Laia Sanz
Offroad

Laia Sanz: Polskich słów nauczyłam się od Taddy’ego!

© Red Bull
Hiszpańska mistrzyni offroadu zadebiutowała za kierownicą samochodu.
Autor Tomek Dryła
Laia Sanz, najsłynniejsza na świecie motocyklistka, 13-krotna mistrzyni świata w trialu, mistrzyni świata SuperEnduro i jedenastokrotna uczestniczka Dakaru (9. miejsce w 2015 roku) przesiadła się do samochodu. Zadebiutowała w rajdzie Pucharu Świata International Baja w Dubaju. Zajęła 9. miejsce, a po rajdzie znalazła czas, by udzielić nam wywiadu. Zapraszamy do lektury!
Laia, skąd zmiana dwóch kółek na cztery?
Samochody kocham od dziecka i przy różnych okazjach wiele razy siadałam za kierownicą. Startowałam w kilku lokalnych, skromnych rajdach, ścigałam się też na torze. Teraz to coś innego, nowy rozdział w moim sportowym życiu. Traktuję to jako nowe wyzwanie, ale też wielką przygodę i możliwość robienia tego, co kocham.
Laia przesiadła sie za kółko auta
Laia przesiadła sie za kółko auta
To definitywna zmiana, czy rozważasz jeszcze powrót na motocykl?
Nie deklaruję niczego kategorycznie. Otwieram nowy rozdział i w tę stronę kieruję teraz swoje siły, ale nie wykluczam żadnego scenariusza. Na pewno jest za wcześnie, by snuć wielkie i konkretne plany. Potrzebuję wielu startów i treningów za kierownicą, wtedy sama poczuję, czy to na pewno jest coś, czemu chciałabym się poświęcić całkowicie. Nie zamykam za sobą żadnych drzwi, ten rok jednak chciałabym przeznaczyć na naukę samochodu.
Twoim pilotem był Lucas Cruz, wieloletni nawigator Carslosa Sainza. Jak układała się wasza współpraca?
Lucas jest świetnym partnerem, dużo mi pomaga i bardzo cierpliwie tłumaczy różne niuanse. Już na oficjalnym treningu sprzedał mi kilka patentów na to, by szybciej jechać po wydmach i podpowiedział, jak pokonywać je sprawniej. On bardzo dużo wie, zna się na mechanice, precyzyjnie ocenia pracę zawieszenia i potrafi właściwie je ustawić. Ogromnie się cieszę, że mogłam mieć obok siebie takiego człowieka podczas swojego pierwszego dużego rajdu. Dodał mi bardzo dużo pewności siebie. Jestem wdzięczna Carlosowi za to, że umożliwił mi start z Lucasem.
Laia Sanz i Lucas Cruz
Laia Sanz i Lucas Cruz
A co czułaś mając obok siebie drugą osobę? Przez wiele lat na rajdowych trasach byłaś sama i skazana tylko na swoje umiejętności.
Muszę przyznać, że początkowo to było bardzo dziwne (śmiech). Nawet nie to, że wynik sportowy zależał od współpracy dwóch osób, ale sam fakt, że w trakcie rajdu i dojazdówki miałam się do kogo odezwać! Przywykłam do samotności w sporcie - tego, że w trakcie wyścigu wszystko zależy ode mnie, od mojej formy, dyspozycji mentalnej i decyzji, które podejmuje. A tym razem słuchałam wskazówek pilota, mogłam zapytać go o zdanie, skonsultować jakiś manewr. Oczywiście ta komunikacja jest raczej hasłowa, odbywa się bardzo szybko, ale i tak jest to dla mnie gigantyczna odmiana.
Czy to dwa kompletnie różne światy, czy widzisz jakieś podobieństwa w jeździe motocyklem i samochodem?
Samo prowadzenie pojazdu to na pewno zupełnie inna bajka, inna technika i całkowicie różne możliwości pokonywania wymagających fragmentów. Ale czuję, że jestem w stanie nauczyć się szybkiej jazdy samochodem m.in. dlatego, że mam tak duże doświadczenie motocyklowe. Lata spędzone na siodełku dały mi bardzo wiele. Wiem, jak czytać pustynię, jak rozpoznawać wydmy, przewidywać zagrożenia. Może nawet jestem do tego przygotowana lepiej, bo dotąd zawsze sama musiałam analizować takie rzeczy. Przede mną dużo nauki, ale jestem optymistką i wierzę, że dam sobie radę.
Jak na twój nowy projekt zareagowało środowisko rajdowe?
Bardzo fajnie. To specyficzna grupa ludzi, która od lat tworzy wielką motorsportową rodzinę. Przecież nie jestem pierwsza, wielu znakomitych motocyklistów przesiadło się do samochodów i radzi sobie znakomicie, choćby Stephane Peterhansel, Cyril Despress, czy Nani Roma. Czuję duże wsparcie. Wielu doświadczonych zawodników deklaruje chęć pomocy i wsparcie. To bardzo miłe. Znamy się doskonale i to pozwala lepiej odnaleźć się w nowej sytuacji.
Sanz może w końcu z kimś porozmawiać
Sanz może w końcu z kimś porozmawiać
Masz przyjaciół także wśród polskich zawodników?
Jasne, że tak! Kuba Przygoński przeszedł nawet podobną drogę do tej, na której ja teraz stawiam pierwsze kroki i jego przykład też jest dla mnie ważny. Znam wielu polskich motocyklistów, to bardzo fajni ludzie, z poczuciem humoru i nastawieniem do rajdów, które bardzo mi odpowiada. Ale znam nie tylko rajdowców. Moim stosunkowo bliskim sąsiadem w Katalonii jest Taddy Błażusiak, często razem trenowaliśmy różne dyscypliny. Łączy nas miłość do motocykli i trialowy rodowód. Taddy jest super gościem i wielkim sportowcem.
Jak wyglądają wspólne treningi z Tadkiem?
To połączenie świetnej atmosfery z bardzo ciężką i precyzyjnie zaplanowaną pracą do wykonania. Jest dwustuprocentowym profesjonalistą i bardzo mi się to u niego podoba. Dzięki niemu poznałam kilka polskich słówek.
Laia Sanz ostro walczyła o 7. miejsce
Laia Sanz ostro walczyła o 7. miejsce
Jakich?!
Obawiam się, że takich, których nie powinnam powtarzać (śmiech). Poza kilkoma grzecznościowymi zwrotami, słowami „tak” albo „nie”, przy okazji treningów trialowych zwróciłam uwagę na słowo, które rzucał kiedy coś mu nie wyszło. Tak mi się spodobało, że je przejęłam i sama zaczęłam używać, jak coś poszło nie tak. No a później dowiedziałam się, że to raczej nieparlamentarny zwrot (śmiech).
Co dało ci kilkanaście lat ścigania się po pustyniach świata? Nie mam na myśli umiejętności prowadzenia motocykla, szybkości itp. Chodzi mi raczej o bardziej osobiste, mentalne rzeczy.
Och, myślę, że jako człowiek zyskałam naprawdę dużo. Przede wszystkim zrealizowałam swoje największe marzenie, a to przecież bardzo ważne. Od dziecka śniłam o tym, by wystartować w Dakarze, a zrobiłam to w sumie jedenaście razy, kończąc w TOP10 w 2015 roku! To niesamowite. Na Dakarze wiele się o sobie dowiedziałem, poznałam swoje ograniczenia i przekonałam się, jak daleko można je przesunąć, jeśli się czegoś naprawdę mocno pragnie. Takie doświadczenia budują nas, wpływają na psychikę, decydują o tym, kim jesteśmy. To niezastąpione lekcje. No i jeszcze coś! Coś, co przy tych wcześniej wymienionych rzeczach może wydać się banalne, ale też jest bardzo istotne. Ścigając się na pustyni miałam obłędny kontakt z naturą, widziałam tereny, których nie zobaczyłabym w żadnych innych okolicznościach, odwiedzałam egzotyczne zakątki i poznawałam różne kultury. Suma tych wszystkich doznań decyduje o tym, kim jest dzisiaj ta Laia, która jako mała dziewczyna marzyła o Dakarze.
Laia Sanz z teamu Gas Gas Factory na trasie Rajdu Dakar 2020 rozgrywanego w Arabii Saudyjskiej.
Laia Sanz
Jeździłaś motocyklem dakarowym, enduro, trialowym, crossowym. Czy jest jeszcze rodzaj motocykla, którego nie upalałaś, a chciałabyś spróbować?
Nie! Jestem wielką szczęściarą, bo zasmakowałam w motocyklach wszystkiego, na co tylko miałam ochotę. Ta mała Laia, o której przed chwilą wspomniałam, miała w domu – zamiast lalek – kilka motocykli, którym się przyglądała i o których marzyła. A potem marzenia stały się rzeczywistością. Jazda różnymi motorami dała mi wiele wspaniałych, pozytywnych i niezapomnianych wrażeń. Na każdym z nich osiągnęłam wyniki sportowe, z których jestem dumna. Wracając zatem do pytania – nie, nie ma już motocykla, który by mnie intrygował, a na którym jeszcze bym nie jeździła. To chyba najlepiej pokazuje, jak dużo miałam szczęścia w życiu.