Muzyka

Krzy Krzysztof: Wesoły Hypeman z Quebo na trasie

© Wojtek Koziara
Setki zagranych koncertów, dziesiątki zwiedzonych krajów, a ostatnio wyróżnienie za rolę w „Quebonafide: Romantic Psycho Film”. Krzy Krzysztof opowiada nam o tym dokumencie oraz życiu w trasie.
Autor Tomek Doksa
Pamiętasz moment, gdy spotkałeś się z Kubą Grabowskim, dzisiaj Quebonafide, po raz pierwszy?
Krzy Krzysztof: Nie, nie pamiętam tego jednego momentu. Próbowaliśmy nawet kiedyś do tego dojść, ale jest to raczej nie do uchwycenia, bo działo się dawno temu. Jestem jednak raczej pewny, że było to gdzieś na boisku szkolnym przy naszym gimnazjum nr 1 w Ciechanowie. Wiesz, to były jeszcze te czasy, gdy kończyły się lekcje i każdy w ciemno szedł po nich na boisko, żeby do wieczora grać w piłę. Nie trzeba było wtedy żadnych telefonów, żadnych komunikatorów – wystarczyło przyjść w ustalone miejsce, a tam już wszyscy byli, cała osiedlowa ekipa. To było najpiękniejsze: kończyło się lekcje, szło do domu, jadło obiad i mówiło mamie: „idę na boisko”. (śmiech) Tam też zaczęły się nasze pierwsze dłuższe spotkania, potem stworzyliśmy wspólnie pierwszą drużynę, graliśmy w jakichś osiedlowych turniejach, no a dalej… Poszło to w stronę muzyki i hip-hopu.
Muzyka · 38 min
Quebonafide: Romantic Psycho Film
I podróży. Te od czego się zaczęły – koncertów?
Wcześniej, jeszcze za dzieciaka, była pierwsza wyprawa do McDonald’sa, do Płońska. (śmiech) 30 km od Ciechanowa. I wyglądało to tak, że zrzucaliśmy się po 5 zł na paliwo. Kuba, pamiętam, miał wtedy starego opla astrę, kupionego za jakieś dwie stówy, z którego koło wręcz odpadało, ale którym zwiedzaliśmy pobliskie rejony. Po Płońsku była Warszawa, na którą zbieraliśmy się chyba przez tydzień, a później faktycznie koncerty. Najpierw Puławy, potem coraz dalej i dalej, a gdy Kuba wydał „Eklektykę” to zaczęliśmy zwiedzać coraz większe tereny i chyba w dwa-trzy lata przejechaliśmy już całą Polskę. W największych miastach byliśmy nawet po kilka razy. Wtedy właśnie w Kubie obudziło się coś z podróżnika, zapaliła mu się „ta” lampeczka. Pamiętam, jak za pieniądze z trasy po „Eklektyce” kupił volkswagena tourana – który swoją drogą podczas jazdy miał wszystkie możliwe kontrolki bezpieczeństwa zapalone, sam się psuł i sam się naprawiał, ale przejechał z nami tysiące kilometrów po Europie – i tak zrobiliśmy sobie pierwszy zagraniczny euro trip, po którym potem powstał zresztą kolorowy teledysk.
Później zaczęły się już te dalekie podróże.
Tak, potem była Tajlandia – wyjazd zorganizowany zresztą z pomocą Red Bulla, gdzie nagraliśmy klip do „Oh My Buddha”. Dla mnie to była pierwsza tak daleka wyprawa.
Czy to w związkach, czy przyjaźniach, pierwsza taka podróż daleko od domu to często test miłości i znajomości. Jak to było między wami?
Przez te pierwsze dwa tygodnie nie było jeszcze tak, że chcieliśmy się pozabijać, ale byliśmy też już trochę zahartowani, bo graliśmy koncerty w Polsce po pięć-sześć dni pod rząd, potem braliśmy dzień przerwy i znowu to samo. Kuba wspomina zresztą w dokumencie „Quebonafide: Romantic Psycho Film”, że spał ze mną częściej w hotelach niż ze swoją dziewczyną. (śmiech) I to jest prawda, bo my rzeczywiście przez sześć ostatnich lat spędziliśmy ze sobą mnóstwo czasu. Ale potrafimy sobie radzić w sytuacjach kryzysowych, bo oczywiście też takie się zdarzają. Wiesz, jak to w życiu... Pamiętam, że był jeden taki wyjazd, kiedy byliśmy ponad miesiąc w podróży i gdzieś tam może pojawiło się to zmęczenie, spowodowane zbyt częstym przebywaniem z drugą osobą. Na szczęście nie pozabijaliśmy się i dalej się lubimy. (śmiech) To był okres, kiedy wszystko się skumulowało – kilka tygodni w trasie non stop i od razu wsiedliśmy do samolotu przez Nepal, Japonię, Australię i Nową Zelandię. Faktycznie gapiliśmy się na siebie dzień w dzień przez około dwa miesiące. Poza tym jednym przypadkiem nie pamiętam jednak, żebym miał go jakoś serdecznie dość. (śmiech)
Wspomniałeś wcześniej, że Kubie zapaliła się lampka na podróże po dłuższej trasie po Polsce. A kiedy to nastąpiło u ciebie? Zgaduję, że na początku jeździłeś z Kubą przede wszystkim jako jego hypeman, nie globtroter.
Na starcie było tak jak mówisz: jechałem, bo Kuba jechał, bo jechała ekipa. Początkowo w ogóle było mi to wszystko ciężko połączyć, bo miałem studia, i musiałem opłacić kilka egzaminów warunkowych, inaczej nie zrobiłbym licencjatu. Na nim zresztą musiałem studia zakończyć, bo nie wyrobiłbym na tych warunkach. (śmiech) Kiedy już zaczęliśmy koncertować i latać po świecie, więcej mnie na tych studiach nie było niż było. (śmiech) Faktycznie, na początku nie byłem jakimś zaprawionym podróżnikiem i gdzieś tam pod koniec wyjazdu pojawiała się u mniue chęć powrotu do domu. W Tajlandii byliśmy około dwa tygodnie i po jakimś czasie mówiłem pod nosem: „kurczę, ale już bym wrócił do Polski”. Chciałbym posiedzieć chwilę w domu, na tyłku i odpocząć, a Kuba wręcz przeciwnie: „lećmy dalej!” – mówił. I najlepiej na pół roku. (śmiech)
To u ciebie się w końcu zmieniło?
Jeszcze przy drugim, trzecim tripie miałem podobnie jak na początku: że wow, fajnie, ale chciałbym już wrócić do kraju. Ale ostatnio jak byliśmy w Japonii to złapałem się na tym, że mógłbym lecieć dalej, nie wracać do Polski, tylko zwiedzać i się bawić. Zajawka na podróże przeszła więc trochę z Kuby na mnie. To jednak jest szalony tryb życia, bo z jednej strony trzeba mieć możliwości finansowe, żeby tak latać i się nie martwić, dwa – nie możesz mieć tutaj, na miejscu, niczego zobowiązującego. Myślę, że trzeba być naprawdę konkretnym lajfstajlowcem, żeby pozwalać sobie na wieczne podróżowanie.
Oglądając „Quebonafide: Romantic Psycho Film” mam wrażenie, że to ty jesteś tym, który trzyma wycieczkę w ryzach. Niczym pan kierownik. To ty siadasz za kółko samochodu, obliczasz, kiedy dotrzecie nad Bajkał...
Kierownik to chyba za duże słowo, ale faktycznie staram się wszystko jakoś logistycznie rozplanować, żeby miało to ręce i nogi. Ale zazwyczaj wszyscy czuwają nad tym, żebyśmy zdążyli zobaczyć jak najwięcej i każdy gdzieś tam czuwa nad planem wycieczki. Ja to tylko nadzoruję. (śmiech)

Zobacz ujęcia, których nie ma w "Quebonafide: Romantic Psycho Film"

Muzyka · 3 min
Krzy Krzysztof za kulisami "Quebonafide: Romantic Psycho Film"
W codziennym życiu też jesteś taki poukładany?
Wiesz co… Ja chyba nie chciałbym mieć totalnie poukładanego życia, bo bywa też tak, że jestem na przykład na jakiejś imprezie, już mocno zapętlony, trzecia rano, a tu nagle dzwoni Kuba i mówi, że o godzinie 10. mamy samolot, żebym zaczął się pakować… W takim trybie nie da się więc wszystkiego całkowicie poukładać i zaplanować. Ale gdy już jesteśmy na jakimś wyjeździe i mamy do pokonania jakąś drogę, to faktycznie lubię mieć pełen schemat wycieczki doprecyzowany. Wszystko ma być ogarnięte. Ten nawyk wykształcił mi się już podczas grania koncertów. To ja byłem zawsze tzw. tour managerem, chociaż oficjalnie za takiego się nie podaję, i to ja bardzo lubię prowadzić samochód. Bo jak trzeba przycisnąć, to przyciśniemy.
Jak wtedy, gdy jechaliście w ostrą śnieżycę przez Alpy i całe życie miałeś przed oczami?
Nooo, to była dramatyczna przygoda! Muszę ci powiedzieć, że w życiu miałem dwa momenty, w których faktycznie się bałem. I to był jeden z nich. Jechaliśmy fiatem punto na letnich oponach przez ośnieżone Alpy… Ciężko to wszystko opisać i teraz żałuję, że nikt tego nie nagrał. Ale wtedy byliśmy zmiażdżeni po kilku koncertach, spieszyliśmy się, nikt nie myślał o tym, żeby coś nagrywać. Najważniejsze było to, żeby szybko, ale i bezpiecznie, dotrzeć na miejsce. A wracając do mojej osoby – uważam, że jestem mega wyluzowany, ale jeśli trzeba to potrafię być też być bardzo poukładany i odpowiedzialny. W trasie natomiast każdy z ekipy dodaje coś od siebie – ja odpowiadam za coś innego, ktoś drugi za coś innego, nie ma tu co zbytnio pompować mojego ego. (śmiech)
To jeszcze powspominajmy. Ta druga straszna sytuacja to…
Meksyk. Jechaliśmy w środku nocy przez jakieś lasy, w okolicach północnego Meksyku, tam gdzie szaleją kartele. Nagle na drodze stanęło kilku gości, którzy mówią, że jedziemy przez jakąś dolinę wodospadów i musimy zapłacić za bilety. Była trzecia w nocy, dookoła nic nie widać, więc mówimy im: „jakie wodospady, przecież tu nic nie ma?!”. No i nagle z lasu wychodzi pięciu kolejnych, otaczają nasz samochód, święcą latarkami i ktoś mówi, że jeden ma broń. Serio, zaczęło być groźnie. Teraz jak to opowiadam, to brzmi to jak ciekawostka z podróży, ale na miejscu nikomu nie było do śmiechu. Skończyło się na tym, że daliśmy im te pieniądze, oni jednak chcieli więcej, ale przekonaliśmy ich, że to wszystko, co mamy. Na szczęście nas puścili i nikomu nic się nie stało. Niestety był to początek naszego pobytu w Meksyku i ten incydent rzucił się cieniem na kolejne dni – aura niebezpiecznego miejsca zaczęła nam trochę ciążyć. W powietrzu wisiało coś na każdym kroku. Jak tylko wyciągaliśmy kamerę, żeby coś nakręcić, pochodzili do nas ludzie i mówili, że nam życie niemiłe. „Lepiej stąd uciekajcie” – takie rzeczy.
Scenariusz jak z kolejnego odcinka „Narcos”.
O, „Narcos”! Bardzo lubię ten serial. Właśnie niedawno obejrzałem tę część z Meksyku, i muszę powiedzieć, że faktycznie – serial bardzo dobrze oddaje klimat tego miejsca.
Pewnie gdybyście zamiast zwiedzać Meksyk trafili do jakiegoś kurortu, opowiadałbyś mi dzisiaj inną historię.
My zawsze dolatujemy na jakieś miejsce i staramy się przejechać dany kraj wzdłuż i wszerz, a już na pewno zahaczając o te najciekawsze lokacje. Tak, żeby zobaczyć jak najwięcej. W Meksyku było to jednak niemożliwe, bo pojawiliśmy się tam jakoś w momencie, gdy polowali na „El Chapo” i na miejscu zrobiło się bardzo niebezpiecznie. Kartele skakały sobie do gardeł. Nie chcieliśmy się więc za bardzo zapuszczać na północ, choć ta bardzo nas interesowała. Ja ogólnie rzecz biorąc nie jestem panikarzem, ale tam jednak można było się przestraszyć – już sam spacer po Mexico City był niesamowity, bo po na ulicach i bramach stały potężne gangusy, i nie dało się na dłuższą metę wyluzować. Cały czas wyły syreny, jeden wielki przekręt wisiał w powietrzu.
Nie jesteś panikarzem, a czy to prawda, że… „jestem wesoły, bo jeszcze nikt mnie nie zdążył wku*wić”?
(śmiech) Ktoś by tam się znalazł. Ale z reguły staram się podchodzić do wszystkiego z humorem, nie lubię się ani kłócić, ani obrażać. Na palcach jednej ręki policzyłbym osoby, z którymi gdzieś tam miałem spinę, raczej ze wszystkimi znajduję wspólny vibe i pochodzę do drugiego człowieka na luzie. To też na pewno zasługa osób, którymi się otaczam – np. Kuba jest mega wyluzowany – i jak pojawiamy się gdzieś na imprezie to jesteśmy ostatnimi, którzy szukają awantur. Wolimy usiąść, dobrze się pobawić, nie robić afery.

Zobacz zdjęcia z trasy Red Bull Music Presents: Quebonafide On Tour

Początek „Quebonafide: Romantic Psycho Film” zapowiada się na taką: wsiadacie do pociągu, w tle słychać płaczące dziecko. Ty już czujesz, że będą kłopoty.
(śmiech) To tylko dlatego, że mam w pamięci wiele tzw. „przygód”, gdy lataliśmy na „Egzotykę” z dziećmi w samolocie. Wyobraź sobie, że lecisz gdzieś na drugą półkulę, 15 godzin lotu, a dzieciak za tobą nie przestaje płakać. Dlatego, gdy wsiadając do Kolei Transsyberyjskiej usłyszałem, że dwa rzędy dalej któryś płacze, od razu pomyślałem: „oho, będzie wesoło”. Tydzień w płaczącym pociągu – nie wytrzymam! Ale nie, nie było źle, dzieciak chwilę popłakał, za chwilę na szczęście przestał.
Właśnie – tydzień w pociągu! Ty wiedziałeś na co się piszesz?
Gdy Kuba zaczął mi wspominać o tym pomyśle, to mówiłem od razu: stary, mnie na to nie ma. Że ja mogę dolecieć gdzie trzeba, ale wy sobie sami jedźcie tym pociągiem. Jednak od słowa do słowa zaczął mnie przekonywać. Ten wyjazd też nam się odkładał w czasie, bo były po drodze jeszcze koncerty, więc w momencie, gdy doszło już do wyjazdu, to w jakimś stopniu byłem na to przygotowany. Ale też pełen obaw. Wiesz, ja bardzo nie lubię jeździć pociągami, nawet podróż Warszawa-Kraków albo Warszawa-Gdańsk jest dla mnie mocno męcząca. I to mnie bardzo przerażało. Kuba jednak cały czas nagabywał, on jest mistrzem w namawianiu i przekonywaniu. Nawet jak jesteś na stanowcze „nie”, on w 10 minut spowoduje, że przejdziesz podekscytowany na jego stronę. Król pętlenia. (śmiech) Ale dzisiaj wiem, że warto było przeżyć taką podróż. Mimo, że była bardzo długa i męcząca, to przy okazji poznaliśmy fajnych i ciekawych ludzi, lało się dużo wódki, grało w dużo karcianych gier. Jedyny minus to taki, że spodziewałem się ciekawszych krajobrazów za oknem, a jedyne fajne widoki były już na końcu – w Mongolii i Chinach. Ale cała Rosja, Syberia to brud, krzaki, nic się nie działo.
Co ci się najbardziej podobało podczas tej wyprawy?
Chiny. Super sprawa. Nie spodziewałem się, że to wszystko na miejscu tak fajnie wygląda. Albo smakuje! Te pierożki, które nawet Kuba wytatuował sobie na nodze – jedliśmy je po trzy razy dziennie! Mogłeś zjeść w życiu sporo chińszczyzny, ale miejscowa kuchnia naprawdę wymiata. Sam Szanghaj – też mega sztos. No i mongolskie stepy. Zrobiły na mnie wielkie wrażenie.
Tutaj się zatrzymajmy, bo interesuje mnie weekend w takim mongolskim namiocie. Jak to się załatwia?
Mieliśmy to szczęście, że był z nami przewodnik, który obwoził nas przez Mongolię i wszystko pokazywał. On też załatwił nam wyprawę do rodzin mieszkających w starym stylu, w jurtach na mongolskich stepach i jak tak sobie teraz myślę… Gdybym miał powiedzieć, co w trakcie tej wyprawy zaskoczyło mnie najbardziej, to chyba właśnie to. Ciężko mi było sobie wyobrazić, że ludzie żyją jeszcze w taki sposób. Oni tam nie wiedzą nic o naszym świecie! Nie mają pojęcia o tym, co się dzieje poza ich polem widzenia. Wyobraź sobie, że był tam chłopiec, nie wiem miał może 10 lat, który nagle wsiadał na konia i jechał polować… Czaisz? Żadnych sklepów, żadnych dóbr współczesności, tylko dzikie życie. Kiedy u nich nocowaliśmy, ojciec z synem wstali o piątej rano i ruszyli przed siebie łapać dzikie konie na lasso, żebyśmy mogli na nich pojeździć. Coś niesamowitego. Naprawdę, musiałbyś wejść do tej jurty i zobaczyć, jak się tam mieszka i żyje, bo trudno to wszystko opisać. Klimat jak z jakiegoś „Mustanga z dzikiej doliny”, mistrzostwo świata.
W Mongolii pojawia się ten moment, gdy mówisz „Za dużo bodźców”, pośrodku pustyni.
Tak, pojechaliśmy na pustynię na piękny zachód słońca, dookoła nas wielbłądy, a my siedzieliśmy, patrzyliśmy po sobie i mówiliśmy: „aha, no fajnie, fajnie”.
Z chęcią bym się zamienił.
No tak. Teraz jak siedzę w Warszawie to najchętniej sam bym się tam teleportował. Ale wtedy byliśmy już tak długo w podróży, widzieliśmy tyle niesamowitych rzeczy, że w pewnym momencie byliśmy tymi bodźcami przeładowani. Drugi taki moment w filmie to Bajkał. Trafiliśmy tam na cudowny wschód słońca, cała ekipa stała z rękoma w górze, naprawdę najpiękniejszy widok, jaki widziałem w życiu, a Kuba: „Gdzie? Przecież tu się nic nie dzieje”. (śmiech)
Będąc tam, nie rozmyślałeś, by zacząć więcej pracować na własne nazwisko?
Wszystkie te podróże wpłynęły bardzo na to, jak postrzegam dzisiaj życie, ale też dały mi wiele pod kątem inspiracji. Mam jednak póki co problem z pisaniem. Tyle było tych przeżyć i bodźców, że łapię się na razie na tym, że chciałbym powiedzieć naprawdę bardzo dużo, ale nie potrafię tego jeszcze poskładać w zgrabną całość. Zwiedziłem spory kawał świata, naprawdę tego wszystkiego w mojej głowie jest cała masa…
Ale czujesz, że teraz jest właściwy moment, by KrzyKrzysztof zrobił coś swojego?
Kiedy po płycie „Romantic Psycho” – ale tej pierwszej dodawanej do preorderu, nazwijmy ją „fejkowej” – powstał pomysł, byśmy nagrali wszyscy zwrotki: ja, wszyscy nasi kumple, i żeby strollować ludzi i wysłać im taki surowy numer – zapaliła się we mnie iskierka, żeby w końcu coś swojego zrobić. No i jakoś poszło. Na razie wypuściłem jeden numer „Rio”, nad następnymi rzeczami cierpliwie pracuję. Nie chcę tylko tutaj niczego obiecywać, bo raz już to zrobiłem i nie chciałbym tego powtarzać. Do dzisiaj ludzie mnie pytają, gdzie ten „Przehypowany Mixtape”… Jak graliśmy koncerty to mnie głowa bolała od tych pytań – na zmianę słyszałem tylko: „kiedy nowe Przygody Wesołego Hypemana?”, „kiedy Przehypowany Mixtape?”. Każde kolejne takie to była dla mnie kulka w łeb.
Dobrze, że od nich nie zacząłem.
Całe szczęście! Stoję właśnie na balkonie i różnie to mogło się skończyć. (śmiech)
No dobra, mamy kawałek „Rio”, co dalej?
Na jednym kawałku na pewno się nie skończy. Pytałeś mnie o to wcześniej i tak, czuję, że to jest właściwy moment, ale też trzeba brać poprawkę na to, że wokół Kuby od pięciu tyle się dzieje, że ja cały czas mam co robić. Ale też nie chcę się w ten sposób usprawiedliwiać – po prostu pracuję swoim rytmem. Ostatnio jednak staram się każdego dnia rzeźbić coś swojego i mam nadzieję, że uda mi się to wszystko skończyć prędzej niż później.
I wtedy też wrócą „Przygody Wesołego Hypemana”. (śmiech)
Zdaję sobie sprawę, że fani są ciekawi, co się dzieje za kulisami wypraw i koncertów Quebo, ale muszę ci powiedzieć, dla nas ta formuła już się wypaliła. Skończyłem zresztą robić te nagrywki w momencie, gdy Kubie zaczęło ciążyć wszystko to, co się wokół niego dzieje, ta rozpoznawalność itd. Potrzebował wyciszenia, a nie da się tego zrobić, kiedy biegam za nim z GoPro. On sam nawet nie musiał mi o tym mówić – jesteśmy przyjaciółmi od dawna, takie rzeczy się czuje. Widać to zresztą w dokumencie „Quebonafide: Romantic Psycho Film” – że Kuba dopiero się z tego wszystkiego odkopuje, że miał ciężki okres w swoim życiu i nie zawsze chciał gadać do kamery. Ale! Mogę ci powiedzieć, że miałem w planie jeden odcinek z trasy koncertowej „Romantic Psycho”. Jak wiadomo, te się nie odbyły, więc nie do mnie pretensje. Myślę jednak, że wrócę do tego pomysłu, gdy tylko znowu wskoczymy na scenę.
Muzyka · 3 min
Red Bull Music Presents: Quebonafide On Tour