Raper i producent w jednej osobie. W polskim oddziale Def Jamu zadebiutował singem „All In”, ale już na horyzoncie słychać album „Nowy Boom-Bap”. O nim też będzie w poniższej rozmowie.
Potrafiłbyś dzisiaj zdefiniować termin „podziemny rap”?
KPSN: Pozwolę sobie zacytować Donguralesko, który na albumie „Zaklinacz deszczu” powiedział, że wszystko jest stanem umysłu. Ja się z nim zgadzam. Jeszcze dekadę temu legalna płyta była dla wielu z nas potężną nagrodą. Dziś podpisanie kontraktu z wytwórnią odbiera się zupełnie inaczej, nie jest już wyznacznikiem osiągniętego sukcesu. Żyjemy w czasach, kiedy można wziąć dystrybucję na Empiki i dalej czuć się, jak w podziemiu. Podziemie było, jest i pewnie zawsze będzie. Prawda jest taka, że jakbyś zapytał twórców, kiedy tworzyło im się najlepiej, to gwarantuję, że w 80 procentach odpowiedzi brzmiałaby, że wtedy, kiedy ich studio znajdowało się w piwnicy, a ściany oklejone były styropianem, który miał służyć do renowacji bloku, i pudełkami po jajkach, o które trzeba było się prosić w pobliskiej cukierni. Zapytałeś o podziemie, to automatycznie na myśl przychodzi mi sytuacja Smarki Smarka, który wysłał demo do Asfaltu, a Tytus go olał. Puszczam sobie dziś „Najebawszy” i z jednej strony czuję lekki gniew, że Smarki nie poszedł ze swoją muzyką o krok dalej, a z drugiej ma to wszystko swój zajebisty urok. Kawałek „Młoda foka”, który na siódemce wypuściła wytwórnia Junoumi, ma honorowe miejsce na mojej półce.
2 min
Czym dla ciebie jest hip-hop? Raperzy odpowiadają
Odczułeś, że twoje życie zmieniło się, odkąd zacząłeś współpracę z dużą wytwórnią?
Powiem ci szczerze, że nie. Mój zeszłoroczny krążek „Nie masz pytań” miał ukazać się w Stoprocent, ale w wytwórni zmieniły się jakieś struktury i ostatecznie album ukazał się gdzie indziej. Nie mam nikomu nic za złe. Wydanie legalnej płyty było dla mnie sprawą honoru. Obiecałem, że będzie, no i jest. W dystrybucji krążka pomaga mi My Music. Z jednej strony czuję zachwyt tym albumem, a z drugiej – wiem, że mogłem zrobić go lepiej. Uważam, że „Nowy Boom-Bap” będzie można już w pełni nazwać moim debiutem. Zdaję sobie sprawę, że trafiam do szerszego grona odbiorców, więc gdzieś z tyłu głowy mam, że moje słowa mogą być różnie odbierane, ale ja nie jestem mentorem i nie chcę nikogo prowadzić przez życie za rączkę. Staram się za to trzymać reżim nad sobą – wbijam do studia bardziej przygotowany i skupiony. Pracuję też nad tym, by nie robić wszystkiego samemu, a przyznaję, że do tej pory głównie sam się nagrywałem, miksowałem i produkowałem. I w rezultacie niektóre rzeczy wychodziły... na odpie*dol.
Masz jakąkolwiek presję związaną z tym, że materiał ukaże się w Def Jamie?
Presja jest zawsze – czuję, że raz jest mniejsza, a raz większa, również przy tworzeniu. Jeśli nie mam dnia i męczę się przy tworzeniu kawałka, to odpuszczam. Staram się działać naturalnie, pod wpływem chwili, impulsywnie. Def Jam to światowa marka. Słyszysz, widzisz i wiesz, że nie ma żartów. Cieszę się, że tu trafiłem. Z wytwórnią związało się kilku ważnych dla polskich sceny raperów, chociażby Włodi czy Ero. Labelem nie zarządzają też przypadkowe osoby. Przede mną jeszcze daleka droga i cały czas uczę się nowych rzeczy, ale nie trafiłem tu przez przypadek.
Zapewne wiele nauczyłeś się też od osób, z którymi do tej pory współpracowałeś.
Wiadomo, że wiele zawdzięczam Bonsonowi. Gdyby nie on, prawdopodobnie nie przełamałbym się w kwestii grania koncertów. Jestem mu wdzięczny, ale każdy leci swoim szlakiem, choć pewnie jeszcze coś razem stworzymy. Ostatnio wiele uświadomił mi Kuba Knap, z którym zrobiliśmy płytę w trzy dni, na bitach WorstCase'a. Ta współpraca odbyła się na totalnej zajawce, której mi ostatnio brakowało. Paliliśmy sobie szlugi na balkonie, coś nam wpadało do głów i po chwili mieliśmy o tym gotowy numer. Słuchałem niedawno moich zwrotek i, ku*wa, w końcu się wyluzowałem. Nie ma tam frustrata, który wiecznie ma z czymś problem. Potrzebowałem takiego kubła zimnej wody na głowę. Naprawdę jest na co czekać. Jestem dumny z wielu kooperacji. Wyobraź sobie gnojka, który śmiga sobie na kacu na festiwalu w Płocku i wita się z Małolatem, z którym ma wspólny vibe, jakby znali się od kilku dobrych lat. Małolat ostatecznie dograł mi się do numeru „Na klatę”, a ja zrewanżowałem mu się gościnną zwrotką na jego albumie „Transfer”. Pamiętam, że któregoś dnia miałem spięcie w pracy i nie mogłem odebrać telefonu. Moment później otrzymałem SMS-a o treści: „Siemanko, Erosik z tej strony. Przedzwoń do mnie w wolnej chwili”. Nie minęło wiele czasu, a ja już produkowałem utwór na „Elwisa Picasso”, no i fajnie. Cieszę się, że jednego dnia mogę słuchać ikon tej kultury, a drugiego robię z nimi muzykę. Podobną sytuację miałem z Włodim, który zadzwonił do mnie, kiedy stałem po prostu na przystanku. Nie ukrywam, że gdyby nie lokalni ludzie z mojego miasta, to też mój scenariusz mógłby wyglądać inaczej. Pozdrawiam wszystkich tych, którzy dobrze mi doradzali. Ja, jak to ja - część rad wysłuchałem, a część nie. (śmiech) Chciałbym też wspomnieć o składach z Zambrowa, których słuchałem - Vade Mori, ACW. Szkoda, że chłopaki już nie działają, ale wiadomo - rodzina, własne firmy, dorosłe życie. Zambrów leży zaledwie 80 kilometrów od Siemiatycz, więc czasami liścia na odległość potrafi mi sprzedać też Te-Tris. (śmiech) On umie z sensem wytłumaczyć mi naprawdę wiele rzeczy. Mimo tego, że nie znamy się przecież jakoś bardzo długo.
Powiedziałeś wcześniej, że nie ma już w tobie frustrata. Jak udało ci się go pokonać?
To też nie jest tak, że on całkowicie zniknął. Przejawia się w złych momentach. Rzadziej, bo rzadziej, ale jednak gdzieś tam jeszcze sobie przemyka. Czeka mnie długa droga, by go całkowicie pokonać. Potrafiłem dorabiać sobie ideologie do różnych tematów, a później okazywało się, że nie miałem racji i było mi głupio... i już frustracja gotowa. Innym powodem do zdenerwowania było np. to, że ludzie, którzy wydawali się poważni, nie traktowali mnie w poważny sposób. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jest to też wina używek, które – nie oszukujmy się – nikomu nie służą. Popełniłem w życiu masę błędów, ale nie popełnia ich ten, kto nic nie robi. Czasami nie trzeźwieję przez tydzień, ale zaczynam z tym walkę na poważnie! Jakby się nad tym wszystkim zastanowić bardziej i szerzej, to jak to u nas w Polsce wygląda? Jeśli ktoś źle się czuje, to wychodzi z założenia, że lepiej iść po gorzałę i pozornie poczuć się lepiej, niż z kimś szczerze porozmawiać. Staram się teraz na chłodno podchodzić do pewnych spraw, nie zawsze mi to wychodzi, ale próbuję. Nienawidzę widzieć siebie słabego. Może to też kwestia tego, że zbyt często zaglądam w przeszłość i rozkminiam, co by było, gdyby...
Wracasz do przeszłości i nie mówisz raczej o niej w miły sposób.
Wiesz, kiedyś to może była dla mnie forma autoterapii. Dzisiaj już nie. Doszedłem do tego, że takie wieczne wypluwanie z siebie jadu na dłuższą metę nie pomaga. Do niedawna może i pomagało, ale chyba tylko na chwilę. Kiedy pierzesz swoje brudy w utworach, to musisz się liczyć z tym, że nagle może zadzwonić do ciebie na Facetimie naćpany typek o godzinie 3. w nocy, który stwierdzi, że musi z tobą pogadać o życiu. „Mordo, bo ja to cię szanuję i utożsamiam się opór z tym, co mówisz w kawałkach”. Taka gadka, do momentu aż go prochy puszczą. Wszystko fajnie. To miłe, że się utożsamiają, szacunek, że doceniają moje kawałki, ale są pewne granice. Żałowałem wiele razy, że otworzyłem się za bardzo. Nieraz rzuciłem jakimś paździerzem i do dziś wypominane jest mi to na ulicy. Było też tak, że ludzie na początku się zastanawiali, o czym gadam, a dopiero po latach zaczęli przyznawać mi rację. To pozytyw tej sytuacji albo co najwyżej szczęście w nieszczęściu. Tylko widzisz, ja jestem raperem, wykładam kawę na ławę i nie ściemniam. Wychodzę z założenia, że najgorsza prawda jest lepsza od najlepszego kłamstwa.
Jak żyje się w Polsce artyście na twoim poziomie?
Wpadają pieniądze za rap i bity – raz mniejsze, raz większe. To, co wleci mi na konto, to idzie na pokrycie debetu albo innych zaległości. No i widzisz – tu też wychodzą moje błędy z przeszłości. Jak dzwonili do mnie z banków, to brałem i brałem, zawsze potrafiłem to sobie jakoś wyjaśnić. A spłacać trzeba, ale to jak u każdego – nie jestem jakimś uosobionym przypadkiem. Nie jestem leniem, pracuję na etacie. Z wiekiem nauczyłem się też tego, by się szanować i nie tyrać za ochłap. Jako wolny strzelec mogę sobie na to pozwolić. Co innego, gdybym miał żonę i dziecko na utrzymaniu. Wtedy myśli się inaczej. Ja to w sumie jeszcze gnój jestem, mam 27 lat i nie wiem, czego chcę. Praca nad muzyką po odbębnieniu godzin w robocie ma swoje plusy, ale i minusy. Bywa z tym różnie. Czasami kończy się to tym, że idę pijanym krokiem o godzinie 3:55 przez rynek we Wrocławiu, a do roboty na godzinę 8. Klasyk.
Frustracja była momentami spowodowana tym, jak ciężko jest się przebić?
Wiele rzeczy mnie irytowało. Czasami wku*wiałem się, że obiecywano mi złote góry. Myślałem sobie wtedy, że „oooo teraz to będzie”. I co? Nic się nie wydarzyło. Takie rzeczy burzą zajawkę. Chodzisz nerwowy i naburmuszony, ale w sumie to nie wiadomo, o co ci chodzi. Mojego kumpla JNR-a takie rzeczy zblokowały na kilka lat. A to typ, którego muzyka sprawiała, że łapałem się za głowę. Gość puszczał mi swoje prevki i byłem w szoku! Można się przebić, idąc drogą na skróty i powiedzmy sobie otwarcie – jakbym chciał robić chałturę i komercję, to robiłbym ją od dawna.
Pojawiały się czasem w twojej głowie myśli: dlaczego innym się udało i są rozchwytywani, a ty nie?
Wiadomo, że bez kasy praktycznie nic dzisiaj nie osiągniesz, ale należy na to spojrzeć z drugiej strony. Ci ludzie, o których teraz myślisz, mają wszystko. A skąd wiesz, czy niektórym z nich po drodze nie wyprał się łeb? Nigdzie nie ma złotego środka. Mamy też taką mentalność, że jesteśmy wiecznie niespełnieni i ciężko nam odnaleźć balans. Każdy chce więcej, więcej, za wszelką cenę. Nie mam złej energii w stosunku do ludzi, którzy mają pobookowane koncerty na rok do przodu. Niech lecą do przodu i zabezpieczają swoje rodziny. Ale należy pamiętać, że wszystko kiedyś może się skończyć. Ja sam steruję swoim życiem – mam dwie ręce, dwie nogi i mimo wszystko głowę na karku. Będę umiał zarobić w przyszłości na swoją rodzinę. Nie muszę mieć siana tylko z muzyki, ale nie jestem hipokrytą i gdyby się okazało, że mogę żyć tylko z muzyki, to bym się nie obraził. Ja „przy trackach nie myślę skarbonką”. Dorastałem w latach, kiedy droga VNM-a i Weny była jedyną słuszną. Nie chodzi też o to, by odwalać pańszczyznę. Trzeba robić swoje i tyle.
Sarius napisał niedawno na Facebooku bardzo osobisty wpis, w którym mówił, że poważne pieniądze z muzyki zobaczył dopiero po wydaniu ośmiu płyt. To mobilizuje?
Z pewnością, bo każdy ma chwile zwątpienia. Sariusa poznałem, kiedy przyjeżdżał do Wrocławia do studia Voskowych. Dużo razem imprezowaliśmy z Szopsem i JNR-em, ale on był taki, że cały czas chciał tworzyć. Tam, gdzie goście pisali po dwa wersy, on miał już zwrotkę i refren. Wchodził do kabiny, pach pach i gotowe. Kiedy Sarius był związany z Asfaltem i jeździł na koncerty z Ostrym, patrząc na to z boku, można było dojść do wniosku, że miał wtedy wszystko. Powiem to jeszcze raz: należy robić swoje! Blokują nas jedynie pomysły. Masz jeden, nie udaje się go zrealizować, to wymyślasz następny i następny. Realizujesz je, a później na spokojnie wracasz do tego pierwszego.
Tobie pomysłów chyba nie brakuje?
Mam co robić. Plan jest taki, by z albumem „Nowy Boom-Bap” wlecieć na jesień. Usłyszycie na nim dużo dźwięków z 808, synthbassów i własnych przesamplowanych kompozycji. Surowości też nie zabraknie. Już dziś mogę powiedzieć, że to moja najlepsza płyta. Utwory, które wypuszczałem ostatnio, nie nakreślają w żadnym wypadku klimatu „Nowego Boom-Bapu”. Jaram się obecnie grimem z Wielkiej Brytanii, drillem i kawałkami boomtrapowymi. Słucham dużo rzeczy Logica, Travisa czy zmarłego Nipseya Hussle. Polski rap wrzucam na głośniki rzadziej, ale z premierami jestem na bieżąco. Nie wykluczone, że z moją ekipą Marka Inc siekniemy mixtape z gośćmi. Nie mogę na razie zdradzić z kim, ale jest też plan na epkę z topowym polskim producentem. To będzie materiał w nowojorskim klimacie. Chciałbym także wyprodukować krążek artyście z innych kręgów muzycznych, na przykład jakiejś wokalistce. Czuję, że rozwinąłem się produkcyjnie i wydaje mi się, że dobrze czułbym się jako producent muzyczny takich artystów. Więcej nie mogę zdradzić. W sumie to i tak już ci za dużo powiedziałem. (śmiech)
2 min
Bo liczy się przekaz - raperzy mówią, o czym rapują
Kali, Paluch, Gedz, VNM, Sarius, Bedoes, OKI, Bisz, AVI, Eros oraz Kizo mówią, o czym rapują.