedzieć: „Tatuś nagra płytę o ćpaniu koksu i chodzeniu na balety, ale ty tego nie rób”? To jest jak palenie przy dziecku i mówienie, że papierosy są niezdrowe. Owszem, niektóre rzeczy trzeba wytłumaczyć, wbić do głowy, ale dziecko uczy się przede wszystkim przez przykład. Moja zmiana nie wynika więc z tego, że zacząłem się martwić, co zostawiam dla potomności, ale z tego, że mam nastoletnie dziecko.
Nie obawiasz się, że ta twoja przemiana poszła za daleko? Skoro „Trzecie Rzeczy” podobają się komuś takiemu jak ja, facetowi po czterdziestce, który ogląda TVN, to znaczy, że coś poszło nie tak.
W „Miłości” jest taki wers: „Czasem znoszę TVN, chociaż dobrze wiesz, jak nie znoszę go”… Co w nim usłyszałeś? Że nie znoszę TVN-u?
Tak.
Widzisz, a ci, co nie lubią TVN-u, mówią: „Ty, a KęKę czasem znosi TVN!” (śmiech) I to jest właśnie ten rozkrok, w którym ja się nie boję stać i o którym nie boję się otwarcie mówić. W twoim pytaniu była teza, że jesteśmy z innych światów, prawda? A więc oceniłeś mnie i pewnie też spodziewałeś się, że sam zostaniesz oceniony? Czy przypadkiem nie jesteś dla mnie za bardzo na lewo? (śmiech)
Nawet jeśli właśnie dałem się przyłapać, to wciąż interesuje mnie reakcja twojej dawnej publiczności na „Trzecie Rzeczy”.
Jednym się podoba, innym nie. Mam mnóstwo starych słuchaczy. Na koncertach pytam: „Kto jest ze mną od początku?” – podnoszą ręce i mogę to mniej więcej oszacować. (śmiech) Przychodzą też nowi, ale część odchodzi w związku z wiekiem. Od pierwszej płyty minęły trzy lata, od nielegali jeszcze więcej, to kupa czasu. Niektórzy zdążyli skończyć studia, inni się ożenić, a jeszcze inni pójść na odwyk. Zauważyłem jednak pewną zmianę na koncertach. Nie chcę, żeby zabrzmiało to zbyt coachingowo, ale jest więcej pozytywnej energii. Ludzie są bardziej życzliwi, częściej się uśmiechają.
Ja wiem z kolei co nieco o twojej nowej publiczności, przynajmniej o jej skromnej części, rekrutującej się spośród moich znajomych. Ujęła nas życiowa mądrość „Trzecich Rzeczy”. Nic tu nie jest wydumane…
Dziękuję, ale na poprzednich też nie było. Tyle tylko, że niewiele z tego wszystkiego rozumiałem. Pierwsza płyta była nieświadoma. Druga – tylko świadoma. A na trzeciej dochodzi zrozumienie i refleksja nad tym, skąd się pewne rzeczy w moim życiu biorą. Tobie i twoim znajomym zapewne odpowiada też to, że pojawiły się treści, które w pewnym wieku są dla wszystkich ważne, takie jak rodzina. Nie będziesz przecież słuchał dwudziestolatka, który ci mówi: „Syp jej koks na dupę”. Chyba, że w tajemnicy przed żoną, przy bieganiu. (śmiech) Ale już na Facebooka tego nie wrzucisz. Może więc stałem się bezpieczną przepustką do słuchania rapu? (śmiech)



