Siatkówka
Kuba Kochanowski: Moja siatkarska droga
„Jako dzieciak miałem dużo sportowych epizodów, od piłki nożnej, przez aikido, pływanie, po żeglarstwo. Siatkówka pojawiła się późno, ale jak zacząłem, to wszystko jakoś naturalnie zaskoczyło”.
O swoim pierwszym powołaniu do seniorskiej reprezentacji Polski dowiedział się z telewizji, a zaczynając przygodę z siatkówką nie spodziewał się, że po latach będzie dzielił szatnię ze swoim siatkarskim idolem, czyli Mariuszem Wlazłym. W Spale nie przegrał oficjalnego meczu przez 2,5 roku, dziś na swoim koncie ma tytuł Ligi Mistrzów, szereg medali z reprezentacją Polski i marzy już tylko o złocie olimpijskim. „A taki jest cel na igrzyska w Los Angeles” – mówi Kuba Kochanowski, siatkarz PGE Projektu Warszawa i, nie bójmy się tego napisać: jeden z najlepszych środkowych świata.
Maciej Nowocień: Ostatnio modny był #2016Challenge, ale chciałbym, żebyśmy cofnęli się jeszcze dziesięć lat wcześniej. Jak wyglądało życie dziewięcioletniego Kuby w 2006 roku?
Kuba Kochanowski: Powoli interesowałem się już sportem, ale jeszcze nie siatkówką. Miałem sporo epizodów: od piłki nożnej, przez aikido, pływanie, po żeglarstwo. To wszystko było tuż przed tym, jak zacząłem trenować siatkówkę. Generalnie było sporo sportu, aktywności… Jak każdy młody migałem się od szkoły i lekcji, żeby poganiać za piłką na podwórku czy po drzewach.
Specjalnie pytam o rok 2006, bo wtedy był pierwszy boom na siatkówkę po wicemistrzostwie świata naszej reprezentacji. Śledziłeś turniej w Japonii?
Oj, nie, bo siatkówkę zacząłem oglądać dość późno. Dopiero koło pierwszej lub drugiej klasy gimnazjum zacząłem śledzić, co dzieje się w rozgrywkach klubowych czy reprezentacji. Wcześniej trenowałem, ale potem wracając do domu skupiałem się na swoich rzeczach, raczej przed telewizorem czy komputerem.
A wtedy w wicemistrzowskiej drużynie grał już Daniel Pliński, twój… późniejszy kolega z drużyny i mentor z AZS Olsztyn!
Wtedy totalnie go nie znałem!
To kto był twoim sportowym idolem?
Miałem na ścianach porozwieszanych sporo plakatów piłkarskich, ale nie powiedziałbym, że miałem jednego idola. Bardziej to chyba była moda, żeby te plakaty przyczepiać. Szczerze, to nawet nie pamiętam, kto na nich był! Jak przestałem trenować piłkę nożną, to te plakaty momentalnie zniknęły. Kiedy trenowałem siatkówkę, jak zrozumiałem co to jest PlusLiga czy reprezentacja Polski, to na topie była Skra Bełchatów. Przez całą karierę amatorską czy młodzieżową moim takim idolem był więc Mariusz Wlazły…
…z którym też spotkałeś się później w jednej szatni!
Dokładnie tak!
Myślałem, że skoro zostałeś sportowcem Red Bulla, to powiesz, że Adam Małysz… (śmiech)
Oczywiście poczynania Adama śledziłem, bo skoki narciarskie oglądało się wtedy w każdym domu. A przecież on wtedy odnosił swoje największe sukcesy, więc zawsze siedziałem przed telewizorem, gdy wygrywał kolejne konkursy.
Na treningi siatkarskie chodziłeś chętnie czy jednak trochę pod naciskiem mamy, która do tej pory jest trenerką?
Ja generalnie chętnie próbowałem wielu różnych rzeczy. Można jednak powiedzieć, że to zasługa mojej mamy, bo gdy zobaczyła, że powoli znika moja zajawka piłką nożną i zaczynam się rozglądać za czymś nowym, to wpadła na pomysł, żebym spróbował siatkówki. Poszedłem na pierwszy trening i, jak to zawsze na początku bywa, chciałem spędzać z kolegami czas w aktywny sposób. W siatkówce szło mi jednak bardzo dobrze, robiłem postępy i tak naprawdę szybko łapałem o co chodzi w poszczególnych elementach. Totalne siatkarskie abecadło nie stanowiło dla mnie problemu, a to chyba naturalne dla dzieci, że gdy coś ci wychodzi, jesteś coraz lepszy, wyrastasz na lidera grupy, to sprawia ci to znacznie większą przyjemność, niż coś, czego nie umiesz robić. To utrzymało i utrzymuje mnie przy siatkówce do tej pory.
Siatkówka nie jest łatwym sportem, więc chyba faktycznie musiałeś mieć predyspozycje pod tę dyscyplinę.
Na pewno w porównaniu do rówieśników wszystko przychodziło mi znacznie łatwiej, zarówno nauka i inne polecenia trenera. Zawsze lubiłem i dalej lubię robić powtórzenia, nie nuży mnie to, gdy setny raz wykonuję ten sam ruch. Wtedy też tak było i myślę, że było w tym sporo mojej ciężkiej pracy, ale też na samym początku naturalnych predyspozycji.
Bywałeś w starej hali Urania na meczach AZS Olsztyn jako kibic?
Nie przypominam sobie, żebym kiedyś pojechał na mecz PlusLigi do Olsztyna jako taki prawdziwy kibic. Ale moja przygoda z tym klubem rozpoczęła się już w szóstej klasie podstawówki, czyli gdy miałem 12 lub 13 lat. Graliśmy w Olsztynie turniej minisiatkówki i trener Maciej Rejzner wypatrzył mnie i zaprosił na przygotowania do sezonu właśnie do AZS, a potem na turniej finałowy do Zabrza. Do Olsztyna zacząłem więc regularnie jeździć od wakacji, potem też kręciliśmy się po obiektach sportowych, gdy startował sezon PlusLigi. Chłopaki przyjeżdżali na treningi, podawali piłki na meczach, wycierali boisko, pomagali przy obsłudze meczu. Mi, jeszcze nie jako zawodnikowi AZS, ale gościowi, też zdarzało się bywać na tych spotkaniach.
Szybko też zostałeś pełnoprawnym zawodnikiem AZS, bo dołączyłeś do drużyny młodzików. No i opuściłeś rodzinny dom bardzo wcześnie…
Nauczyłem się wielu nowych rzeczy. W tak młodym wieku musiałem zmierzyć się z takimi problemami, o których nie miałem wcześniej pojęcia. Chodziło chociażby o zarządzanie pieniędzmi, życie w grupie i to dość bliskiej, która składała się z ludzi starszych ode mnie. W internacie mieszkali przecież od wielu lat i mieli swoje przyzwyczajenia i określony styl życia. Musiałem się do tego dostosować, choć nie zawsze było łatwo. Wpadło wiele nowych obowiązków, jak dyżury sprzątania. Mieszkając w domu też trzeba dbać o porządek, ale nikt o 9 rano nie wchodzi z listą i nie odznacza po kolei każdego punktu, który nie został wypełniony. Rodzice wybaczają nam trochę więcej, a tam odpowiedzialność zbiorowa wiązała się z tym, że niedopilnowanie obowiązków powodowało późniejsze nieprzyjemności na rozmowie pokojowej (śmiech). Musiałem też sam dojechać na treningi czy do szkoły. W Giżycku zawsze wszędzie chodziło się pieszo i w 20 minut można obejść całe miasto. Tutaj nagle trzeba było sprawdzać autobusy, przesiadki… A nie było przecież aplikacji na telefon! Trzeba było więc drukować rozkład jazdy, a drukarki nie miałem, więc musiałem to jakoś dobrze zorganizować. Było wiele takich małych rzeczy, które dziś wydają się być trywialne, ale gdy wszystko spadło na mnie w jednej chwili, to przez pierwszych kilka miesięcy naprawdę było ciężko.
Pamiętasz ten słynny finał mistrzostw Polski młodzików w Kobyłce? Wygraliście wtedy z faworyzowanym Chemikiem Bydgoszcz 2:1, a ty zostałeś MVP. Podobno to był moment, kiedy uwierzyłeś, że możesz zostać wielkim siatkarzem.
Tak, byliśmy na finale mistrzostw Polski w swojej kategorii wiekowej, więc najważniejszej możliwej imprezie. Nie jechaliśmy tam jako faworyci, ale udało się wyszarpać złoty medal. Wcześniej przez rok zrobiłem ogromny postęp, jeśli chodzi o moje umiejętności. Czułem, że nie pojechałem tam tylko pograć, ale jestem ważną postacią, która może faktycznie zrobić ważną różnicę w newralgicznych momentach. To faktycznie zaszczepiło we mnie taką myśl, że chciałbym robić to już do końca życia jako profesjonalista. Wtedy pojawił się też pierwszy prawdziwy cel do zrealizowania, czyli w następnym roku pojechać na Turniej Nadziei Olimpijskich do Spały i dostać powołanie do tamtejszej Szkoły Mistrzostwa Sportowego.
I szybko go zrealizowałeś, bo uczniem spalskiej SMS, czyli kuźni siatkarskich talentów, ostatecznie zostałeś.
Pamiętam, że pojechaliśmy na ten turniej i każdy chciał się jak najlepiej pokazać. Z każdej z drużyn powołano jeszcze zawodników na takie konsultacje, podczas których trenerzy starali się wychwycić nasze dobre i gorsze strony. I tak z 20-30 osób wybrano rocznik do pierwszej liceum. Pamiętam moment, gdy trener Sebastian Pawlik przekazał mi informację, że jeśli jestem zainteresowany, to zaprasza 1 września do szkoły. Nawet bez konsultacji z rodzicami powiedziałem, że oczywiście stawię się w Spale! Ale rodzice też wiedzieli, jaki jest mój cel i wiedziałem, że się nie sprzeciwią mojej decyzji.
Czy w Spale, gdzie szkoła znajduje się w środku lasu, kilkunastoosobowa grupa nastolatków nie wpadała na różne dziwne pomysły?
Ja akurat byłem skoncentrowany na tym, po co tam pojechałem i co chcę osiągnąć. Nie przeszkadzało mi to, że mieszkamy w lesie kilkadziesiąt kilometrów od najbliższego miejsca. Czułem się dobrze. Spała to fajne miejsce, wycisza i nie ma żadnych rozpraszaczy, które mogą młodemu człowieku przeszkodzić w dążeniu do celu. A wszyscy wiemy, jakie jest licealne życie. Wiele pokus może odwrócić chęć do treningu, a tam wszystko jest wyłączone, bo… nie ma tam nic innego do roboty! Oczywiście oprócz uczenia się i gry w siatkówkę! Była szkoła, jedzenie, spanie, treningi. Wystarczyło chodzić na zajęcia i trochę się pouczyć i można było zajść naprawdę wysoko. Stwierdziłem, że skoro już tam jestem, to chcę wyciągnąć maska z tego czasu i nie przychodziło mi do głowy, żeby szukać dziwnych rozrywek.
Czyli spalskie lasy nie kryją wielu tajemnic, jeśli chodzi o słynny rocznik 1997?
Nie no, bez przesady: nie będę też czarował, że nigdy w krzakach nie napiliśmy się jakiegoś piwa po kryjomu, bo jednak byliśmy młodymi ludźmi, którzy dawali pod wątpliwość wszystkie nakazy czy zakazy. Ale nie przypominam sobie rzeczy, które można by nazwać “nieprofesjonalnymi”. Zawsze wszystko, co robiliśmy, skoncentrowane było na tym, żeby rozwijać się w siatkówce. Nasza klasa z rocznika 1997 może być z tego dumna.
Ale ekipę mieliście taką, że dziś w PlusLidze moglibyście powalczyć o wysokie cele.
Myślę, że gdybyśmy złożyli tę ekipę w jednej szóstce i zagrali razem sezon, to chłopcami do bicia na pewno byśmy nie byli.
Co takiego było w tej grupie, że została maszyną do wygrywania? W kategoriach młodzieżowych na świecie i w Europie wygraliście wszystko.
Jedyną rzeczą, która wyróżniała nas na tyle innych drużyn, to był nasz charakter. Byliśmy megaskoncentrowani na tym, co chcemy osiągnąć. Nikt nie chciał zaakceptować porażki. Codziennie pracowaliśmy na to, żeby ten sukces był. Mieliśmy wielki charakter do walki, nigdy się nie poddawaliśmy. Nie przegraliśmy ani jednego oficjalnego meczu przez dwa i pół roku! To naprawdę coś niewyobrażalnego.
Czy mecz o awans do I ligi w barwach SMS Spała z Victorią Wałbrzych, który wygraliście po tie-breaku, przegrywając w nim 2:12, to największy twój comeback w karierze? Na myśl przychodzi mi jeszcze tylko półfinał igrzysk olimpijskich w Paryżu, choć to już inna skala.
Jeśli chodzi o taki powrót, to chyba nic nie pobije tego tie-breaka. Wiadomo, że to nie taka sama waga, co półfinał igrzysk olimpijskich, ale też była ogromna! Walczyliśmy przecież o bezpośredni awans do I ligi! Nie wiem czy jakakolwiek inna drużyna na półprofesjonalnym poziomie drugiej ligi i wyżej osiągnęła coś takiego. To praktycznie niemożliwe i niewyobrażalne. Chyba to wydarzyło się raz w życiu i się nie powtórzy.
Po nauce w Spale wróciłeś do Olsztyna. Z gwiazdy siatkówki młodzieżowej wchodziłeś do niełatwego świata seniorskiego. To był trudny przeskok?
Nie bójmy się tego powiedzieć: byłem pod butem kolegów. To była trudna szatnia, ale tak pozytywnie, bo nie brakowało mocnych charakterów. Chłopaki nie wybaczali głupich zachowań i ta szatnia otwarcie mówiła co jest OK, a co nie. To mi dało też podwaliny, jak powinna wyglądać plusligowa drużyna. Przyjąłem taktykę, co zresztą u mnie jest naturalne, że usiadłem z boku, obserwowałem i nie wychylałem się przed szereg. Polecam to każdemu młodemu siatkarzowi, bo nikt nie lubi młodych, wyszczekanych, którzy wjeżdżają do szatni ze starszymi jak do siebie. To tylko przynosi dobre skutki. Było tam kilku siatkarzy, którzy pokierowali mnie nie tylko sportowo, ale też życiowo. Myślę, że taka moja święta trójca w Olsztynie to byli Daniel Pliński, Michał Żurek i Paweł Woicki. Oni we trzech zadbali o każdy aspekt mojego życia, żebym wyszedł na ludzi. Będę im za to wdzięczny już na zawsze.
Gdy masz rywalizować o pierwszy skład ze wspomnianym już znacznie bardziej doświadczonym Plińskim czy Miłoszem Zniszczołem, to młodemu człowiekowi może się odechcieć.
Na pewno do takich chwil potrzeba właśnie trochę charakteru, żeby nie popuścić starym wyjadaczom i mimo wszystko na tych treningach trochę ich podgryzać. Bardzo chciałem z nimi rywalizować, uczyć się, ale jednocześnie trafić do pierwszej szóstki. Udało mi się to podczas mojego drugiego sezonu w Olsztynie.
Kolejnym krokiem była Skra Bełchatów, która w twoim dzieciństwie była hegemonem. To było spełnienie marzeń?
Tak. Zawsze chciałem zagrać w Skrze Bełchatów, w zasadzie od kiedy zacząłem interesować się siatkówką. Po dwóch latach w Olsztynie miałem oferty z różnych klubów, także tych dużych. Ale moim marzeniem było zagrać w Skrze i zdecydowałem się na to z dwóch powodów: żeby zrealizować to marzenie, ale też Daniel Pliński, który był ze mną wtedy w Olsztynie, bardzo polecał mi to miejsce. Sam spędził tam wiele lat i za jego radą poszedłem wtedy do Bełchatowa.
Po dwóch sezonach odszedłeś jednak do ZAKSY Kędzierzyn-Koźle, gdzie do tej pory zdobywałeś największe laury, na czele z Ligą Mistrzów. Jaki to był czas?
W Kędzierzynie faktycznie wywalczyłem największy klubowy sukces. Ciężko mi jednak porównać ten czas do spędzonych w innych klubach, bo każdy z nich był inny. Jakbym miał patrzeć tylko i wyłącznie na aspekt sportowych, to w ZAKSIE wygraliśmy wiele tytułów. Z kolei czas spędzony z Grzegorzem Łomaczem w Skrze nauczył mnie najwięcej. To wtedy zobaczyłem, o co chodzi w prawdziwej siatkówce, jak się gra pod dużą presją, z różnymi rozwiązaniami. Z kolei idąc potem do Resovii, nauczyłem sobie radzić w trudnych momentach, bo tych mieliśmy mnóstwo. Ale który moment wspominam najlepiej? Bardzo trudno odpowiedzieć na to pytanie.
Teraz grasz w PGE Projekcie Warszawa. To niesamowite, jak siatkówka rozwinęła się w naszej stolicy, zarówno sportowo, jak i pod względem kibicowania.
Kibice w Warszawie są niesamowici. Przychodzą na nasze mecze, żeby nas wspierać, a atmosfera jest wspaniała. My też próbujemy oddać tę zaliczkę zaufania w postaci kolejnych wygranych spotkań. Do tej pory się to udawało…
…a najlepszym zwrotem byłby złoty medal PlusLigi, na który czekasz ty i PGE Projekt!
Daję z siebie wszystko i staram się pomóc drużynie osiągać sukcesy. Już kiedyś mówiłem, że prędzej czy później to mistrzostwo Polski do mnie przyjdzie. A nawet jeśli nie, to do tej pory mam na tyle fajną karierę i tyle znakomitych sportowych wspomnień, że nie będzie wielkiego dramatu.
A jak ci się żyje w Warszawie jako tak popularnej osobie?
Zdarza się, że będąc z żoną w restauracji czy w jakiejś galerii handlowej przybiję piątkę z kibicami czy zrobimy sobie wspólne zdjęcie. Nie jest to jakoś mocno uciążliwe. Zazwyczaj jest mi miło, że ludzie doceniają to, co robimy i to się wiąże z pozytywnymi komentarzami. Gdyby ludzie nie interesowali się siatkówką, to nas też by nie było. Trzeba więc to doceniać nawet w prywatnych sytuacjach.
Teraz będzie jeszcze trudniej o tę prywatność, bo zostałeś sportowcem Red Bulla, a tutaj są same światowe gwiazdy!
Mam nadzieję, że wspólnie z Red Bullem zrobimy wielkie rzeczy. Ja spróbuję sportowo zasłużyć na to wyróżnienie, a Red Bull na pewno bardzo mi w tym pomoże.
Czy przez te wszystkie lata nie kusiło cię, by wyjechać za granicę? Kiedyś wielkie pieniądze były w Rosji, we Włoszech cały czas jest megamocna liga, a kilku twoich kolegów gra nawet w Japonii.
Jestem bardzo szczęśliwy w PlusLidze i nie widzę żadnej przesłanki za wyjazdem za granicę. Nasza liga oferuje wszystko, co profesjonalny sportowiec potrzebuje do funkcjonowania, ale też zabezpieczenie finansowe, konkurencyjne z klubami w Europie i na świecie. Oprócz tego mam tutaj żonę, rodzinę, przyjaciół. Ciężko mi sobie wyobrazić, czym może skusić mnie zagraniczna liga, żebym porzucił wszystkie te rzeczy i wyjechał. Musiałoby to być jakieś sportowe wyzwanie, którego jeszcze nie udało mi się zrealizować i o którym bardzo bym marzył. Tylko z drugiej strony, ja nie marzę na przykład o mistrzostwie Włoch. Naprawdę jestem tutaj szczęśliwy.
Rozmawiamy o klubowej siatkówce, ale masz też przecież worek medali z reprezentacją Polski, która dla wielu zawodników jest spełnieniem marzeń. Pamiętasz ten moment, kiedy dołączyłeś do seniorskiej kadry przed mistrzostwami Europy w 2017 roku?
To jest ciekawa historia! W sezonie 2016/2017 o swoim powołaniu do reprezentacji dowiedziałem się… z telewizji, bo przed którymś meczem w play-offach w Polsacie opublikowano listę. Oczywiście nikt wcześniej do mnie w tej sprawie nie dzwonił i nie informował. Po meczu zostałem dodany do grupy na WhatsAppie (śmiech). To była niesamowita niespodzianka na koniec sezonu.
Na horyzoncie są igrzyska w Los Angeles i plan jest taki, żeby tam pojechać i… zdobyć złoto!
Potem z szerokiej kadry dostałeś się do pierwszego składu na mistrzostwa Europy! I to jako 20-latek w tak silnym zespole!
To była totalna niespodzianka. Od początku w tej kadrze miałem taką rolę, żeby przyjechać, potrenować, trochę się czegoś nauczyć. Miałem też trochę szczęścia, bo ówczesny trener Ferdinando de Giorgi słynął z tego, że nie uznaje żadnych kompromisów i bardzo ciężko trenuje. Zdarzały nam się zajęcia nawet po cztery godziny i część chłopaków uznała, że nie jest gotowa, żeby się tak poświęcać w wakacje. Do tego na kadrę z powodów zdrowotnych nie przyjechał też Piotrek Nowakowski, a Karol Kłos musiał zrezygnować w trakcie zgrupowania. Następnie Andrzej Wrona doznał kontuzji barku, więc z siódmego środkowego złapałem się na mistrzostwa Europy! Pojechałem na docelową imprezę, jeszcze do tego świetnie zorganizowaną, bo odbywała się w Polsce i to po takim sukcesie, jakim było mistrzostwo świata z 2014 roku. Czasem w sporcie tak jest, że dopisze ci szczęście, ale jeżeli ktoś dostanie taką szansę, więc trzeba to wykorzystać.
A rok później byłeś już mistrzem świata seniorów. Tempo niesamowite!
To jest właśnie wykorzystywanie tych szans. Przed mistrzostwami Europy trenowałem przez dziewięć tygodni z najlepszymi siatkarzami w kraju. Wiele się wtedy nauczyłem, również fizycznie czy pracy w siłowni i fizjoterapeutą, nie mówiąc już o technice. To wszystko zaowocowało niezłym sezonem 2017/2018 i zauważył mnie trener Vital Heynen, z którym potem zdobyliśmy mistrzostwo świata w 2018 roku. Kariera sportowa ma to do siebie, że jest to pasmo różnych decyzji i sytuacji, które po prostu trzeba dobrze rozegrać, żeby się rozwijać.
Teraz tylko w seniorach na swoim koncie masz srebro olimpijskie, trzy medale mistrzostw świata, trzy medale mistrzostw Europy, Puchar Świata i sześć medali Ligi Narodów. Tutaj brakuje tylko tego najcenniejszego, którym jest złoto olimpijskie!
Jest to zdecydowanie największe z moich sportowych marzeń, choć wiele z nich już spełniłem. Mimo że w Paryżu byliśmy o włos od tego złota, to jednak go nie zdobyliśmy. Będąc mistrzem olimpijskim nie wyobrażam sobie już, że mógłbym być jeszcze bardziej spełnionym sportowcem. Na horyzoncie są igrzyska w Los Angeles i plan jest taki, żeby tam pojechać i… zdobyć złoto!
Nawiązując do Los Angeles, byłby to idealny hollywoodzki scenariusz!
Wiesz co, mogę już odpuścić hollywoodzkie scenariusze. Jeśli mamy się po wszystkich przejechać i wygrać 3:0, to biorę to w ciemno!