Muzyka

Kixnare: Niezależność w tworzeniu jest fundamentalna

© Wojpra
Premiera drugiej części mixtape'u „Class of 90's” dała nam dobry pretekst, by porozmawiać z jednym z najciekawszych polskich producentów – Kixnarem.
Autor Marcin Misztalski
Kixnare, czyli Łukasz Maszyński. W 2007 roku wydał kultowy dziś mixtape „Class of 90’s”, na którym – jak sam mówił – wracał do utworów i czasów, „gdy muzyki słuchało się z kaset magnetofonowych, a ja poznawałem hip-hop dzięki takim programom jak Yo MTV Raps, Blah Blah Groove, Word Cup czy Rap City”. Trzynaście lat później – po drodze wydając m.in. świetny autorski album „Digital Garden” w U Know Me Records czy biorąc udział w projekcie Rap History Warsaw, o którym tu mówił nam Steez83 – wrócił ku uciesze starszych fanów do najntisów w drugiej części swojego mixtape’u. Słuchamy, pytamy.
Co ostatnio szczególnie zajmuje twój czas?
Kixnare: Niezmiennie jest to muzyka. Choć przez ostatnią dekadę nieco przekierowałem swoje zainteresowania – słychać to przede wszystkim w moich setach. Graniem muzyki w klubach zajmuję się niezmiennie od kilkunastu lat. Co prawda nigdy nie byłem gościem, który miał zapełniony kalendarz na kilka kolejnych miesięcy, ale jednak grywam w miarę regularnie. Z produkowania muzyki również nie zrezygnowałem, choć tu też się pozmieniało, bo kilka lat temu odpaliłem nowy undergroundowy projekt Universo, który trochę pozwolił mi się uwolnić od oczekiwań słuchaczy. Przez ten czas wydałem kilka winyli, a w tym roku również album na kasecie - do tego celu powołałem mikro label Zodiaque Tapes, którym również chciałbym się zajmować w najbliższym czasie.
Oprócz tego prowadzę w Off Radiu Kraków dwie tematyczne audycje - pierwsza z nich to moje autorskie „Rotacje”. Nazwa i formuła nawiązuje do mojego ostatniego albumu dla U Know Me, który był bardzo zróżnicowany i momentami dość eksperymentalny. Drugą audycję prowadzę od niedawna wspólnie z DJ-em Taśmy (Danielem Drumzem) - jest to hiphopowy „Wayback”, w którym gramy stare winyle i o nich rozmawiamy. Te spotkania sprawiły, że trochę odżyły we mnie wspomnienia i wróciła fascynacja brzmieniem lat 90. Efekt jest taki, że po 13 latach wyszła druga część mojego projektu „Class Of 90's”.
Zainteresowanie tą płytą bardzo mnie zaskoczyło. Spodziewałem się, że będzie to miła niespodzianka dla paru osób, ale nie sądziłem, że nakład sprzeda się w ciągu zaledwie kilkudziesięciu minut, a po wszystkim będzie pytać o niego jeszcze więcej osób.
Co masz na myśli, mówiąc o uwolnieniu się od oczekiwań słuchaczy?
Muszę zacząć od tego, że zawsze lubiłem grzebać w muzyce i szukać w niej czegoś nowego. Siłą rzeczy te nowe inspiracje zazwyczaj wpływały na to, co grałem lub sam tworzyłem. Dla takich ludzi jak ja eklektyzm jest dużą wartością - niestety najczęściej nie pomaga on w swobodnym funkcjonowaniu na scenie, jeśli DJ-a lub producenta nie da się jednoznacznie określić. Do tego dochodziły też wspomniane wcześniej oczekiwania - nie tylko ze strony słuchaczy, ale i np. promotorów, którzy czasami nie orientowali się, co gram/wydaję w danym momencie. To bywa irytujące, bo ja nie jestem osobą stworzoną do kompromisów i jeśli pod czymś się podpisuję, to chcę to robić po swojemu - tak, jak w danym momencie czuję. Staram się mieć otwartą głowę, ale jeśli nie chcę do pewnych swoich wcześniejszych dokonań nawiązywać, to nie zrobię tego, tylko dlatego, że ktoś tego oczekuje. Dla mnie niezależność w tworzeniu jest fundamentalna, ale niestety wiele osób tego nie rozumie.
W którym momencie zaczęła doskwierać ci łatka pod tytułem: „Kixnare to ten gość od true schoolowych bitów”?
Myślę, że było to pokłosie zbyt intensywnej działalności w tej dziedzinie. Zbyt dużo kooperacji brałem na swoje barki, a później nie byłem z nich do końca zadowolony. Tym bardziej, że tego typu współprace najczęściej sprowadzają się do schematu: raper wybiera bity, a producent realizuje jego wizję. W międzyczasie zacząłem więcej grywać w klubach, a w moich setach zaczęła pojawiać się przeróżna muzyka elektroniczna, która oddziaływała na moje produkcje. W końcu wydałem album „Digital Garden” i to był już czas, kiedy produkowanie bitów dla raperów całkowicie przestało sprawiać mi satysfakcję. Mimo wyraźnych sygnałów, że chcę od tego odejść, ciągle dostawałem zapytania o współpracę. Nawet w momencie, gdy nadarzyła się okazja wyprodukowania kilku produkcji na wspólną płytę Sadat X'a i A.G. nie było we mnie zbyt wiele ekscytacji. A mówimy o gościach, którzy byli dla mnie legendami gatunku.
Ale ostatecznie do tej współpracy doszło.
Wydarzyło się to dzięki mojemu znajomemu, który pracował wówczas w Fat Beats. Dostałem cynk, że wytwórnia szuka bitów na pewien projekt, ale początkowo jego kształt był tajemnicą i zupełnie nie wiedziałem, z kim przyjdzie mi współpracować. Ostatecznie nie wszystko wyglądało tak, jakbym sobie tego życzył. Począwszy od tego, że wybrane przez nich bity nie należały do specjalnie udanych, a dodatkowo zostały tam trochę pozmieniane. Nie miałem żadnego wpływu na ich finalny kształt.
Porozmawiajmy jeszcze chwilę o twoim hiphopowym soundzie. Pamiętasz, jak doszło do powstania epki „Najebawszy”?
Smarki Smark dowiedział się o moim istnieniu od swojego kompana z CMMC - Zkibwoya, którego miałem okazje poznać osobiście, bo bywał w Częstochowie. Jeśli dobrze pamiętam, to Smarki odezwał się do mnie internetowo w sprawie muzyki. Tutaj muszę nadmienić, że wcześniej znałem już muzyczną działalność CMMC - byłem ich wielkim fanem i współpraca z tymi ludźmi, była dla mnie scenariuszem wymarzonym. Przez jakiś czas próbowałem coś zrobić z każdym z nich z osobna, powstawały nawet jakieś szkice utworów, ale ostatecznie nie udawało się ich sfinalizować. „Najebawszy” powstało chwilę później i było szybkim strzałem. Miałem wtedy dość płodny okres z wyraźnym skokiem jakościowym i tak się złożyło, że najlepsze, co wtedy udało mi się zrobić, przejął Smarki. Doskonale wiedział, co chce zrobić, więc bardzo szybko nagraliśmy materiał i od razu wrzuciliśmy do sieci. Jego publikacja polegała na tym, że po prostu wysłaliśmy go naszym znajomym, którzy podawali go dalej, bez jakiejkolwiek promocji, wysyłania do portali, postowania na forach. Płyta nie miała nawet okładki - ta która później funkcjonowała w sieci była… żartem. Do dziś nie mam pojęcia, jak to się stało, że wyciekła do internetu.
Kiedy poczuliście, że album naprawdę trafił do słuchaczy?
To trwało dłuższą chwilę. Oczywiście od samego początku leciało w naszą stronę dużo propsów z różnych stron. Początkowo od znajomych i ludzi tworzących mikro scenę, która była wówczas alternatywą dla sceny mainstreamowej, ale hype rósł z miesiąca na miesiąc, z roku na rok. Dla mnie osobiście przełomowym momentem było pojawienie się rankingu najważniejszych płyt w historii polskiego rapu, który opublikowany został na portalu T-Mobile Music. Nasze dzieło, już po wielu latach od premiery, uplasowane zostało w pierwszej dziesiątce. Było to dla mnie niesamowite wyróżnienie i dało mi sporo do myślenia. Warto zaznaczyć, że zapewne jako jedyni na tej liście nie zarobiliśmy na swojej płycie ani grosza. Ale zdecydowanie uważam, że krążek broni się do dzisiaj. Na tamten czas zrobiliśmy swoją robotę najlepiej jak potrafiliśmy.
Pieniędzy może i nie zarobiłeś, ale zyskałeś coś innego.
Był to niewątpliwie dobry start. Warto wspomnieć, że w tamtym czasie produkowałem już muzykę dla kilku innych mniej lub bardziej znanych postaci. Przed płytą ze Smarkim pojawiłem się chociażby na krążku Grammatika, co było dla mnie wielką sprawą. Na pewno odczuwałem jakieś zwiększone zainteresowanie moją muzyką, które rosło po kolejnych produkcjach.
Masz jakieś anegdotki związane z „Najebawszy”?
Do głowy przychodzi mi tylko jedna ciekawostka. Do kawałka „Amyawy” swoją zwrotkę nagrał Janek Porębski (Jedynak) z duetu Bitnix. Później znany m.in. z projektu Niewidzialna Nerka i Flirtini. Janek jednak nie odesłał gotowego wokalu w porę i jego zwrotka ostatecznie nie weszła na płytę.
Weszły za to wersy Smarki Smarka na ostatni album Quebonafide.
Przyznam zupełnie szczerze, że nie zdawałem sobie sprawy ze skali przedsięwzięcia, w którym biorę udział. Oczywiście to jest zawsze miłe, gdy otrzymuje się propozycje współpracy od kogoś, kto w muzyce osiągnął sporo, natomiast jeszcze rok temu byłem zdecydowanie zamknięty na takie kooperacje. Propozycje, które do mnie spływały przez ostatnie lata, leciały od raperów, o których nic nie wiedziałem. Poza tym nie robiłem już żadnych bitów i nieważne kto się do mnie odzywał, nie było mowy o tym, bym odgrzewał i podpisywał się pod muzyką sprzed lat. To byłby dla mnie absolutny regres. Tutaj pojawił się kompromis, którego nie żałuję. Odkopany został numer, który udało mi się odświeżyć w taki sposób, z którego wszyscy są zadowoleni. Było to dla mnie pewnego rodzaju wyzwanie, bo po takiej przerwie wyzbyłem się swobody i nawyków do produkowania hip-hopu. Szkoda, że Smarki ostatecznie nie dograł nowej zwrotki. Po tych kilkunastu latach jesteśmy jednak innymi ludźmi i każdy z nas robi w życiu już co innego. Dla niektórych nasze wspólne nagranie czy płyta wydaje się czymś prostym, ale dziś jest to trochę „mission impossible”.
Pogadajmy o twoim debiucie w wytwórni Groha, U Know Me Records. Praca nad „Digital Garden” była trudna?
Około 2009 roku kupiłem swój pierwszy syntezator - Mikrokorga. Nie wiedziałem wtedy jeszcze nic o syntezie dźwięku, więc na początku po prostu bawiłem się tym instrumentem. Nagrywałem utwory i kiedy zorientowałem się, że mam już trochę materiału, to zacząłem kreować sobie w głowie wizję albumu. Był to moment, kiedy wymiksowałem się na dobre z polskiego hip-hopu. Wtedy niechęć do niego we mnie kipiała. Wciąż jednak robiłem bity, tyle że już z mniejszym wykorzystaniem sampli. Byłem zafascynowany nowoczesną elektroniczną sceną bitową i takimi producentami jak Flying Lotus, Knxwledge, Samiyam czy Dorian Concept, którzy wydawali właśnie muzykę instrumentalną. W Polsce grono entuzjastów takich brzmień było wąskie. Wśród nich był Groh, który zdecydował, że chce wejść z U Know Me Records w takie klimaty. „Digital Garden” wydaliśmy dokładnie 10 lat temu i bardzo dobrze wspominam to, jak został odebrany. Wydaje mi się, że mój krążek, jak i materiał Teielte trochę przyczyniły się do spopularyzowania tego nurtu w naszym kraju. W tym samym czasie powstały też moje tracki na „Niewidzialną Nerkę”, a w Warszawie i Krakowie odbyło się kilka ważnych wydarzeń, na których miałem okazję zagrać obok takich ludzi jak Clonious, Dam Funk czy Onra.
W którym momencie zorientowałeś się, że twoja twórczość doceniana jest także poza Polską?
Jeśli mam być szczery to... nigdy. Oczywiście moje niektóre dokonania słuchane były również za granicami Polski - miałem tam nawet pojedynczych fanów, ale to wszystko było chyba jednak w malutkiej skali, bo nigdy nie przełożyło się to np. na bookingi zagraniczne.
Z czego to wynika? Daniel Drumz powiedział kiedyś, że „promocja za granicą nie jest prosta, ponieważ na Zachodzie dzieje się już całkiem sporo i ten rynek nie ma aż tak dużo miejsca na zainteresowanie się tym, co dzieje się poza Wielką Brytanią i Niemcami. To są bardzo zamknięte środowiska”.
Nie sposób się z tym nie zgodzić. W dzisiejszych czasach konkurencja jest ogromna nawet w skali lokalnej. Narzędzia pozwalające na robienie muzyki, czy granie jej w klubach są dla każdego na wyciągnięcie ręki. Nie pomaga mi to, że mam dość introwertyczną osobowość, która w tej branży jest zabójcza. Twój byt na scenie najczęściej zależy od umiejętności nawiązywania i utrzymywania relacji z ludźmi.
Wyczuwam w twojej wypowiedzi lekkie niezadowolenie. Z drugiej strony jesteś jednak gościem z dorobkiem, a tacy powinni mieć łatwiej...
Twoje pytania troszkę prowokują takie wypowiedzi. Nie chciałbym zabrzmieć, jak ktoś, kto narzeka. Ja po prostu opisuję rzeczywistość taką, jaka ona jest. Myślę, że dla nikogo nie jest tajemnicą, że branża muzyczna tak właśnie funkcjonuje. Wydaję mi się, że już jakiś czas temu zaakceptowałem rzeczywistość i robię swoje. Staram się nie mieć żadnych oczekwiań - tak jest zdrowiej.
Robisz swoje m.in. w wytwórni Zodiaque Tapes, o której mówiłeś na początku.
Ciężko jest dziś wydawać regularnie muzykę, która dodatkowo jest bardzo niszowa. Rok temu narodził się w mojej głowie pomysł na album i stwierdziłem, że nie będę go rozsyłał do labeli tylko wydam go sobie samodzielnie na kasecie, bo fizyczne wydania zawsze były dla mnie bardzo ważne. Przy tej okazji wymyśliłem, że zrobię to pod szyldem nowego labelu, a bezpośrednio do takiego ruchu zainspirowała mnie twórczość mojej koleżanki Zosi Hyjek. Jej obrazy bardzo mocno pasują wizualnie do tego, co chciałbym robić muzycznie jako producent i wydawca. Label jest też kolejnym krokiem i rozwinięciem pomysłu moich radiowych „Rotacji” - czyli zwróceniem się w kierunku mniej popularnych i niekoniecznie klubowych brzmień, a z takimi byłem kojarzony w ostatnich latach jako Universo. Taką muzykę ostatnio często wypuszcza się właśnie na kasetach w małych nakładach. Osobiście powrót kaset magnetofonowych bardzo mnie cieszy, bo mam do tego nośnika ogromny sentyment.
Muzyka · 38 min
Quebonafide: Romantic Psycho Film