„Konsumpcja to nie jest dobrobyt, dobrobyt to nie są gadżety / Dobrobyt to lepiej mieć w głowie, a klepiesz tam biedę niestety / I czekam aż wszystko się ziści, zabraknie nam wody, powietrza / Ciekawe, co wtedy wymyślisz, w tych nowych i drogich najeczkach” – rapuje w numerze „C.N.J.J.”. I choć w tym samym utworze zaznacza, że „nie jestem jasnowidzem, rzadko kiedy czarno widzę”, to jednak mimo dość optymistycznego tytułu „IS.OK” i barwnej oprawy graficznej, jego solowy album mocno osadzony jest w polskich i rysowanych w szarych kolorach realiach.
To państwo jest z tektury, więc składam se origami / Większość łata dziury, więc zaraz się doigramy
„Teraz dopiero czuję, że mówię. Że staram się coś powiedzieć o moim życiu więcej niż tylko to, że mam tłusty rym i maluję graffiti. Nie znaczy też, że jakoś super się uzewnętrzniam, ale myślę, że w ostatnich latach słychać u mnie zmianę w podejściu do pisania tekstów. Dopiero dzisiaj mam wrażenie, że jestem w najlepszej formie w życiu, że nie byłem wcześniej w lepszej. Co jest zresztą trochę dziwne, bo jestem przecież po czterdziestce, więc powinienem być raczej w gorszej, biorąc pod uwagę standardy czy stereotypy panujące w rapie” – mówi Kosi w wywiadzie dla zina Def Jamu. Słychać to m.in. w tytułowym kawałku z płyty, gdy wyznaje: „Boję się o przyszłość, gdy wychodzę spod narkozy / Ziemia to kula u nogi tego, co ją stworzył”.
Jak sam ocenia, jego solówka jest „trochę o hip-hopie, trochę o Polsce, samotności, zagubieniu”. Hiphopowcom nastawionym tylko na zysk z muzyki dostaje się w „T.T. RAP”: „Je*ać tu większość na pewno, opluli to flegmą jak chodnik / Wygląda jak basen to szambo, lecz czuję ten fetor tu od nich / Zatykam nos dlatego nie możesz mnie czasem zrozumieć / Ma spływać sos, muzyka to tylko kolejny instrument”. W podobnym klimacie utrzymany jest numer „Moi ludzie nie green screen”, w którym Kosi celnie wytyka pożyczony z Zachodu i gangsterskich filmów „imidż”: „Nie jesteście Bloodsi i Cripsi, jesteście bladsi i chudsi / Wypier*alaj z kapci tu migiem i biegiem znów do mamusi / Nie udawaj tutaj El Chapo, bo to Polska, nie Sinaloa / Tylko walisz ciągle Polaka, a jedyna koka to cola”.
A ten ich imidż to wymysł, udają kogoś kim nie są / Niby że lecą rakietą, a idą boso przez beton
„Być może to, co teraz powiem, podważy moją wiarygodność jako rapera, ale ja na poważnie wszedłem w rap dopiero około 2011-2012 roku. (…) Od sześciu-siedmiu lat piszę teksty w zasadzie dzień w dzień. Przykładam się do nich, staram się je rozbudowywać i używać gier słownych, wtłoczyć w nie więcej ducha i poezji. Choć słowo „poezja” może być tu nadużyciem…” – mówił jeszcze Kosi w przywołanym na wstępie wywiadzie. Jego „IS.OK” można nazwać poezją ulicy, płytą pełną ciemnych, lirycznych zakamarków. Ciekawych spostrzeżeń i skojarzeń, do których chce się wracać i rozkminiać na nowo. Najważniejszy moment tego albumu to wyprodukowana przez 1988 „Flauta”, w której trafiają się jedne z najlepszych zabaw Kosiego słowem: „Rozkładam mapę świata, poszukam nowej trasy / Geograficzna siatka, czy może to są kraty?” albo” Różnice między ludźmi są często kolosalne / Życie jest jak pitbull, lecz mam dobrą karmę”.
Wersy łatwopalne, nie złapiesz ich jak frisbee / Daj mi Złotą Palmę, to Czas Apokalipsy
Ale podobnych, wartych wrzucenia choćby na ścianę tekstów jest na tym krążku więcej. Kosi czuje się na tej płycie „jak dzieciak, który buszuje w literach jak w zbożu”, dlatego „Znów mam dobry powód do przygód / Nie dasz rady mnie złapać i to nie jest powód do wstydu” – jak zaznacza w „Zrywie”. Na swoją pierwszą solówkę fanom JWP, Jetlagz czy projektu Północ Centrum Południe długo kazał czekać, ale teraz długo można do niej wracać.
1 min
Jetlagz "Jetlag": zobacz making of z Kalifornii
Zobacz, co Jetlagz kręcili w Kalifornii.
„IS.OK” przypomina najlepsze lata polskiego hip-hopu, gdy na scenie najcenniejsi byli ci raperzy, którzy mieli coś do powiedzenia i skłaniali do refleksji. Celnie to kiedyś ujął w rozmowie z Red Bullem produkujący Kosiemu numer „Tu” Steez z PRO8L3M-u: „Jeśli chodzi o polski rap, to nie śledzę go z dużym zainteresowaniem, bo mam wrażenie, że nowe rzeczy, robione przez młodych ludzi, rzadko mają wartość intelektualną, która by mnie zainteresowała. Ja zawsze szukałem tego w rapie i mimo, że nie twierdzę, że nasi raperzy, na których sam się wychowywałem, byli wielkimi poetami albo filozofami, ale jednak było trochę rzeczy, które skłaniały do refleksji, których się fajnie słuchało i analizowało”. Płyta Kosiego taka właśnie jest. Kiedy jeden „towar zawija tu w srebro, a potem zamienia go w złoto”, on tak robi ze słowami i czuje się słusznie bogaty.
Styl życia pieniędzmi wypchany, jest dla mnie za bardzo pstrokaty
W najlepszych tekstach Kosiego odbija się współczesna Polska („Polska A i Polska B, dziś do oczu skaczą znów” w „Tu”), słychać kakofonię dużych miast („Maszyny, ludzie i ptaki” w „Lubię poniedziałki”), a nade wszystko przestrogę przed głupotą, która „bywa różna, bardzo mi przykro, że najgorsza jest ta ludzka” („Szmat drogi”). Tak jak niejednokrotnie niegdyś Kult śpiewał i zachęcał, by „poznać swój raj”, tak dzisiaj Kosi zaprasza w swoich numerach do lepszego przyjrzenia się i wsłuchania w polską ulicę. W „Zamiast jechać na Chopina…” rapuje: „Otwieram okno, nocą śmieją się duchy / Głośno wyją syreny i ciągle pieją koguty / Zamykam oczy, nie umiem czytać, odczuwać / Wiosna pachnie dzieciństwem, a wojna jak pewna zguba”. Mądrego warto posłuchać.