Muzyka

Krzysztof Zalewski: Brać na urok „desperado”

© Paweł Zanio
Autor Tomek Doksa
Złoty chłopak na trudne czasy – Krzysztof Zalewski – opowiada nam o rywalizacji, największym stresie i kogo zamierza podkraść Grubsonowi. Ci dwaj artyści zmierzą się ze sobą na Red Bull SoundClash.
  • Red Bull SoundClash to najbardziej spektakularny muzyczny pojedynek tego roku: 21 listopada, na warszawskim Towarze, zmierzą się Krzysztof Zalewski i Grubson.
  • Będzie to już druga polska edycja tej imprezy. Pierwsza odbyła się w 2012 roku w Soho Factory – wtedy w muzycznym starciu między Fisz Emade Tworzywo a Acid Drinkers górą byli bracia Waglewscy. Kto zwycięży tym razem? Krzysztof Zalewski zapowiada, że dla niego liczy się tylko zwycięstwo.
Muzyka · 1 min
Red Bull SoundClash: Grubson vs. Zalewski
W szkole byłeś typem fightera?
Krzysztof Zalewski: We wczesnej podstawówce biłem się codziennie. Szybko skumałem, że wystarczy walnąć kogoś z całej siły w nos i jak pójdzie farba to już jest po walce. No a potem koledzy zaczęli rosnąć trochę szybciej niż ja, bo ja miałem lekkie opóźnienie w tym skoku wzrostowym, więc chyba w piątej klasie kolega – z którym zresztą potem grałem w zespole – tak mi przyłożył w oko, że najpierw nic nie widziałem, a potem przez jakieś pół minuty widziałem do góry nogami. Od tamtej pory przemoc absolutnie nie jest w kręgu moich zainteresowań – co oczywiście nie znaczy, że nie dostałem jeszcze parę razy – ale sam na pewno niczego takiego nie inicjowałem.
A w szkolnej ławce lubiłeś rywalizować, np. na oceny?
Rzeczywiście – dałem się uwieść szkolnemu systemowi i oceny były dla mnie dosyć istotne i faktycznie rywalizowałem, ale chyba bardziej ze sobą niż z innymi. Nie byłem na pewno typem ostro zakuwającym, raczej sporo wagarowałem. Miałem nawet jakieś osiągnięcia na tym polu – mój rekord to 247 godzin nieobecności. Natomiast jeśli chodzi o rywalizację na polu szkolno-towarzyskim to wiadomo, że liceum to był taki moment, kiedy trzeba było zaznaczyć swoją obecność w klasie. A ja – jak już wspominałem – dosyć późno zacząłem rosnąć i jak szedłem do liceum to wyglądałem bardziej na 11 niż 15 lat. Musiałem więc jakoś nadrabiać i nadrabiałem tym, że miałem zespół, grałem koncerty i koleżanki wyrośnięte bardziej ode mnie próbowałem brać na urok „desperado” z gitarą.
Skoro zespół – to też rywalizacja. Na przykład z innymi chłopakami o większą publiczność.
Braliśmy udział w różnych przeglądach, więc tak, była między nami jakaś forma rywalizacji. Ja w ogóle zakładałem zespół nie z myślą: „o, pograjmy sobie raz w tygodniu”, tylko żeby być przynajmniej tak popularnym zespołem jak Rolling Stonesi. (śmiech) Ale oczywiście nie chodziło o granie „pod publikę”. Moim zdaniem decydując się na zespół czy grając solo, musisz znaleźć tzw. złoty środek. Nie uznaję na pewno robienia muzyki tylko po to, by zyskać fanów, bo to się mija z celem kompletnie. To jest koniunkturalizm i wtedy kończysz grę na disco polo, bo tam masz największą publiczność. W moim przekonaniu chodzi o to, żeby grać to, co cię kręci, pamiętając przy tym jednak, że nie tworzysz tylko dla siebie i starając się, aby twój przekaz dotarł do ludzi, był zrozumiały. Nie przekonują mnie buńczuczne zapewnienia, że: „gram tylko dla siebie i nie interesuje mnie, co ludzie o tym powiedzą”. Idąc tym tropem – po co wychodzić w ogóle z sali prób, można świetnie się bawić grając do lustra.
Jak widać było po wypełnionym po brzegi Torwarze, na którym zagrałeś swój solo act – tobie znaleźć ten złoty środek już się udało. Wcześniej ten solo act porównałeś do sportu: że widownia w jego trakcie może trzymać za ciebie kciuki, może emocjonować się twoimi solowymi zmaganiami. Ale czy nie jest tak, że to przede wszystkim forma rywalizacji dla ciebie – że w ten sposób chcesz pokazać branży, że masz fajny pomysł i sam go najlepiej zrobisz?
Może coś w tym jest. Ale chyba dopiero gdybym wyszedł na scenę tylko z gitarą akustyczną i mikrofonem, a ludzie powiedzieliby później: „patrzcie, jaki ten gość ma przekaz! Nie potrzebuje nic więcej!”, to prędzej wtedy czułbym tę „wygraną”. Może to też jest pomysł na mój następny krok. Istnieją ludzie, którzy to potrafią – np. Bob Dylan czy Neil Young. Ale nie wiem co musiałoby się stać, jakiego olśnienia musiałbym doznać, żeby nagle wychodziły ze mnie myśli tak uniwersalne i tak okrągłe, że przełamywałyby wszystkie bariery, a za całe tło wystarczyłaby gitara akustyczna… Póki co bardzo mnie kręci zabawa formą, aranżem – to też jest dla mnie bardzo istotna część mojego przekazu. Jako że zespół mam we Wrocławiu, a ja mieszkam w Warszawie, i bywało tak, że nie miałem tu z kim grać, wymyśliłem sobie formułę solo, żeby wolne chwile wykorzystywać na granie i komponowanie. A kiedy doszedłem do wprawy, to postanowiłem, żeby pójść z tym krok dalej.
Kiedyś mówiłeś: „Bardziej stresuję się, gdy gram sam niż z zespołem. Dużo więcej rzeczy może się zepsuć”. To po ci te nerwy?
Ja zawsze stresuję się przed koncertami. I nie ma znaczenia, czy jest to występ radiowy, koncert w małym mieście czy na wielkim festiwalu. Stres bywa u mnie tak poważny, że wręcz przyprawia o torsje. A to, co się działo przed solo actem na Torwarze, to już był szczyt wszystkiego. Nic, co robiłem wcześniej, nie ma w kwestii stresu startu do Torwaru. Tam już naprawdę nie miałem siły wymiotować, tak byłem spięty. Oczywiście, kiedy wyszedłem na scenę, zacząłem grać i szybko okazało się, że wszystko ładnie się układa – wtedy czerpałem już z tego samą przyjemność. Muszę ci jednak powiedzieć, że sam moment oczekiwania na wyjście na scenę bywa dosyć koszmarny.
Jak rozumiem, na scenie plusy przesłaniają stresujące minusy?
Bilans jest zdecydowanie dodatni. Przed koncertem są nerwy, ale kiedy już jest po wszystkim i wiem, że mi się udało – że wszystko poszło tak jak sobie zaplanowałem, że sprzęt nie zawiódł i ludzie świetnie reagowali – to wtedy zapominam o tym wszystkim, co było przed, i już nie mogę się doczekać kolejnego występu. Dla mnie bardzo ważne jest utwierdzanie się w tym, że to co robię, ma sens. Że ludziom też to sprawia frajdę i że w magiczny sposób wymieniamy się emocjami. Jeśli tak jest, to wszystko załatwia i przedkoncertowe stresy są bez znaczenia.
Pamiętam, gdy zobaczyłem cię na Spring Breaku w 2018 roku, grałeś wtedy na dziedzińcu CK Zamek, i robiłeś świetne wrażenie. Powiedziałem wtedy do znajomych, że przeobraziłeś się w sceniczne zwierzę. Mocno nad tym pracowałeś?
To chyba kwestia ilości powtórzeń, jakie musiałem zrobić w swojej karierze. W każdej dziedzinie jeśli masz predyspozycje do robienia czegoś, masz tzw. talent, to jeśli powtarzasz wciąż pewne rzeczy i je poprawiasz, musisz się rozwijać. Jak sobie przypomnę tego całego „Idola” lat temu naście, i te swoje śpiewy, to mnie aż zęby bolą – tego nie da się słuchać! Potrzebowałem wielu lat powtórzeń, żeby z tamtego poziomu być tu, gdzie jestem teraz. Potrzebowałem też do tego kabiny dźwiękoszczelnej, którą sam sobie zbudowałem gdy mieszkałem we Wrocławiu, potrzebowałem wielu sesji nagraniowych, pracy w chórkach i ciągłej pracy nad sobą. Widziałem niedawno wywiad z Edem Sheeranem, który trochę mnie pocieszył, bo powiedział, że nie od zawsze potrafił tak pięknie śpiewać. Nie było w jego przypadku tak jak z Amy Winehouse czy Whitney Houston, które śpiewały perfekcyjnie już jako nastolatki. Sheeran wyznał, że on się tego nauczył – pokazywał nawet w tym wywiadzie jakieś swoje małoletnie nagrania i rzeczywiście to był inny Ed.
Podobnie było z moim śpiewaniem – pracowałem nad nim przez długie lata i jeszcze długo będę nad nim pracował. Ta sama zasada dotyczy też moim zdaniem prowadzenia koncertu i innych elementów kariery muzyka. Na pewno pomogły mi występy na Męskim Graniu, gdzie byłem w orkiestrze Andrzeja Smolika muzykiem towarzyszącym, ale śpiewałem też kilka utworów jako solista. Najbardziej wartościowe było chyba jednak to, gdy po płycie „Zelig” przejechaliśmy Polskę trzy razy wzdłuż i wszerz. Graliśmy dla stu, stu pięćdziesięciu czy trzystu osób, i to mi dało jakiś poważniejszy start. Z każdym koncertem czułem się pewniej, byłem mniej spięty, bardziej wiedziałem, co chcę ludziom powiedzieć. Po płycie „Złoto” okazało się natomiast, że piosenka „Miłość Miłość”, choć nie została może wielkim hitem, to jednak dotarła do świadomości wielu Polaków. I okazało się, że zamiast trzystu osób na moje koncerty przychodzi ich prawie dwa tysiące. I że znają, śpiewają moje piosenki. Dlatego kiedy zobaczyłem najpierw pełną Stodołę, a potem 70 tysięcy ludzi na Pol’and’Rock Festival czułem, że było warto siedzieć w mojej dźwiękoszczelnej kabince i w kółko się nagrywać.
Chyba musisz w takim razie dodać do swojego koncertowego repertuaru cover „Składam się z ciągłych powtórzeń” Artura Rojka.
(śmiech) Kto wie, może tak zrobię.
Ale wracając jeszcze do tej koncertowej perfekcji – pamiętasz moment, gdy poczułeś, że to, jak wyglądasz na scenie, ma znaczenie nie mniejsze niż jak brzmisz na żywo?
To chyba było jeszcze przed „Zeligiem”. Pamiętam nagranie sprzed tej płyty, które ktoś udostępnił w sieci – gramy na nim już całkiem fajnie. Ja nieźle śpiewam, chłopaki dobrze grają i jak zamykasz oczy to wszystko się zgadza. Ale wyglądamy strasznie! Przypominamy bardziej zbieraninę pracowników tymczasowych niż zespół. Wtedy nie przykładałem do tego wagi, ale kiedy obejrzałem sobie to wykonanie na YouTubie i zestawiłem go z występami Brodki, u której grałem w końcu, to wtedy do mnie dotarło, że aspekt wizualny koncertów jest również bardzo istotny, szczególnie w naszych „obrazkowych” czasach. Muszę dbać o każdy elementy moich występów, bo to właśnie koncerty są moim żywiołem i najlepiej czuję się właśnie na scenie. Dzisiaj gdy gram na żywo to wiem, że muszę dać z siebie 120 procent, bo raz – że to kocham, a dwa – że jestem to ludziom winien, bo oni przyszli mnie przecież posłuchać. Czuję wielki dług wdzięczności wobec publiczności, bo to dzięki niej mogę robić to, co robię i zawsze sobie wyobrażam, że ktoś jest u mnie po raz pierwszy i może mieć spore oczekiwania. Dlatego gram na maksa.
Praca w studiu jest OK, ale też jest bardzo żmudna i trudno przełożyć tę koncertową energię na nagranie. Tak było zresztą w przypadku piosenki „Początek” Męskiego Grania, którą nagraliśmy w dwóch wersjach. Jedną w większości zarejestrowałem w studiu sam i ona jest w porządku, ale wersja teledyskowa, gdzie dźwięk pochodzi z planu, jest dużo lepsza. Tam graliśmy z chłopakami – Kortezem i Dawidem Podsiadło – na żywo, niosły nas dużo większe emocje.
Twoja kolejna płyta będzie więc koncertowa?
Nie. Nagramy ją po bożemu w studiu, ale kto wie – może spróbujemy zrobić to na „setkę” tak jak album z piosenkami Niemena. Planuję ją wydać w przyszłym roku. Napisałeś o mnie kiedyś w recenzji, że jestem „Złoty chłopak na trudne czasy”, a czasy robią się coraz trudniejsze, więc tym bardziej muszę się nad nimi pochylić i złożyć dobry materiał. Zobaczymy, to jeszcze nie jest ten moment, by powiedzieć, że robię jakiś koncept album. Na razie piszę o emocjach, które mi towarzyszą. Parę piosenek już mam, kolejnych szukam. Tak samo jak miejsca w kalendarzu, by móc tę płytę sprawnie dokończyć.
Zechcesz być na niej głosem swojego pokolenia?
Tu chcenie nie ma nic do rzeczy. Ja muszę śpiewać po prostu o tym, co mi leży na sercu – oczywiście z nadzieją, że ktoś czuje podobnie. Ale jakoś nie będę się zastanawiał, co mi się bardziej opłaca albo co ludzie chcieliby usłyszeć. Na pewno będą tam osobiste piosenki, może coś o ginącym świecie, choć tak jak mówię – trochę jeszcze za wcześnie, by o tym mówić. Będzie płyta, będziemy analizować.
Przed płytą czeka cię Red Bull SoundClash, czyli muzyczna bitwa z zespołem Grubsona na warszawskim Torwarze. Jesteś na niego zły za ten tekst: „Najlepsze teksty Krzyśka? To te z płyty Zalewski śpiewa Niemena”?
No, to jest mocny diss. (śmiech) Ale nie gniewam się, znam Grubsona i między nami są dobre relacje. Poza tym Niemen śpiewał naprawdę dobre teksty, więc nie ma się o co obrażać.
Grubson jest mocny nie tylko w żartach. Na koncercie szybko potrafi zjednać sobie publiczność.
Masz rację. To jest bardzo poważny przeciwnik. Nie boję się o to, że zabrzmimy od niego gorzej, bo mam świetny zespół, gramy ze sobą długo i jesteśmy dobrze zgrani, ale mam świadomość, że Grubson potrafi złapać świetny kontakt z publicznością i na tym polu rzeczywiście jest groźny. Po nagraniu z nim numeru „Złota kula” miałem okazję śpiewać na jego dwóch koncertach i poczuć na własnej skórze jak to wygląda. Pamiętam, że przyglądałem się jego występowi w Stodole i zbierałem szczękę z podłogi. Ludzie jedli mu z ręki, robił z nimi co chciał. Jest mistrzem imprezowego grania i jego muzyka mocno nakręca do zabawy. Na pewno nie mogę tego zlekceważyć. Wiesz, mógłbym oczywiście powiedzieć, że nie zależy mi na wygranej, że w Red Bull SoundClash chodzi przecież o to, by się świetnie bawić, ale to nie do końca prawda. Zadzwoniłem już do Maliny – świetnego perkusisty, który gra z Grubsonem, a którego poznałem przy okazji Męskiego Grania – żeby zaproponować mu łapówkę w zamian za położenie całego koncertu Grubsona. Zrobimy wszystko, by ten pojedynek wygrać. Oczywiście nie wszystko jest w naszych rękach, bo decyduje widownia, ale na pewno przygotujemy się jak najlepiej, żeby z jednej strony nie zawieść swoich fanów, a z drugiej podkraść ich też sporo Grubsonowi.
Jak zareagowałeś na wieść, że to z Grubsonem będziesz rywalizował na imprezie Red Bull SoundClash?
Bardzo pozytywnie. Już sama formuła Red Bull SoundClash jest warta uwagi, bo gramy na dwóch różnych scenach, gramy różne numery – np. my zaczynamy swój, potem Grubson musi go dokończyć, i odwrotnie, więc to impreza z kategorii niepowtarzalnych. Nie spotkamy się więcej w takim zestawie. Wiesz, gdybyśmy na przykład grali z Organkiem przeciwko sobie to to też byłoby na pewno fajne, ale jednak rywalizacja z artystą, który gra zupełnie inną muzykę, zapowiada się dużo ciekawiej.
Ty jesteś fanem hip-hopu?
Ja lubię muzykę w ogóle. Dla mnie muzyka jest jedna. Ale rozdrabniając się na gatunki to faktycznie nie jestem jakoś mocno osłuchany w polskim hip-hopie. Bardzo lubię na przykład Łonę, ostatnio miałem też okazję śpiewać z donGURALesko, ale nie śledzę tej sceny na bieżąco. Co nie zmienia faktu, że chętnie spróbuję takiego grania na SoundClashu.
Jedna z rund Red Bull SoundClash polega na graniu coverów. Znam ludzi, którzy chcieliby cię usłyszeć w discopolowej wersji.
O nie, nie ma mowy. Disco polo to dla mnie za dużo, za daleko. Zdecydowanie za daleko. Na Red Bull SoundClash przygotuję o wiele ciekawsze niespodzianki.
2 min
Prze-lotne Pytania: Krzysztof Zalewski